Wydawca: Godz ov War Productions
„O kurwa, co tu się właśnie odjebało?!” – taka mniej więcej była moja reakcja gdy usłyszałem zwiastujący niniejszy krążek singiel „The True Story”. A potem wjechała cała płyta i wciągnęła mnie nosem, nawet kubotów nie oszczędzając.
Jeśli nie załapaliście – mowa o najnowszym dziele Throneum, czyli „Love is the Law but Death is the Frame”. Dla porządku tylko powiem – dziesiątego albumu Throneum. I zarazem ich najlepszego? Może tak być. Ja zawsze lubiłem i ceniłem twórczość Toma, oczywiście nie sposób żebym posiadał wszystko co wydał, ale kilka(naście?) tytułów na półce dumnie stoi. A dziś słucham „Love is the Law but Death is the Frame” i nie mogę wyjść z podziwu, że to ten sam zespół, który nagrał „Old Death’s Lair” – choć obecnie poza Tomem skład oczywiście się różni. Zresztą Diabolizer i Armagog to utalentowane i oddane podziemiu skurwiesyny, żeby nie było nie domówieni.
Dobra, przejdźmy do zawartości muzycznej. Zapewne jeśli ktoś dwadzieścia lat temu powiedziałby mi, że na Throneum znajdziemy damskie wokale, do tego czyste – ja bym nie uwierzył. Nie jestem pewien, czy sam Tomasz nie popukałby się w głowę. Tymczasem pełni on na tej płycie w kilku momentach rolę niepoślednią. Generalnie Throneum już na poprzedniej płycie bardzo mocno zaczął eksperymentować z formą swojego death metalu, na „Oh Death… Oh Death… Determinate, Preach and Lead Us Astray…” zahaczał jednak bardziej o black metalowe klimaty – zaś tutaj mamy do czynienia z czymś… psychodelicznym? Chwilami mam wrażenie, że Electric Wizard zabrało się za granie metalu śmierci (vide: „The Fallen Ones”) – powolny, doomowy wstęp, ciężki jak skurwysyn, z rozmytymi plamami w tle. Nie przypominam sobie, żebym wcześniej słyszał coś takiego na krążku Throneum. W ogóle to jeden z ciekawszych utworów tego hordu w ogóle (a przecież ileż ich powstało!). Fascynujące jest to, że o ile wcześniej Throneum wydawało świetne płyty, generalnie były bardzo jednolite i zamknięte w pewnej, stricte podziemnej death metalowej konwencji. A od jakiegoś czasu słychać, że Tom jest muzykiem i kompozytorem bardzo otwartym – nowy album jest tego dobitnym przykładem. Ten obskurny death metal na „Love is the Law but Death is the Frame” otrzymał jakby drugie życie – na swój groteskowy, wykoślawiony sposób. Gdzieś mi się obiło o uszy „nightmarish death metal” i – o ile tego typu łatki bardzo mnie wkurwiają – tak w przypadku najnowszego album Throneum coś w tym jest. Ta muzyka brzmi jak jakiś popierdolony death metalowy koszmar, ale jest tak skomponowany i zagrany, że absolutnie nie chcę się z niego wybudzić.
Każdy z tych numerów jest w istocie death metalem, ale zarazem każdy ma swój własny charakter. A równocześnie ta płyta brzmi spójnie. Brzmi dojrzale. Brzmi paskudnie i podziemnie. Słowo o produkcji – ten krążek ma totalnie dokurwiony sound. To w jaki sposób wyprodukowano ten album – czapki z głów. Z jednej strony to już zdecydowanie inne brzmienie niż taki „Bestial Antihuman Evil”, ale zarazem jest to płyta równie ekstremalna co wcześniejsze nagrania Throneum. Czego chcieć więcej?
Jestem pod olbrzymim wrażeniem – zaczynam mocno główkować nad tym, czy „Love is the Law but Death is the Frame” to nie będzie mój ulubiony, najczęściej słuchany death metalowy krążek wypuszczony w tym roku. Pierdolony potwór. Zamówienie do Potężnego Wydawcy już oczywiście poleciało.
https://www.facebook.com/throneumband

A poniżej inne recenzje Throneum z naszej strony:




