Wydawca: Old Temple
Jak człowiek nie ma czasu to sobie przypomina o różnych zaległościach, to jest jakiś jebany paradoks. I mnie na przykład jakiś czas temu Diabolizer wysłał wznowienie albumu Throneum – „Deathmass of the Gravedancer”.
I fajnie, że to wznowili, bo po pierwsze, przegapiłem ten album gdy się ukazywał, czego żałowałem. Bo Throneum z tego okresu to moim zdaniem ich szczytowa forma – później już różnie z tym było. Po drugie – nie muszę się wysilać nad tą recenzją. Na tym krążku wszystko mi się zgadza, od okładki Chrisa Moyena, przez obskurną muzykę, po wokale Toma. Nie wiem, czy na innym krążku gość poszedł aż w takie zezwierzęcenie. Posłuchajcie jaka tu jest agresja w takim „Baptism of Fire” na przykład. Totalna wściekłość i nienawiść. Równocześnie wydaje mi się, że to jeden z tych albumów, na których najwyraźniej słychać wpływy choćby takiego Asphyx, tylko jeszcze bardziej wykrzywione. Produkcja „Deathmass of the Gravedancer” to jeszcze inna bajka. Kurwa, jaka bajka. Horror w najczystszej postaci. Piwnica, ta z najobskurniejszych, w której osiedlowy zboczek onanizuje się myśląc o dzieciach sąsiada, to chyba dobry opis na to, jak brzmi ten krążek. No i gwoli ścisłości jeszcze przypomnę, że Throneum zamieściło na nim dwa covery – Imperator i Pandemonium, czyli hołd dla Łodzi.
Jak ktoś, tak jak ja, przegapił premierę tej płyty piętnaście lat temu to ma ułatwioną sytuację. Wystarczy puścić przelew do Old Temple.




