Wydawca: Hell’s Headbangers Records
Pięć lat ciszy to chyba aż nadto, a przynajmniej jeśli mówimy o Throneum – wszak swego czasu kapela ta wydawała swoje materiały średnio co wtorek, hehe…
Ale narzekania w kąt, sprawdzamy co też kryje się na „Morbid Death Tales”. Ale a propos narzekania, kilku kolegów, którzy słyszeli już cały krążek Tomasza, poczuło się ponoć trochę rozczarowanych. No ja powiem tak – rozczarować może nie. Ale wciąż jeszcze nie czuję się skopany po dupie przez ten album tak jakbym sobie tego życzył. A może mój absolut w dyskografii Throneum, czyli EPka „Bestial Antihuman Evil” jest po prostu nie do przeskoczenia, bo sam tą poprzeczkę dla nich tak wysoko ustawiłem? No może. Jakby jednak nie było – Throneum nie zmieniło swojej muzyki wielce, bo wciąż mamy chaotyczny, piwniczny death metal. Przy czym wydaje mi się, że Throneum poszło w prymitywizm brzmieniowy za bardzo, nawet jak dla mnie. Zbyt schowali wokal, całość faktycznie brzmi jak nagrane w piwnicy ćwierć wieku temu… I albo mi się wydaje, albo kapela zwolniła… Albo inaczej – cały czas mamy tu szybkie, bezlitosne tempa, ale sporo też niemal death/doom metalowych zwolnień. Ale to akurat zdecydowanie im plus, no Throneum kreuje wówczas tak chorą atmosferę… Więc pomimo moich narzekań z początku i tak uważam, że Throneum dalej poniżej pewnego poziomu nie schodzi.
Choć nie żyję złudzeniami, że „Morbid Death Tales” trafi pod strzechy kuców z naszywkami In Flames i Amon Amarth (wszak to też death metal, hehe). Ja pewnie, jeśli nadarzy się okazja, zakupię.
Ocena: 7,5/10
Tracklist:





