Poszczęściło mi się. Gdy mogło się wydawać, że koncertowy kalendarz zaczął się rozpędzać i wjeżdżać na odpowiednie tory, na horyzoncie znowuż pojawiły się przełożone koncerty oraz widmo ograniczeń, lockdownów i inne chuji-muji przez nową he he mutację wirusa. Tym mocniej się cieszę, że udało mi się trafić na okienko i obadać co tam ciekawego w mglistym świecie polskiego black metalu słychać, zwłaszcza u zespołów, które widziałem x czas temu. Więc do rzeczy.

Martwa Aura

Punktualnie o 19:30 na scenie pojawiła się Martwa Aura. Z tym zespołem w zasadzie zawsze mi było po drodze. Choć przyznać muszę jakimś ultrafanem nie jestem, to jednak na żywo lubię posłuchać poznaniaków. Pamiętam, że pięć lat temu w gdańskiej Protokulurze u boku Sacrilegium i Non Opus Dei rozjebali mi system. Wszak “Contra Mundi Contra Vitae” to album czyste złoto, a tegoż wieczoru właśnie grali materiał z tegoż. Potem u boku zespołu na V dwa lata temu w gdyńskim Uchu jakoś mnie nie porwali, ale zagrali naprawdę solidnie. Więc jak wypadli w takim razie teraz? Rozdali i pozamiatali. Nie tylko mnie ale i całkiem licznie zgromadzoną publikę. Serio. To była dla mnie w zasadzie najlepsza rzecz tego wieczoru jaka mogła się wydarzyć (a jak się później okazało pozostałe zespoły były tylko dodatkiem do tego misterium). Minimalizm sceniczny, nihilizm, zimno… i Martwa Aura. Czysty, black metalowy strzał na mordę. Paradoksalnie, choć Martwa Aura zagrała tego wieczoru miejscami nad wyraz dynamicznie i do przodu porywając publikę to jednak to wszechobecne zło, zimno i zapach gnijącego truchła utrzymywały się przez cały czas trwania setu. Szczególnie zniszczył mi system “Morbus Animus I” z rozpierdalajacą, zimną jak trup solówką… Tak, dokładnie. To był istny, zgniły miód tego wieczoru wylany na moje czarcie serce. W ogóle praca gitar i bębnów to była moc napędowa tego setu. Owszem, wokale Grega i praca basu Saathara jak najbardziej były istotnym elementem tej układanki, ale to pozostałe instrumentarium niezwykle robiło mi robotę tego wieczoru. Na setliście znalazły się m.in.: “Ostatnia gwiazda” czy też “… albowiem nic nie jest prawdą…” i zamykający misterium: “Noc kiedy zniknęła cała ludzkość” gdzie bardzo ładnie wyszły czyste wokale… Lepszego więc końca nie można było sobie wyobrazić. Martwa Aura po prostu na żywo dewastuje i mam nadzieję, że ten poziom będzie się utrzymywał.

Medico Peste

Jako drugie na scenie pojawiło się Medico Peste. Ostatni raz widziałem krakusów z siedem lat temu w stolycy podczas trasy Choroba Ogień Kwiecień u boku Massemord, Dead Factory i Hekte Zaren. I to było wtedy coś i tym bardziej byłem ciekaw, jak po tych wszystkich latach zespół wypadnie na żywo. Rozpoczęli od “Herzogian Darkness” i to był strzał w dziesiątkę. Choć utwór to dosyć długi, to jednak dobrze wprowadził zgromadzonych w mistyczny klimat. Jako kolejny poszedł “Livid” a zaraz po nim “Tremendum et Fascinatio” i tutaj moja morda ucieszyła się podwójnie. Raz, że oba kawałki mocno wielbię, a dwa “א: Tremendum et Fascinatio” to album naprawdę w pytę dobry, który w tamtym czasie nie miał prawie(!) sobie równych. Nie będę ukrywał, że na stary materiał liczyłem najbardziej, bowiem nowsze dokonania Medico Peste jakoś niespecjalnie do mnie przemawiają. Jasne, mają jakiś specyficzny, miejscami wisielczy klimat, ale nie mają tego efektu wow, który powodował chociażby rzeczony tutaj pierwszy album. Nie mniej, Medico Peste na żywo wypada cholernie dobrze, choć przy tych dłuższych momentach potrafił popaść w zbytnią monotonię dźwiękową. Na koniec poszło jeszcze “Thanksgiving” więc można uznać, że poczułem się syty i zadowolony. Tak jak i pewnie pozostali zgromadzeni, którzy obserwowali ten występ.

Po nieco dłuższej przerwie przyszedł czas na Mgłę. Sala nabiła się do ustawowego maksimum i można było zaczynać. Ha! Jak się wpierw okazało nawet próba może wywołać skrajne zadowolenie publiki. No ale okej, rozumiem, emocje. .. Nie wiem już ile razy (łącznie bodaj siedem) widziałem ten zespół na żywo. Można więc byłoby pisać o nim różne elaboraty, bić pianę czy też stawiać sobie Big Bena, ale tego wieczoru Mgła jak dla mnie była po prostu Mgłą. Zespołem, który wychodzi na scenę, odgrywa z wyrachowaniem swoje dźwięki i z niej schodzi. Zespołem precyzyjnym, który potrafi zagrać prosto, a jednocześnie zajebiście wciągająco (otwierający ”Age of Excuse III” zrobił robotę). W końcu zespołem, którego tajemniczość i prostota wywindowały na sam szczyt i pozwoliły mu się wbić – czy to chcąc czy nie chcąc – w mainstream szeroko pojętej muzyki, i to nie tylko tej metalowej. Muzyki, w której właśnie liczy się tylko i wyłącznie muzyka, nie to co jest widzialne, ale słyszalne. I… tyle. I choć znajdą się zapewne i tacy, co stwierdzą, że to dla nich koncert roku / życia / dekady i w ogóle zajebiście, to jednak stwierdzam, że to po prostu kolejny, porządny koncert, który ten zespół dał. I być może ja jestem w tym momencie tym starym, narzekającym dziadem albo po prostu – nic nie ujmując zespołowi – ta formuła grania mi się po prostu już przejadła. No cóż. Setlista była oparta głównie o dwa ostatnie albumy, ale znalazło się miejsce dla historii i wpadł kawałek z “With Hearts Toward None”. Niestety, do końca setu nie dotrwałem, ponieważ trzeba było mi pakować mandżur, albowiem z rana czekał na mnie kierat…

Mgła

Słowem podsumowania. Tego wieczoru mistrzem i numerem uno była dla mnie zdecydowanie Martwa Aura, która rozdała karty na samym początku. Zajebisty set, zajebiste brzmienie, zajebista… aura. Medico Peste nieźle zbudowało klimat przed headlinerem, a Mgła potwierdziła tylko swoją klasę. Dawno też na koncercie nie widziałem takiego przekroju publiki. Od starych wyjadaczy dla których Slejer kurwa!, poprzez młodzież ależ to jest kurwa black metal, ja pierdole, aż po tych najmłodszych, którzy zaczynają swoją przygodę z hałasem (młody, na oko 8 letni typek zachęcał swojego starszego o te 6-7 lat brata na Medico Peste do machania banią… i dobrze, bo czym skorupka za młodu…), bądź też ludzi, którzy po prostu przyszli na Mgłę, bo to fajne, mocne granie. Można więc powiedzieć, że prócz garstki znajomych mord, czułem się obco heh… Mimo wszystko, koncert i dobór kapel perfekcyjny, tak jak organizacja… no ale, wiadomo… Left Hand Sounds i wszystko jasne.

Pełna fotorelacja od Infernal Impressions w tym miejscu

Łysy
1050 tekstów

Grafoman. Fan śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026Relacje

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026

BartBart8 września 2026
Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026Mystic Festival 2026Relacje

Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026

ŁysyŁysy1 lipca 2026
Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026Relacje

Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026

PathologistPathologist29 czerwca 2026

Skomentuj