Sacrilegium, Non Opus Dei, Martwa Aura, Dreadnought; Gdańsk, Protokultura; 2.04.2016

SacrliegiumProtoDanzig2016Gdy pod koniec zeszłego roku gruchnęła wieść o tym, że na scenę powraca legenda polskiej sceny black metalowej – wejherowskie Sacrilegium – by zagrać swój pierwszy od 15 lat koncert wiedziałem, że nie może mnie na nim zabraknąć. Pozostało mi tylko zaznaczyć 2 kwietnia w kalendarzu, uzbroić się w cierpliwość i spokojnie czekać na nadejście godziny zero.

Przedbiegi koncertowe w towarzystwie rozpoczęliśmy już o godzinie 16. Zajebiste sushi (crowdfunding nie poszedł na marne) i nie mniej zajebista butelczyna szkockiej na tyle nas pochłonęły, że nim dopiłem ostatnią szklankę byłem zrobiony już na tyle mocno, że z dużym trudem – ale jednocześnie dużymi chęciami chciałbym zaznaczyć – zebrałem swoje zwłoki w drogę na koncert. Komunikacja w Gdańsku na tyle jednak sprawnie funkcjonuje, że owa przebiegła na szczęście bezproblemowo, dzięki czemu już w parę minut po 19 byliśmy pod bramami Protokulury. Tam paręnaście piąteczek z bdb znajomymi od serca, kilka piw na otrzeźwienie (pozdrawiam Pana Ochroniarza) i dysput nie koniecznie na tematy muzyczne, po raz kolejny pochłonęły mnie na tyle, że nie zdążyłem ujrzeć i w pełni usłyszeć pierwszej kapeli tego wieczoru (która zaczęła grać punktualnie o 19:30). Dlatego też, kiedy będzie na to okazja, koncert Dreadnought z pewnością nadrobię. Sorry chłopaki.

martwa aura
Martwa Aura

Jako drudzy na scenie – oczywiście punktualnie, bo przecież Left Hand Sounds – pojawili się panowie z Martwej Aury. Tutaj już wiedziałem, że muszę dobić się do sceny nawet za cenę suchości w gardle. Tak też uczyniłem i cóż mogę powiedzieć?!  O kurwa mać ! Cóż to była za celebracja zła i nihilizmu zarazem! Mroczny, pachnący zgnilizną i rozkładającym się trupem black metal rozlał się po postindustrialnej hali niczym czarna zaraza, która wybiła pół średniowiecznej Europy. Brudny, chamski, prostacki, wściekły, na pełnej kurwie, a jednocześnie mocno absorbujący i hipnotyzujący set, oparty – a jakże – na genialnym debiucie “Contra Mundi Contra Vitae” oraz demówce “Dzień bez jutra” rozjebał mi system maksymalnie, do samego końca. Dawno nie widziałem tak dobrej sztuki w tymże klubie i dawno nie słuchałem na żywo tak bdb black metalu. Nie było widać kompletnie, że to sceniczni debiutanci, a rozjebali tak jakby mieli za sobą co najmniej setkę takich występów. Jeśli Martwa Aura ma grać raz na jakiś czas – i to w taki sposób jak tego wieczoru – jestem za! Czysty pierdolony black metal. I tyle w temacie.

non opus dei
Non Opus Dei

Po tej dawce wrażeń słuchowych trzeba było uzupełnić płyny i zająć miejsce pod sceną, gdzie po godzinie 21 (oczywiście punktualnie) pojawiło się olsztyńskie Non Opus Dei. W zasadzie od pierwszego odsłuchu “Diabolical Metal” polubiłem ten zespół i każdy kolejny materiał sprawiał mi dużo radości z odsłuchu (ostatnie może nie koniecznie tak bardzo he he)… Dlatego też tym bardziej ucieszyłem się, że w końcu przyjdzie mi zobaczyć ich na żywo. Wielkich oczekiwań co do samego występu nie miałem, ale muszę przyznać że tego dnia Non Opus Dei zagrało z sercem. Nie był to może cios prosto w życiodajny organ – jaki chociaż zadała wcześniej Martwa Aura – ale muzyka była równie pochłaniająca co energetyczna. Set został oparty głównie o najnowsze wydawnictwo Olsztynian, czyli o “Diabła” (były więc odegrane: “Milk of Toads”, “Plony”, “Pustka Twoja we Mnie”). Nie zabrakło jednak na szczęście kawałków ze starszych wydawnictw, czyli “Dark Nebula” (z “Eternal Circle”), “Dziwki Dwie” (ze splitu z Morowe) czy chociażby “21 XII 2004” i “Naga matryca życia i śmierci” (z “The Quintessence”). Zestaw fajny, choć osobiście liczyłem właśnie na coś z “Diabolical Metal”. Nie mniej i tak Non Opus Dei zagrało tego wieczoru zajebiście i tylko zwielokrotniło mój apetyt na kolejne ich koncerty.

sacrilegium
Sacrilegium

Gdy Non Opus Dei zeszło ze sceny od razu udałem się pod bar by tam uzupełnić niedobór chmielu i rozmów towarzyskich z bdb znajomymi. Gadka gadką, czas płynął niemiłosiernie szybko ale trzeba było się spiąć i zobaczyć występ głównej gwiazdy tego wieczoru (oczywiście punktualnie o 22:20). W zasadzie od początku gdy okazało się, że zespół ma zagrać koncert miałem spore wątpliwości. Tak wielbiony przez większość recenzentów powrotny “Anima Lucifera” w zupełności do mnie nie trafia po dziś dzień, a i długa przerwa od występów tym bardziej nie przemawiała za zespołem. Jak to jednak bywa, zawsze obecną kondycję zespołu weryfikuje się na żywo i przyznać trzeba, że tego dnia Sacrilegium zagrało tak, jakby czas zatrzymał się dla nich 20 lat temu. Totalnie, do bólu prosty ale z odpowiednim czuciem black metal. Tak bym określił to, co przyszło mi słyszeć. Nie zabrakło zabijających klasyków pod postacią “Wilczego skowytu”, “W rogatym majestacie snu” czy chociażby “Wicher falami ognia” i wieńczącego cały koncert “Tam gdzie gaśnie dzień”… Słowem: cios nad ciosy. I mimo, że już ledwie doczołgałem się do kanapy i resztę koncertu wysłuchałem siedząc (starość nie radość he he) to muszę stwierdzić, że to był jeden z tych koncertów, który na pewno zapadnie mi – i nie tylko mi – w pamięci na długie lata. Z resztą taki klimat jaki panował tego wieczoru z pewnością był i 20 lat temu, gdy zespół wydawał swój debiutancki, kultowy “Wicher”. To dało się odczuć w zasadzie pod czas całego setu jaki Sacrilegium zagrało, a który był niczym podróż do przeszłości i świetności ówczesnej sceny czarciego metalu. Ci słuchacze, co owe czasy pamiętają jak wczorajszy dzień na pewno byli usatysfakcjonowani (i na nowo poczuli się o 20 lat młodziej), zaś sami młodzi mogli poznać jak to było za starych czasów. I to w sumie tego wieczoru było chyba najważniejsze.

Mimo odbywającego się niecałe 500 metrów dalej koncertu Nile (co ten Kołek se myślał, to ja nie wiem he he) Protokultura była tego wieczoru wypełniona po brzegi. Dawno takich tłumów tutaj nie widziałem, że nie wspomnę o gościach z najdalszych rejonów Polszy, których również zabraknąć nie mogło (Klepacze, Toruń, Poznań… Hails !) ale i tych z Wysp Brytyjskich. Towarzysko więc również było bdb (pamiętam już tylko taksówkę i ostatnie piwo w Oliwie) zaś sam dobór kapel okazał się na tyle idealny, że stworzył świetny kontrast między tym jak się grało kiedyś, a jak gra się dziś black metal. Organizacyjnie, jak zwykle na wysokim poziomie. Teraz pora na Graveland.

Autor

329 tekstów dla Chaos Vault

M. Grafoman, pies karawaniarski... Koneser i nałogowy degustator 40%. Fan zarówno śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *