WSTĘP

Kiedy ogłoszono kolejnych artystów, którzy mieli zagościć na tegorocznej edycji mocno kręciłem nosem. Nie było w line upie jakiegoś konkretnego zespołu, który chciałbym zobaczyć najmocniej. Wręcz przeciwnie, gdyby wybrać te parę nazw zrobiłby się z tego maksymalnie dwudniowy, intensywny festiwal. Wyszedłem jednak z takiego założenia, że grzechem byłoby nie iść na tak duży festiwal, który ma się pod samym nosem.

TROCHĘ SPOSTRZEŻEŃ

Tegoroczna edycja Mystic Festival była wyjątkowa z przynajmniej dwóch powodów. Raz: wyprzedała się na pniu co każdego dnia jednak dało się odczuć na terenie festiwalu. Dwa: to była ostatnia edycja tego festiwalu w tym wspaniałym rejonie Gdańska. 

Trzeba przyznać, że organizatorzy wyciągnęli wnioski z ubiegłorocznej edycji i postanowili troszkę namieszać jeśli chodzi o sceny co sprawdziło się, choć nie do końca idealnie. Pojawiła się mała scena, The Void przeznaczona dla artystów, którzy poruszają się po rejonach nie tylko metalu, ale jego rejonów. Dotychczasowa Shrine Stage zlokalizowana w klubie B90 została przeniesiona i połączona z Desert Stage. W miejsce Shrine Stage natomiast wjechała Sabbath Stage, która przeniesiona została z klubu Drizzly Grizzly, gdzie w tym roku odbywały się panele dyskusyjne. Zagmatwane, ale rozwiązało w końcu problem z pojemnością klubu. Gdyby np. taki Bölzer miał zagrać w starej miejscówce Sabbath Stage (Drizzly Grizzly) mogłoby się to skończyć po raz kolejny ściskiem, który mógł się przerodzić w tragedię. Urodziło to jednak kolejny problem. W tym roku obłożenie The Void sprokurowało podobny problem jak w przypadku starej Shrine Stage. Niektóre koncerty miały takie frekwencje, że trudno było przeciskać się przez ten tłum, by choć minimalnie widzieć scenę. Warto było więc wcześniej przychodzić na koncerty, by zająć dobre miejsce (oby w nowej miejscówce wszystko było zaplanowane tak, by każdy mógł zobaczyć to, na co przyszedł).

Pozostałe strefy (jedzenie, odpoczynek, żarcie) pozostały bez zmian. Każdy tutaj znalazł coś dla siebie: od merchu, poprzez fundacje typu DKMS, aż po kramy z muzyką, ciuchami i gadżetami dla każdego. Włącznie ze strefą Chill Zone, gdzie przy piwku można było oglądać koncerty z dużej sceny, czy też obejrzeć zawody wrestlingu. Utworzono również dojście do drugiego wyjścia z festiwalu wzdłuż którego rozstawiono oficjalny merch zespołów i merch festiwalu. Skróciła się przez to nieco droga do tego wyjścia, ale mogli na tym stracić sprzedawcy, których ta droga omijała.

KONCERTY

Corocznie powtarzam to samo: a dlaczego nie byłeś na tej kapeli tylko na tej i tamtej chujowiznie?! Proste: nie dałbym rady na wszystkim być, a i tak zobaczyłem łącznie czterdzieści jeden zespołów spośród dziewięćdziesięciu siedmiu (niemal połowa z tego co była). Formę mam niezłą, biegać potrafię ale jakbym miał przedzierać się z np. ze Desert Stage na Main Stage musiałbym zapierdalać chyba T-34 przy jednoczesnym użyciu działa 76,2 mm… Poza tym, chciałem obejrzeć coś, co nie widziałem i coś co już widziałem, by utwierdzić się w przekonaniu, że nadal jest to zajebiste / nadal nie warto marnować oczu, a przede wszystkim słuchu… No więc do rzeczy…

WARM UP - 3 CZERWCA

Zagrali: BLOODFEATHER, KUBLAI KHAN TX, SIX FEET UNDER, ICE NINE KILLS, BLACKGOLD, FRONTSIDE, GRAVE, THROWN, KANONENFIEBER, EMBRYONIC AUTOPSY, DISHARMONIC ORCHESTRA, DAMNATION, UNLEASHED, PRIEST, EXTENSA, DOLA, NECKBREAKKER, H.EXE, A.A. WILLIAMS, NEPTUNIAN MAXIMALISM

Pierwszym zespołem tego dnia była dla mnie nasza rodzima Dola. Nigdy nie słuchałem, nigdy nawet nie starałem się podchodzić do tego zespołu. Choć miałem pełną świadomość jego istnienia. Więc jako młody – ta jasne – odkrywca rozpocząłem festiwal właśnie od nich. Wrażenia? Uczucia mieszane, ale nie wstrząśnięte. Fajne granie, takie wielogatunkowe z którego wyrosłem parę ładnych lat temu. Trochę post blacku posypanego czymś cięższym… I mimo kłopotów technicznych (przy takiej mocy nic dziwnego, że korki wyjebało) chłopaki dali radę. I stwierdzam: są dobrzy, polecam każdemu kto lubi post furiowe granie.

Mniej więcej w połowie występu Doli przeniosłem się na Sabbath Stage (B90), gdzie już grała Disharmonic Orchestra. I trochę żałuję, że nie widziałem całego setu. Ta nazwa zawsze mi się gdzieś przewija, ale nigdy nie miałem sposobności by posłuchać. I chyba będę musiał to nadrobić, bo co prawda trafiłem na ostatnie pięć numerów, ale ci kolesie kupili mnie od razu. Wspaniała to była mieszanka death metalu z technicznym zacięciem i awangardowym, miejscami progresywnym sznytem. I ten bass! Chwilami czułem się jakbym słuchał Primusa na śmierć nośnych sterydach. Bajka! Zdecydowanie pierwsze zajebiste zaskoczenie tego dnia, szczególnie dla mnie zakładając, że wolę ścianę dźwięku, aniżeli rytm i melodię.

Po orkiestrze dysharmonii przyszła pora na szwedzką szkołę death metalu. Nie ważne kiedy i gdzie Grave gra, tam wiadomo że będzie to kawał sztuki. Szkoda tylko, że dźwiękowiec miejscami nie dźwigał. Stałem co prawda daleko od sceny, ale dźwięk niósł się niczym fale nad zatoką Pucką. Potem według relacji pozostałych widzów niby się poprawiło, ale niesmak jednak u nich pozostał. Widziałem tylko 10 minut, ponieważ bardziej interesował mnie zespół, który miał zaraz grać w B90.

Fala reaktywacji i powrotu z czeluści niebytu trwa w najlepsze. Damnation jest przykładem tego, że nie każdy powrót musi być słaby. Wręcz przeciwnie. Może być kurewsko dobry, ale tylko dla tych, którzy żyją sentymentami za czasami, kiedy metal to był metal, a nie jakieś progresywne gówno czy tam mgła nad Krakowem. Rozumiem tą nostalgię, rozumiem ten vibe. Ba! Ten vibe lat ‘90 jak najbardziej mi się udzielił, przez co obejrzałem ich koncert od dechy do dechy. Ogólne wrażenie jednak odnosiłem takie: no dobra, zagrali. I tyle. 

Na Six Feet Under poszedłem tylko z nostalgii za czasami, kiedy rokrocznie jeździłem na Brutal Assault. Chris Barnes swoje lata ma. Niezdrowy tryb życia też odcisnął na nim swoje i to było na scenie widać. Nie było w ogóle czuć, że Barnes ma siłę i chęci. Ot, przyjechali panowie, zagrali co swoje i dalej jazda na następny festiwal…

O Unleashed mogę powiedzieć tylko tyle: Unleashed to Unleashed. Zespół, który za każdym razem gdy go widzę gra to samo. Czytaj: trzyma cały czas swój wypracowany poziom i poniżej ustalonej normy nie schodzi. Cios za ciosem, przebój za przebojem. Szwecja w najczystszej postaci.

No i dobra. Obejrzałem pierwsze 3 kawałki Unleashed, zerknąłem na A.A. Williams która mnie nie porwała i postanowiłem zaryzykować. Wybrałem się bowiem na Ice Nine Kills z czystej ciekawości i powiem tylko tyle: uszy krwawiły mi przez dobre 15 minut, a ja mimo tego dzielnie stałem i oglądałem tą groteskę, która w formie teatrzyku działa się na scenie. I stwierdzam: nigdy więcej. Nigdy nie zrozumiem fenomenu metalcore’u, a zwłaszcza tego hamburgerowego, dla zblazowanych amerykańskich nastolatków. Trzy akordy, darcie mordy jak to się zwykło mówić. I aż trudno uwierzyć, że podobno ten zespół wyrósł ze ska punku… No ale tak, Ameryka. Tam chyba nic nie może być naturalne, tylko produktem… 

Neptunian Maximalism był na szczęście odtrutką po amerykańskich dzieciakach chcących grać metal. I to był ten zespół, który musiałem koniecznie zobaczyć. Nie udało mi się rok temu na Prague Death Mass (i to podwójnie, bo mieli dwa różne sety) dlatego dobrze, że nadarzyła się okazja w Gdańsku. I w zasadzie to nie wiem co mam sądzić o tym występie. Kumam, że drony to specyficzny gatunek, który stawia na budowanie klaustrofobicznego czy tam psychodelicznego klimatu, ale Neptunian Maximalism poszło po bandzie i kiedy zaczęli grać przez dobre 10 minut czekałem aż w końcu coś zacznie się dziać… I kiedy chciałem już kierować się w stronę kolejnej sceny, panowie poszli w doom / stonerowe opary, które skutecznie mnie powstrzymały przed ewakuacją. No i takie dźwięki to ja rozumiem! Gdybym żył w latach ‘60 i ‘70 i zażywał substancje czynne na pewno przy pomocy Belgów odkryłbym światy istniejące obok. Trudno było mi się uwolnić z tych psychoaktywnych macek, ale tego wieczoru czekał mnie jeszcze front zachodni.

…,a dokładniej niemiecki Kanonenfieber. Za dnia dało się wyłapać z tłumu masy fanów tegoż zespołu, co można było odczytać to jako: będzie to najważniejsze wydarzenie tego dnia. Ja – i jak to ja – osobiście kręciłem nosem. Widziałem rok czy tam dwa lata temu transmisję koncertu z francuskiego Hellfestu i Niemce jawili mi się jako przehajpowany zespół, który po prostu idealnie marketingowo wbił się w pewną niszę i zaczął z niej wyciągać tonami nieskończoną ilość profitów (czytaj: hajsu). Pierwsza wojna światowa? Ubooty? Gazy bojowe? Co prawda tego dnia na scenie takich gadżetów nie było, ale salwy z armat i ognie od wybuchów już tak. Nie można odmówić Kanonenfieber jednego: potrafią zrobić show. Taki otwieracz “Menschenmühle” ustawił poprzeczkę całego koncertu. Majestat bijący z tego kawałka zrobił swoje, a na postoczniowym terenie (czy samym Gdańsku) podbijał klimat potrójnie. Show pierwsza klasa, rzekłbym nawet, że pełna profeska. Historia opowiedziana z klimatem brudnego, pełnego trupów okopu (“Der Maulwurf”) i bitewnego zgiełku.  Brzmienie bardzo dobre, scena ucharakteryzowana na okop z pierwszej wojny światowej też zrobiła klimat. Czy Kanonenfieber mnie kupili ? Tak, bo mimo wszystko lubię niemiecki black metal (ten nieco melodyjny również). Nie, bo w większej dawce po prostu staje się nudny.

I tak minął mi pierwszy dzień festiwalowych zmagań.

DZIEŃ PIERWSZY - 4 CZERWCA

Zagrali: HEATHEN, OVERKILL, ANTHRAX, MEGADETH, LETLIVE., BLOODYWOOD, DECAPITATED, CAVALERA CHAOS A.D., BLOOD INCANTATION, RETURN TO DUST, TRUCKFIGHTERS, PSYCHONAUT, MARDUK, TIDES FROM NEBULA, NOCTEM, WINTERFYLLETH, DJERV, CARACH ANGREN, BELPHEGOR, SETH,  UNBLESSED DEVINE, CIŚNIENIE, ESCUELA GRIND, WØNDER: GAME X ANIME SHOW, ALLT, ZETRA

Drugi dzień miał otworzyć mi hiszpański Noctem, jednak ze względów logistycznych wylądowałem dopiero na Ciśnieniu. I żałuję w chuj, że nie udało mi się być na tym występie od początku. Poczułem się bowiem jakbym miał spóźniony dzień dziecka, które na ten specjalny dzień dostaje wywrotkę ze ścianą dźwięku zbudowaną z gruzu i hałasu prosto w twarz. Pięć instrumentów: klawisz, perkusja, bas, skrzypce i saksofon, które tworzą Ciśnienie poczyniły w mojej duszy zniszczenia, które na długo będę pamiętać. Od progresywnego rocka, poprzez mroczny jazz, aż po zgruzowany, pełny agresji metal śmierci. Miejscami czułem się jakbym oglądał jakiś gotycki horror, który na pewnym etapie przeradza się w bezsensowną agresję gore prowadzącą w kulminacyjnym punkcie do rozszarpania ofiary na strzępy. Nie umiem inaczej tego opisać. Pierwsza miazga tego festiwalu. Muszę nadrobić Ciśnienie bezapelacyjnie.

Zaraz po Ciśnieniu miałem w planach wybranie się na Main Stage celem zobaczenia Overkill, jednak pogadanka ze znajomym skutecznie mnie z tego pomysłu wybiła. Postanowiłem więc obejrzeć chwilę Winterfylleth. Brytole umieją w klimat przełomu lat ‘90 i ‘00 przyznaję. Fajnie podegrany black metal z nienachalnym klawiszem, który mógł się podobać. Jak na 3 kawałki które udało mi się zarejestrować było całkiem znośnie. Wiedziałem już wtedy, że na Overkill kompletnie nie ma co iść, więc postanowiłem, że obejrzę cały set Escuela Grind.

I to był chyba najlepszy pomysł tego dnia. Jak sama nazwa zespołu mówi Escuela Grind. porusza się po oceanie skocznego grindu, brutalnego death metalu posypanego nutą punka i powerviolence. I tak tego dnia najmniejsza scena tego festiwalu stała się świadkiem ściany śmierci, ciągle gotującego i kręcącego się kotła oraz wizyty kosmity, czyli jak na grind przystało: było zabawnie, skocznie i cholernie poważnie (teksty). Nie będę ukrywał, że jak dla mnie wokalistka Katerina Economou to najważniejsza persona tego zespołu. Wykrzykiwać teksty o flakach i mieć przy tym uroczy uśmiech to jednak trzeba być Kateriną. Wulkan energii, dzięki któremu ryj cieszył mi się jak dzieciakowi po spotkaniu z księdzem.

Po flakach udałem się szybko do B90, bo tam za chwilę miał zaczął grać norweski Djerv. Nie wiedziałem w sumie czego mam się spodziewać. Niby to miała być mieszanka black’n’roll’a z alternatywą zbudowaną właśnie na bazie rocka. No i w sumie niby coś takiego Djerv w pierwszych kawałkach pokazał. Mrok wylewający się ze sceny i magnetyzm, który bił od wokalistki Agnete Kjølsrud mogły sprawić, że człowiek przeniósł się w świat mroku i zła czyhającego tuż za rogiem. Ciekawy występ, choć przyznaję po dłuższym obcowaniu z Djerv, że to jednak nie muzyka dla mnie. Przynajmniej na ten moment po spotkaniu z Escuela Grind.

Odpuściłem więc sobie Norwegów i postanowiłem kierować się w końcu w kierunku dużej sceny po drodze mijając na Park Stage i występ Decapitated i serio. Nie skumam nigdy i nie zrozumiem, co ten zespół takiego ma, że tyle ludzi przyciąga. Nuda jakich mało, ale no kurwa tak, co ja tam mogę wiedzieć o – hehe – technicznym death metalu.

Po przepychankach przy Park Stagu dotarłem w końcu pod główną scenę i mogłem w końcu pierwszy raz w życiu obejrzeć Anthrax na żywo. Nie, nie jest kompletnie to moja muzyka. Ba! Ja się nawet na niej muzycznie nie wychowałem, ale cieszę się, że mogłem ten jeden z filarów thrash metalu obejrzeć na żywo. I pomimo wieku np. takiego Scotta Iana, który chyba już zawsze będzie dla mnie gębą tego zespołu, czy Joey’ego Belladonny oglądało mi się Anthrax naprawdę zajebiście. Mają kolesie powera i  jak będę w ich wieku, chcę mieć ich formę.

Formę też ma Marduk. To był pierwszy raz chyba ogólnie – odkąd jestem na kolejnych edycjach Mystic – kiedy nastąpiła taka duża obsuwa. Co się tam stało, nie będę wnikał. Nie mniej ciekawym doświadczeniem było słyszeć dwa koncerty na raz. Kiedy bowiem Marduk zaczął grać na Desert Shrine na Park Stage już dawno szaleli bracia Cavalera. I tak znajomy stwierdził, że dźwiękowcy mieli konkurs, kto głośniej wykręci dany zespół: czy ten od Cavalerów, czy ten od Marduka he he… No przyznam, że technicy zaszaleli, bo pomimo mocy Park Stage Marduk brzmiał naprawdę selektywnie. Na początek było “Wolves”, a potem znalazło się też miejsce chociażby na “Baptism By Fire”. Ha! Kurwa odegrany chyba 3x szybciej niż na płycie he he… Marduk, to Marduk. Po prostu

Kiedy Szwedzi grali swoje, ja postanowiłem przed czasem udać się obok do B90, by tam zająć pozycję oczekującą na występ Belphegor. Chyba najbardziej mogłoby się zdawać black metalowy set na tej edycji festiwalu. Przyznaję. Mieli Austryjacy wykop tego wieczoru, a sam Helmuth to bestia jakich mało. Miejscami czułem jednak, że wszystko to co działo się na scenie było dokładnie zaplanowanym spektaklem, skalkulowanym co do sekundy: kto kiedy ma przejść z miejsca na miejsce, w jakiej sekundzie trzeba klęknąć, a w jakiej stanąć na podeście przy odwróconym krzyżu. Sztuka, dla sztuki. I nawet ten nieświęty “Lucifer Incestus” zabrzmiał jakoś tak mało przekonywująco. I jak sobie tak pomyślę, to już te szrot bandy grające rokrocznie jako otwieracze na Under The Black Sun mają więcej do pokazania, aniżeli Belphegor. Był to koncert, nic ponad to.

Zaraz po Austriakach udałem się na chwilę na Megadeth. Niby to już ostatnie koncerty Rudego i ostatni album tegoż. I w sumie się nie dziwię. Chociaż zajebiście posłuchać klasyków, to już patrzenie na Dave’a Mustaine, który na scenie po prostu się męczy (również wokalnie) nie było ciekawe.I o ile dwa lata temu w tym samym miejscu było czuć większego powera ze sceny, tak w tym ta energia po prostu gasła w oczach. Szkoda, ale Megadeth odhaczony w kajecie po raz drugi stał się faktem. 

Darowałem sobie więc katowanie oczu i przeniosłem się na Desert Stage, gdzie swój performance zaczęła Tides From Nebula i jak dla mnie zaprezentowała spoko granie. Był kosmos, był klimat. Nawet zacząłem się wciągać, jednak musiałem wyrwać się z tej orbity dźwięków by udać się na Park Stage na najważniejszy dla mnie koncert tego festiwalu.

Czekałem na Blood Incantation bardzo mocno. Ba! To był dla mnie koncert tego dnia. Danie główne i nagroda za całodzienne męki. I kiedy wybrzmiały pierwsze takty “Absolute Elsewhere” zostałem przeniesiony do inne galaktyki, gdzie prog rock i death metal żyją w zajebistej, nierozerwalnej symbiozie, a wycieczki po innych planetach i piramidach na nich to spotkanie w trybie psychodelicznych wizji. Ja mam dalej problem z tym albumem, bo uważam że gdyby wykastrować go z tych wszystkich prog rockowych wstawek pozostałby typowy, gruzowaty death metal, ale nie mogę koło niego przejść obojętnie, bo zawsze mnie ciągnie w swoją kosmiczną otchłań. Całe “Absolute Elsewhere” na żywo? Miazga totalna! Zniszczenie! Mistrzostwo wszechświata! Wszystko tutaj ze sobą współgrało: i idealne brzmienie ze sceny, i klawisz pachnący analogiem i przede wszystkim szczery do bólu metal śmierci, który miażdżył swoim ciężarem, brutalnością i zaangażowaniem muzyków. Jakbym wręcz słuchał tego krążka w półmroku domowego zacisza. Na dokładkę – niby specjalnie dla polskich fanów pamiętających ich piwniczne występy 10 lat temu – odegranie “Virification of Blood” ze “Starspawn”… Absolut i bezapelacyjnie koncert tej edycji Mystic Festival!

Drugi dzień festiwalu zakończył się wręcz perfekcyjnie. 11 kapel? Całkiem nieźle, ale powoli zacząłem już odczuwać zmęczenie, a przecież to był dopiero półmetek…

DZIEŃ DRUGI - 5 CZERWCA

Zagrali: EYEHATEGOD, CORROSION OF CONFORMITY, DOWN, BLACK LABEL SOCIETY, GATECREEPER, CORONER, DEATH TO ALL, ELECTRIC WIZARD, CARPENTER BRUT, SPECIES, BLACK TUSK, BENEDICTION, ROTTING CHRIST, PRIMORDIAL, CZERŃ, SEVERE TORTURE, SOILENT GREEN, FULCI, TODAY IS THE DAY, EIHWAR, SEVER, VIANOVA, DER WEG EINER FREIHEIT, SHINING, QUANTUM TRIO, ARD

Kolejny dzień przyniósł zmianę pogody i długo zastanawiałem się kiedy uderzyć na teren festiwalu. Padło w końcu na otwieracz pod postacią Coroner ale i tutaj nie udało mi się obejrzeć całości. Ha! Dotarłem dosłownie na ostatni numer występu, więc wypowiadać się nie będę. Patrząc jednak po mordach festiwalowiczów, jedni byli zadowoleni, inni zaś zawiedzeni. Czyli średnia w normie.

Der Weg Einer Freiheit znałem do tej pory tylko z nazwy, więc skoro była sposobność wybrałem się na cały set tego niemieckiego zespołu. Czy było to jakieś szczególne doświadczenie? Na pewno Der Weg Einer Freiheit to zupełnie inny sposób grania black metalu, ale na tle takiego wyreżyserowanego Belphegor Niemcy wypadli o wiele lepiej, ba! Na pewno o wiele bardziej przekonująco. Szczery, może nie do bólu, niosący ze sobą hipnotyzującą dawkę czarnej materii. Lubię takie granie, które oscyluje w rejonach takiego chociażby Geist (obecnie Eïs). Czterdzieści minut minęło mi więc bardzo szybko, dlatego zaraz po zakończeniu udałem się na Desert Stage, by uchwycić jeszcze chwilę Benediction.

Nie jestem specjalnym fanem tegoż, ale bardzo lubię ten zespół na żywo. Widziałem ich dokładnie cztery lata temu w tym samym miejscu i stwierdzam, że nadal są w zajebistej formie. Szybko, do przodu bez zbytnich udziwnień. Brytole mieli tego farta, że kiedy grali swój set, na Park Stage produkowała się hołota z Death To All… I gdyby odczytać to jako pojedynek, to zdecydowanie Benediction go wygrywało w każdym aspekcie. Z resztą wokalista (sorry, nie powiem który, bo kompletnie nie wiem kto był tym razem u nich na wokalu) kazał się tym z Death To All zamknąć, czym publika odpowiedziała mu oklaskami i śmiechem. Jebać technikę! Tylko brutalność! 

Chociaż mocno mnie Benediction trzymało to musiałem się skierować w stronę sceny The Void, gdzie za parę minut miał grać norweski Shining

Pamiętam bardzo dobrze, kiedy ukazał się “Black Jazz” i te niekończące się dyskusje na pewnych forach metalowych. Na tamtym etapie życie kompletnie mi muzyka Norwegów nie podchodziła. Teraz jednak, gdy nadarzyła się okazja, postanowiłem sprawdzić, czy coś w tej materii się zmieniło. I przyznaję: zmieniło i to bardzo. Shining kupił mnie po prostu już na starcie i przez cały set trzymali bardzo mocno. Co ten Jørgen Munkeby na tym saksofonie wyczyniał, to ja nawet nie. Ile tam było powera, ile tam było przebojowości, to chyba żodyn zespół jaki widziałem z taką energią nie zagrał. Wyolbrzymiam, ale fakt jest taki, że Shining poruszając się gdzieś na pograniczu metalu, miejscami kompletnie wypada z jego orbity i ucieka w stronę popowego wręcz grania co powoduje, że nawet jeśli siłą woli będę się starał powstrzymywać od machania tą łysą banią, to i tak Shining wygra to starcie zawsze. Porywający występ. Jeden z najlepszych zespołów poza metalem, jaki widziałem na tym festiwalu.

Tuż po Norwegach udałem się pod Main Stage by sprawdzić co tam słychać u Phila Anselmo. Stwierdzam: wybitnie dobrze. Typ jest w formie, zrzucił chyba parę kilo, a Down tego dnia rządziło na największej scenie festiwalu. Nie jestem ultrasem takiego grania ale przyznaję, że ci kolesie w tej formie nie mają po prostu sobie równych. Patrząc po publice, wszyscy byli zgodni i głodni takiego grania.

Kierując się w stronę Park Stage zapuściłem się jeszcze na parę chwil na greckich bogów z Rotting Christ i kurde mam problem. W końcu to Rotting Christ, tylko czemu odnoszę takie wrażenie, że zespół ten z występu na występ staje się cieniem samego siebie, a teraz po prostu gra i odcina kupony od przeszłości. Może się mylę, ale kompletnie to nie miało dla mnie żadnego powera.

Natomiast siłę i moc miał Electric Wizard. Toż to było starcie wagi ultra ciężkiej z której – choć sam sobie się dziwię – wyszedłem zwycięsko. Wiedziałem, że to przeprawa nie będzie łatwa, gdyż zdecydowanie wolę szybsze granie. Więc w początkowej fazie miałem po prostu ochotę dotrwać do trzeciego kawałka i iść gdzieś dalej. Jednak z trzeciego zrobił się czwarty, z czwartego piąty i tak aż do końca. Electric Wizard kupił mnie bezgranicznie. Dałem się wciągnąć w ten okultystyczno-psychodeliczny trans, te ciężkie gitary, bas i jednostajnie bijącą perkusję. Gdy dorzucimy jeszcze do tego projekcje z urywkami filmów okultystycznych (i nurtu sexploitation) z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, okazało się, że zostaliśmy wciągnięci w trans w oparach psychoaktywnych substancji (które dało wyczuć się i podczas tego występu). Miazga.

Zaraz po Electric Wizard udałem się na początek Black Label Society i nadal stwierdzam, że jeśli miałbym już wybierać między nimi a Down, to wolę jednak Down, niż to co robi Zakk Wylde. No nie i chuj. I nic mnie do tego innego nie przekona. Trzy kawałki i skierowałem się w stronę Desert Stage, by tam oczekiwać na Primordial

A że miałem dużo czasu trafiłem jeszcze na końcówkę Today Is The Day. Nazwa od razu nakierowała mnie na jakieś smutne rzeczy i tak też było. Publiki nie zebrali zbyt dużo, ale było widać, że ta publiczność jest zaangażowana, ja natomiast po paru riffach stwierdziłem, że jednak wolę przeczekać do następnego koncertu przed pustą sceną.

Primordial miałem już sposobność widzieć na żywo – bagatela – jedenaście lat temu na Brutal Assault. I porównując tamten koncert z obecnym stwierdzam, że ten zespół nie miał chyba słabego momentu. On po prostu jest dobry w tym co gra. Ta irlandzkość tego dnia wylewała się litrami ze sceny, a ja odnosiłem wrażenie, że z minuty na minutę staje się coraz bardziej zielony hehe… Fajnie podegrany black. Jeśli wiesz że coś gra, słyszysz tą charakterystyczną melodię i styl to już wiesz, że to jest właśnie Primordial

Na koniec pozostał mi Carpenter Brut. Jeśli ktoś lubi i pamięta Perturbator z poprzednich edycji Mystica, to wiedział czego się spodziewać. Tutaj też nie było lipy. Była i żywa perkusja, był i gitarzysta no i on Franck Hueso (głównu odpowiedzialny). Jeśli więc ktoś nadal lubi synthwave w jego mrocznej formie, to Carpenter Brut mógł mu dostarczyć rozrywki w najczystszej postaci. Piątek wieczór, okolica ulicy Elektryków (główna imprezownia Gdańska)… wszystko się więc zgadzało na tyle, że po trzecim kawałku zapakowałem się w auto i ruszyłem do domu…

DZIEŃ TRZECI - 6 CZERWCA

Zagrali: CASKETS, TURBO, MASTODON, BEHEMOTH, AVRALIZE, EVERGREY, PAIN, SAXON, THE GATHERING, HOSTIA, ACID KING, SCOUR, SEPTICFLESH, FROG LEAP, YOTH IRIA, MARTYRDOD, HARAKIRI FOR THE SKY, BØLZER, GAAHLS WYRD, MASTER BOOT RECORD, THE HEBRIDEAN SHEEP, GODSLUT, YOUTH CODE, MONKEY3, HULDERDVRK

Ostatni dzień festiwalu chciałem rozpocząć od Yoth Iria z nadzieją na to, że będzie to o wiele lepsza rozrywka niż Rotting Christ. Na chęciach jednak się skończyło i trafiłem wprost na szwedów z Martyrdöd. I od takiego pierdolnięcia mogę zaczynać każdy dzień. No, może nie każdy, bo Martyrdöd uprawia taki rodzaj muzyki, który wchodzi od razu, ale po trzech kawałkach ma się już dosyć. Niby dobre, ale jednak tylko w małej dawce. Fajny odegrany crust wymieszany z thrashem, ale na dłuższą metę, choć nóżka sama chodzi, męczący w chuj.

Gdzieś pod koniec przeniosłem się na The Void, by obadać Youth Code, Kolejny zespół, który obok muzyki metalowej tylko stoi. Wrażenia? Całkiem ciekawy mariaż industrialu i hardcore z krzykliwym wokalem. Całkiem znośne, ale z dwojga złego wolałbym w tym miejscu chyba Atari Teenage Riot, które nie wiedząc czemu Youth Code swym występem przywołało.

Nieco rozczarowany przeniosłem się więc na Desert Stage, by tam obejrzeć koncert Scour. Projekt Anselmo ma już bagatela jedenaście lat, ale dopiero w ubiegłym roku wydał w końcu pełny album. Czy słuchałem? Pewnie, że nie słuchałem! Jednak kiedy nadarzyła się okazja, by zobaczyć jak ten, bądź co bądź, znany łysol porusza się po innej materii muzycznej wiedziałem, że tego przegapić nie mogę. No i w sumie wyszło całkiem nieźle. Przede wszystkim wokalnie Anselmo dowozi takie tematy. Ma gardziel, który pozwala mu rozmawiać z diabłem. I o ile wokalnie jak najbardziej, tak muzycznie nie jest to już kompletnie moja bajka. Na maksa wyciągnięta perkusja z tonami blastów plus typowe dla tego gatunku brzmienie gitar. Nic specjalnego, ale sam Anselmo w innym środowisku to fajna ciekawostka. Fajna ta Pantera, fajna…

Mocno biłem się z myślami, czy oglądać Pain. Stanąłem tylko na jeden kawałek i kurde no nie. Wolałbym chyba obejrzeć Tägtgrena na przykład z takim Hypocrisy niż solowo. Kompletnie nie moje granie i tak to był kompletny PAIN. Miałem więc sporo czasu, by zająć taktyczne miejsce na koncert Bölzer.

Czekałem na ten powrót od bardzo dawna ale powiedziałem sobie, że oczekiwań żadnych nie będę miał co do tego występu. I w sumie dobrze zrobiłem, bo bawiłem się przednio choć z początku kręciłem nosem na brzmienie z którym ewidentnie dźwiękowcy sobie nie potrafili poradzić. I gdy już wszystko zaczęło się układać , Bölzer zakończył swój występ. Dokładnie tak. Około 8 minutowe intro pięć kawałków (w tym “The Archer” na początek i “Entranced by the Wolfshook” !) i outro… i dzięki nara, można iść na następne koncerty. Poczułem przez to spory niedosyt. Tak, chciałem po prostu więcej Szwajcarów, a dostałem minimalną dawkę grania. Może to i jednak dobrze, bo set naprawdę był zajebisty i mocno skondensowany, a jego intensywność właśnie była w sam raz na taki festiwal. Tak, mimo to Bölzer zaliczył zajebisty powrót i mam nadzieję, że w końcu nowa płyta wjedzie niebawem. Czekam motzno.

Nie czekałem i czekałem za to Septicflesh. Co ja zrobię, że “Communion” lubię? Ten patos, te wszystkie chóry i tak dalej… Może to w tym momencie i czasach trącić kiczem i pozerką, ale w zasadzie kładę na to lagę. Mam sentyment i tego wieczoru ten sentyment znalazł w końcu swoje urzeczywistnienie. Koncertowo zespół ma energię, która publikę potrafi porwać. Ja potupałem sobie nóżką za co w nagrodę za wytrwałość dostałem “Anubis” na żywo, który wybrzmiał całkiem wybornie. Pewnie, że wolałbym w zamian usłyszeć takie “Communion” czy “Babel’s Gate”…  ale nie można mieć przecież wszystkiego

Po “Anubis” skierowałem się w stronę Park Stage, by tam obejrzeć weteranów z Saxon. I kurwa, nieźle panowie są zakonserwowani, niczym Maryla na sylwestrze Polsatu. Miałem sposobność widzieć ich w 2022 też w tym samym miejscu i gdybym miał porównywać oba występy, to oba były równie zajebiste. Trafiłem akurat na “Strong Arm Of The Law”, “Broken Heroes”, “Motorcycle Man” i “Denim and Leather” i była to przednia zabawa… Szkoda tylko, że nie wpadło “Everybody up”.

Wróciłem na chwilę w rejony Sabbath Stage by zregenerować siły i uzupełnić płyny. Przy okazji sprawdziłem czy Gaahl ze swoim Gaahls Wyrd jeszcze trzyma swój poziom. I potwierdzam: utrzymuje. Weryfikacja przebiegła pomyślnie, więc skierowałem się wprost na Main Stage, gdzie za parę chwil na scenie miał pojawić się Behemoth.

Nawet kiedy piszę tą nazwę drobne w kieszeni mi się nie zgadzają, ale z obowiązku postanowiłem zobaczyć ten show. No i stwierdzam, że mają rozmach skurwysyny. Główna scena tego dnia zdawała się być zbyt mała dla tego zespołu: rozmach, patos, ognie piekielne wylewały się z każdej strony. Behemoth zrobił show na miarę dużego festiwalu i idealnie zamknął pewien rozdział Mystica, a że muzycznie nie ma dla mnie nic do zaoferowania? Grunt, że w planie biznesowym Nergala wszystko się zgadza. Gdzieś mniej więcej w połowie gigu zespół z dużej sceny zrobił przemarsz z pochodniami w kierunku wieży realizatorskiej, gdzie na jej dachu odegrał między innymi cover Bathory “The Return Of Darkness And Evil ” (będący jednocześnie hymnem tegorocznej edycji festiwalu), który – o kurwa – wybrzmiał naprawdę bardzo dobrze. Z jednej strony do bólu behemothowo, z drugiej jak nie behemothowo. I na tym etapie koncertu stwierdziłem, że to już dla mnie za dużo i wolę iść zająć miejsce na Park Stage przed koncertem The Gathering.

Przed tym koncertem obiecałem sobie, że standardowo trzy kawałki i idę dalej, ale z moich planów pozostały tylko gruzy. Zostałem na całym secie. Anneke van Giersbergen miała tego wieczoru taki dar przekonywania, że trudno jej było odmówić. The Gathering zagrał bowiem cały “The Mandylion”, przełomowy album nie tylko dla zespołu, ale i dla całego rocka i metalu gotyckiego. I teraz już wiem, dlaczego właśnie ten album jest tak postrzegany. Wspaniały to był koncert, pełen melancholii ale i eterycznej energii przeszywającej całe ciało. Cudny koncert i wspaniałe zakończenie tegorocznej edycji festiwalu.

PODSUMOWANIE

Co rok do znudzenia powtarzam, że takie duże festiwale rządzą się swoimi prawami i mają jedną zajebistą cechę: nawet jeśli skład wydaje Ci się słaby, wręcz komercyjny, to zawsze znajdziesz coś, co zawsze chciałeś / chciałaś obejrzeć na żywo (Anthrax, Shining). Czy to kolejny czy pierwszy raz i coś, co zrobi na Tobie wrażenie i odkryjesz coś nowego (Ciśnienie).

Tegoroczny Mystic miał swojego prawdziwego headlinera (Behemoth), który swym występem dopiął klamrę i zamknął pewien etap historii tego wydarzenia, które rok rocznie gościło na terenach stoczni w Gdańsku. Tak, tego terenu będzie jednak najbardziej żal, gdyż miejsce to idealnie pasowało do tego wydarzenia. 

Jednak jeśli faktycznie festiwal chce rosnąć, musi się rozwijać. I pomijając patodeweloperkę, która w tym miejscu rządzi i zabija klimat tego miejsca wydaje się słusznym krokiem, by festiwal przenieść na błonia bursztynowego stadionu w gdańskiej Letnicy. Teren to spory i możliwości masa, by zbudować w końcu sceny tak, że będą one dostępne dla każdego, a nie dla wybranych (scena The Void w tym roku naprawdę była ciekawa, ale swoją pojemnością po prostu zabiała czasami chęć oglądania niektórych zespołów, zaś przejście obok Park Stage w drodze do / z np. na Main Stage była pasmem przepychanek). 

Są w obwodzie stadionu hale expo, które mogą przecież posłużyć za miejsce rekreacji / koncertów / paneli (czego dusza zapragnie). Są same błonia które pozwolą zbudować sceny na wzór tych z Brutal Assault / Wacken Open Air / inne duże festy. I jest w końcu sam stadion, który może przecież posłużyć za scenę dla kogoś naprawdę dużego. Komunikacyjnie teren ten nie jest też odcięty przecież od świata: jest peron SKM, są przystanki tramwajowe. Więc każdy spokojnie dostanie się na teren festiwalu i z niego wróci. Znając życie ludzie jeśli będą narzekać, to i tak na ten Mystic w przyszłym roku przyjadą.

Potencjał więc jest, ale czy organizatorzy zaskoczą czymś co sprawi, że w końcu ten festiwal na stałe wbije się do czołówki tych największych? Kibicuję, choć jestem zwolennikiem mniejszych festów.

A moje strzały tegorocznej edycji? Bezapelacyjnie Blood Incantation, Ciśnienie oraz Shining.

Łysy
1050 tekstów

Grafoman. Fan śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026Relacje

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026

BartBart8 września 2026
Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026Relacje

Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026

PathologistPathologist29 czerwca 2026
Mystic Festival 2026: Dzień trzeci; 6 czerwca 2026, Stocznia GdańskFotorelacjeMystic Festival 2026

Mystic Festival 2026: Dzień trzeci; 6 czerwca 2026, Stocznia Gdańsk

Mateusz KlubaMateusz Kluba25 czerwca 2026

Skomentuj