Kiedy usłyszałem, że w kraju Papieża Polaka ma zagrać Grand Belial’s Key, to nie zastanawiałem się ani chwili, tylko z miejsca nabyłem bilet. Bo następna okazja posłuchania na żywo riffów Gelala może się już nie nadarzyć.

W dniu misterium odpaliłem Wkurwomobil i ruszyliśmy na Ślunzg. Musieliśmy najsampierw zahaczyć jeszcze o Gliwice, po resztę drużyny, a następnie prosto na Chorzów. Przyznaję, w Leśniczówce byłem po raz pierwszy, mimo iż stała się obecnie popularnym miejscem koncertowym.

Na miejscu, które okazało się przeprzyjemnym domkiem w lesie, szybki odbiór biletu oraz opaski, a następnie trzeba było zbić piąteczki z hordą znajomych. Dawno tak zacnego grona nie widziałem w jednym miejscu, chyba od czasów ostatniej Byczyny. Swoje harce rozpoczynał już Haeksenhamer, ale przyznaję się, że ich odpuściłem. Po pierwsze ekipa, po drugie jakieś żarcie, bo człowiek od śniadania nic nie jadł, a po trzecie trzeba było dopchać się na tłuste stanowisko z merchem. Niestety nie mieli wszystkiego, co się dało od Arghoslent, ale i tak nie szło wyjść niezadowolonym. Podziękowałem sobie wtedy za rozsądne zabranie jedynie półtorej stówy, bo dóbr było tyle, i takiej jakości, że szło przepierdolić pół wypłaty.

Haeksenhammer zakończyło swoje popisy, a szpiedzy donieśli mi, że było bardzo przyzwoicie. Fajnie, ale dla mnie ten koncert zaczynał się naprawdę od drugiej kapeli.

Arghoslent. Dla jednych kawał przedojebanego death metalu, który podlany obficie kapitalną melodyką, sieje pogrom oraz zniszczenie. Dla innych niepoprawni chuligani. I obydwie strony mają rację, choć dziś pewnie bardziej ograniczają do się grania, ale słodki Jezu, coś w syropie sosnowym rozpuszczon został, jakże dojebanego grania. Tuż przed występem namiot był nabity niemal po dach, a jak już wyszli na scenę, jak przykurwili tym swoim graniem, to miałem szczękę przy ziemi. TEJ ZIEMI. Przyznaję, dotychczas jakoś zapomniałem o nich, by wrócić sobie przy okazji tego występu. Z płyt mnie zmiotło, jak huragan stodołę, ale tego dnia na scenie było raczej pierdolone tornado pustoszące województwo. Ulfhedinn, to nie dość, że kawał dokurwionego, Wielkiego Chłopa, to jeszcze zajebiście radzi sobie na wokalu, a nadto chętnie idzie w konferansjerkę zgrabnie dyrygując tłumem. No i to, co najważniejsze: riffy. To, że Gelal świetnym gitarnikiem jest, to nie mam wątpliwości, ale z tej sceny muzyka dosłownie płynęła, co JEST wyczynem, biorąc pod uwagę, że to nie kawałki o melancholijnym lizaniu jajek, ale kawał ciężkiego, wkurwionego metalu śmierci. Wkucie w to zgrabnie świetnych melodii, by nie było obciachu, ani nie nudziło, naprawdę wymaga talentu, a tego wieczoru tego właśnie doświadczyłem. Niestety w trakcie musiałem się ewakuować z namiotu na zewnątrz, bo ścisk, a w konsekwencji duchota w środku robiła się nie do wytrzymania, a moje zdrowie już mocno niedomaga. I wskażę tu od razu, że poza namiotem też było całkiem nieźle słychać dokonania grajków, z tym jednak zastrzeżeniem, że w sytuacji solowych popisów, to ginęły one w szumie.

Po wszystkim należało udać się na ćmika, bezalko pieniste (bez wyzywania mi tu, prowadziłem!) oraz powymieniać spostrzeżenia zresztą czcigodnych wielmożów, w tym Wojtusiem, który okiem i szkiełkiem również oceniał poziom TRVE tego wieczoru.

Po prawdzie, po Arghoslent spokojnie można by zbierać się było do domu, gdyby skład był słabszy, ale nie tą razą. Choćby dlatego, że następny był znany i lubiany, śląski zespół pieśni oraz tańca, Infernal War.

Co ja Wam, kurde, będę tu mówił, to przecież Infernale. Hord legendarny już w podziemiu, który nigdy nie gra słabo i zawsze sieje taki wpierdol, że człowiek po występie idzie do lekarza, by tramal wypisał po takich bęckach. Gdy tylko ze sceny poleciały pierwsze dźwięki, namiot napełnił się, jak kościół podczas odpustu. Jak wspomniałem, tu nie mogło być źle. Przekrojówka z całej dyskografii była, choć mi najbardziej serduszko zawsze gra, gdy lecą kawałki z „Terrorfront”, co też miało miejsce. Warcrimer na scenie, to monstrum, a Zyklon zawsze mnie zadziwia, że chłop, który jest rozmiaru kilku zwykłych ludzi, a siły dziesięciu, jest w stanie wyczyniać taką akrobatykę na gryfie. Coś wspaniałego. I jeśli tylko macie możliwość wbijajcie na nich koncerty, to zawsze jest uczta dla uszu oraz paliwo dla wkurwienia.

Zmierzch okrył już całunem chorzowską knieję, a trupioblade lico miesiąca pustymi oczodołami wejrzało na zbliżające się do końca rytuały. Dlatego przed końcem imprezy podbudowałem nieco siły strawą, pogadałem jeszcze i pospieszyłem zająć na zewnątrz dobre miejsce z tyłu namiotu. Nie było co liczyć na stanie w środku, nie tylko ze względu na zdrowie, ale również na okoliczność, iż sporo luda zostało po Infernalach, by taktycznie zająć dobre miejsce na wisienkę na torcie.

Czyli Grand Belial’s Key. Miałem w chuj obaw, jeśli idzie o ten występ. Co chwilę ktoś ze znajomych mówił, że widział live’y i GBK zagrało chujowo, że grubas z kartki czytał, albo że to trzecioligowy black metal na scenie. Co prawda Agrospęd i Infernale tego wieczoru zaspokoili w pełni moją żądzę kultu nienawiści, ale GBK było głównym powodem przybycia do Chorzowa. I na szczęście moje obawy okazały się płonne. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że GBK gra specyficznie, w efekcie czego znacząco odstawało od reszty kapel, które grały tego wieczoru. Ich black metal sączył się ze sceny niczym nienawistne kazanie fałszywego proroka, a tłum żywo reagował na płynące dźwięki, szczególnie gdy leciało naprawdę świetnie odegrane „On a Mule Rides The Swindler”, czy „Fiscus Judaicus”. Zakończono z przytupem, bo najpierw wjechało „Foul Parody of the Lord’s Last Supper”, a wisienką na torcie było, a jakże, „Shemhamforasch”. I złego słowa na ten występ powiedzieć nie mogę. Nie było męczenia buły, chamskiego czytania tekstów z kartki tylko profesjonalnie odegrany black metal, który pluje cieśli w twarz. Jeśli nie brzmi to, jakbym piał z zachwytu, to tylko dlatego, że jednak, jak wspomniałem, Arghoslent i Infernal War totalnie mnie kupili tego dnia.

Po wszystkim przed wyruszeniem w drogę należało zebrać drużynę, odczekać chwilę, aż ktoś tam krewki przestanie się przepychać po koncercie, i wyjechać z parku. Doskonały koncert i z pewnością jeden z lepszych w tym roku w kraju. Kto nie był, niech żałuje!

Bart
773 tekstów

Piękny, dostojny inteligent. Miłośnik jadła, tynktur i gór, któremu wydaje się, że umie pisać.

Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026Mystic Festival 2026Relacje

Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026

ŁysyŁysy1 lipca 2026
Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026Relacje

Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026

PathologistPathologist29 czerwca 2026
Death Is Not The End (Chapter Three); Wrocław, Klub Łącznik; 8 – 9.05.2026Relacje

Death Is Not The End (Chapter Three); Wrocław, Klub Łącznik; 8 – 9.05.2026

PathologistPathologist12 maja 2026

Skomentuj