Wydawca: Godz ov War Prodcutions
Szczerze mówiąc, nie byłem początkowo przekonany do Zørzy. Gdy Greg przygarnął te zagubione chłopięta dostrzegłem dopisek „post black” i poczułem lekkie wewnętrzne fuj. Z tego również powodu do „Hellven” podszedłem spodziewając się raczej nudy. I zostałem zdewastowany.
Zørza to świeży nabytek w polskim podziemiu. Zadebiutowali w zeszłym roku Epką „IEI”, którą wydał Potężny Wydawca, a omawiane dziś „Hellven” jest ich pierwszym pełniakiem. Ten jednak żadną miarą nie jest niedopracowanym bublem, a prawdziwą perełką. Co w sumie nie dziwi, bo tworzący ją tercet ma już pewne dokonania muzyczne, choćby w Linde, Selfharmony, czy Between Nothing.
Na wstępie uspokoję Was: ten „post” w ich opisie, to raczej jakieś okazjonalne elementy, bo Zørza, to black metal. I kolejna niespodzianka, bo nie jest to jakiś surowy wyziew brzmiący, jak połączenie wiertarki, odkurzacza oraz srania na kiblu z wyciem, jakby matka zabroniła słuchać metalu, ale mocno melodyjny kult zła. Niespodzianka tkwi w tym, że „Hellven”, nie jest obsranym casiomelodyjkami szajsem, ale na wskroś przemyślany album, w którym właśnie melodyka nadaje siłę oraz swoisty patos. I jest to przepyszne.
Po krótkim wstępie z pieronami siarczystymi od pierwszego kawałka, „Night of The Werewolf”, riffy dosłownie płyną, a jak wjeżdża refren podlany tym pysznym motywem, to opadła mi szczęka. I ten świetny, lekko chrypiący wokal. Jest również taka lekka nutka melancholii, ale bardzo delikatna. Wjeżdżający następnie „Death II” podniósł poprzeczkę jeszcze wyżej, gdy z wokalem pojawił się kolejny motyw. Kapitalna melodyka dosłownie płynąc wprost do serca. Fakt, że słuchałem tego głównie będąc w górach podbijał frajdę po wielokroć. Dalej jest jeszcze lepiej, bo zostaje podany najtłustszy kąsek na tym półmisku frykasów, czyli „The Crown with Silver Thorns”. Ło Panie, to łupnięcie riffem już od samego początku robi potężne wrażenie, niczym cios młotem. Jest i nawet fragment w języku polskim, choć potem całość wraca do angielskiego. Trochę szkoda, bo inaczej ten kawałek ładnie by zaciągał nowszą Arkoną, ale są riffy. Te cudowne riffy z uderzającym motywem. Ja pierdole, Kacper Bartkowiak, który podług info skomponował te melodie musiał być w tym momencie wyjątkowo przepełniony wkurwieniem. W utworze tym obecna jest także solóweczka w gościnnym wykonaniu niejakiego M. Wrzesińskiego, która daje przyjemny vibe gimnastyki na gryfie w stylu Draconisa, a która stanowi wyborną „kropkę nad i”. Następująca potem „ Zørza” stanowi głęboki oddech po wcześniejszych harcach, a to dlatego, że to spokojna, lekko ponura, elektronika. Tylko i wyłącznie. W pełni instrumentalny jest kolejne „Danse Macabre”, które traktuję bardziej, jako preludium do przedostatniego „Under The Reign Of The Black Moon”. Tam tempo przyspiesza, a ja wyłapuję delikatne ukłony w stronę ostatnich dokonań Deus Mortem. Tak mi grajcie, Waszmościowie. Finis coronant opus, a bardowie z Zørzy postanowili skończyć w wielkim stylu coverem Windir „Journey To The End” i ten wyszedł im doskonale. Valfar byłby dumny, ja z kolei tupię nogami ze szczęścia.
Nacmokałem się nad tą płytą, ale czy są jakieś wady? Jedna tylko. Perkusja mi nie leży. O ile mi wiadomo, co skrytykował również Pradziad Podziemia w swojej piwnicy, na „IEI” był automat perkusyjny. Tym razem zaangażowano do pracy żywego perkmana, M. Wróbla, ale nadal to nie brzmi. Nie wiem, czy to kwestia tego, że generalnie perkusja na „Hellven” naprawdę jest dość mocno w tle, w co wolę wierzyć, ale da się lepiej, co udowodniła choćby Wilczyca, gdzie na „Magiji” zaangażowano Krzyśka Klingbeina i odwalił taką robotę, że szło się obsrać na miętowo.
Zapomniałbym dodać, że okładka jest w pytę. Tworzy piękną, spójną całość z muzyczną zawartością płyty.
„Hellven” mnie rozłożyło na łopatki. A także grabki, wiaderko i resztę ekwipunku. Przyznaję, że potrzebowałem czegoś takiego do posłuchania, a Zørza wstrzeliła się idealnie. Jest sporo melodyki, ale i jest ten pazur. Liczę, że następnym razem będzie przynajmniej tak dobrze, w myśl Horacego: „bis repetita placent”. A jeśli nie, to oby było jeszcze lepiej. Pozycja obowiązkowa.
Ocena 10/10 mimo tej perki





Noo, całkiem średnie!
To dobra płyta