Wiedziałem, że trasy Trucizna / प्रलय nie chcę sobie odpuścić. Coś nie było klimatów na zorganizowanie z Rzeszowa wyjazdu czy to do Katowic, czy do Lublina… Postawiłem, więc wziąć sprawy w swoje ręce i udać się na poznański odcinek tej trasy. Przy okazji zorganizowałem sobie też mała wycieczkę po północno – zachodniej Polsce, więc same korzyści.

Do Poznania dotarłem wczesnym popołudniem. Był czas na zameldowanie się na noclegu, wypicie piwka i wpierdolenie jednego z największych schabowych, jakie widziałem w życiu. Tak posilony pomaszerowałem do klubu Pod Minogą, który leży bardzo blisko rynku, więc spacer nie był jakiś szczególnie długi. W Poznaniu za często nie bywam, więc i Klub Pod Minogą odwiedziłem po raz pierwszy. Dość nietypowa konfiguracja knajpy, dwa piętrze, sporo zakamarków, nie było na początku się łatwo połapać w geografii tego miejsca. Gdy wbiłem już na górę, to okazało się, że przestrzeń zarezerwowana na wieczorny event jest nabita pod korek. Ciężko mi ocenić ilość ludzi, ze względu na mnogość pomieszczeń, ale jeśli koncert nie był wyprzedany, to zapewne niewiele brakło, bo ścisk był mocny. Na stoiska z merchem muzycznym nie dopchałem się od razu, możliwe że był to błąd, ale o tym potem. I ciekawostka: było też stoisko z różnymi bibelotami i ozdobami. Zaprawne płeć piękna mogła je odwiedzać tłumnie.

Nawet nie zdążyłem piwa zamówić, a punktualnie o 20 na scenę wchodzi Hag. Olałem na ten moment rzeczone pieniste i poszedłem pod scenę, bo ich demówka mnie na tyle zachęciła, że postanowiłem nie omijać ani minuty z ich występu. A że demówka ma tych minut 15 z małym haczykiem, więc zamówieni piwa mogło mnie kosztować połowę setu. Nieźle to wyglądało, fajnie to brzmiało. Wokalista robił robotę i oddawał ducha starej szkoły BM. Było widać zaangażowanie i fun z grania. Nie wiem, ale to chyba ich pierwszy koncert? Może się mylę, ale jeśli to był takowy, to naprawdę wypadło to dobrze. Niestety przypadła zespołowi Hag ciężka rola, bo występujące po nich kapele zmiotły mnie totalnie z planszy, ale może o tym za chwilę. Z tego, co kojarzę, to Hag na demie ma cztery numery, a poleciało ich chyba z dwa więcej, więc niewykluczone, że kolejne wydawnictwo jest już w drodze. Chłopaki na scenie spędzili może z 25 minut i poszli zapewne pić piwo żegnając się pięknie z publicznością słonawami „Jesteśmy Hag, Hail Satan!” Ja postanowiłem wykorzystać, wydawałoby się dość długą przerwę w koncertach i zamówić długo wyczekiwane pierwsze piwo w lokalu. Udało mi się to nie bez problemów, bo w pewnym momencie usłyszałem cichą eksplozję i wysiadły wszystkie światła. Na szczęście to tylko wystrzeliły korki i zaraz było po sprawie.

Zaopatrzony w piwko podjąłem kolejną próbę ruszenia na merch. Do stoiska Old Temple nie było może jakichś wielkich kolejek, ale przy fantach przewiezionych przez Truciznę i प्रलय tłum ludzi nie odpuszczał ani na chwilę. Poszedłem, więc z piwkiem pod scenę i dosłownie za chwilę प्रलय zaczyna swoją sztukę. Jakieś dziesięć minut przed czasem. No w sumie ile i na co mają czekać? Jak mają zaorać, to najlepiej tu i teraz, a potem już relaks. Widziałem ich na koncercie w Leśniczówce przed Necropole i wydaje mi się, że teraz wypadli lepiej. Nie wiem od czego to zależy, może ja się z ich twórczością trochę lepiej zapoznałem. Na pewno przez ten okres sporo przesłuchań „Beyond The Tattered Curtain of Unspeakable Madness” zaliczyłem i siadał mi mocno ta płyta. Goście umieją na żywo oddać potęgę i majestat tych dźwięków. Niby jest to dość zagmatwane sonicznie granie, ale wchodziło mi ono na żywo tego wieczoru, jak to zimne piwo, które trzymałem w ręce. Jedynie, do czego mógłbym się przyczepić to brzmiałoby to jeszcze bardziej potężnie, gdyby mocniej wykorzystać drugi wokal. Ale to jest moje skromne zdanie i chłopaki zrobią tak, jak będą chcieli i uważali za najlepsze. Znakomity był to wysęp, jak sobie w głowie odtwarzam tytułowy numer odegrany tego wieczora, to aż mam ciarki. I przy tej okazji warto wspomnieć, że brzmienie tego wieczoru Pod Minogą było naprawdę bardzo dobre. Aż byłem w szoku, że na takiej małej powierzchni i przy takiej intensywności dźwięków brzmiało to tak dobrze… I nie mowę tu tylko o प्रलय. Wszystkie kapele zabrzmiały dobrze, nawet Hag, a wiadomo jak to bywa z kapelami na początku… No różnie…

Tym razem szykowała się przerwa w okolicy pół godziny. Niestety i tym razem czas ten okazał się na styk, ze względu na sporą kolejkę do kibla i jeszcze większą do baru. Swoją drogą raz za to samo piwo zapłaciłem 15 zł a raz 17. Już nie wnikam, może się ktoś pomylił, aczkolwiek, jaka faktycznie była jego cena, to nie jestem w stanie napisać. Na szczęście zaopatrzony w złocisty trunek pomaszerowałem w z góry upatrzone miejsce po prawej stronie sceny i już tam postawiłem czekać na wysęp Trucizny. Nie czekałem zbyt długo, bo punkt 22:00 Joanna, Skoll i wraz z perkusistą wychodzą na scenę. Ale ja sobie ostrzyłem zęby na ten koncert. Wszystkie wydawnictwa Trucizny to dla mnie na ten moment 10/10, a z relacji z ich poprzednich koncertów wiedziałem, że powinno być co najmniej świetnie. Cała scena zalana czerwonym światłem i lekka mgiełką kadzidła i się zaczęło. Kurwa jak to na żywo wspaniale wypada. I nie chodzi tylko o muzykę. Chodzi o cała otoczkę, o prezencję sceniczną o pewne maniery, gesty… JRMR jest w swoim czarnym rzemiośle znakomita. Nie dość, że wokalnie wypada to świetnie, to jeszcze jest w tym mnóstwo teatralności, pewnego patosu, ale i naturalności. Czuć, że jest to muzyka wypływająca wprost z najczarniejszych zakamarków duszny. Jest to autentyczne, czuć zaangażowanie i artystyczne wyczucie. Trucizna z płyt jest znakomita, ale to na żywo dopiero poczujecie tą muzykę w pełni i doświadczanie to zostanie z Wami na zawsze. Nie wyobrażam sobie żeby mogło to wyglądać i zabrzmieć lepiej. Warto jeszcze dodać, że bardzo podoba mi się minimalizm tego zespołu. Nagrywają we dwoje i na żywo do tego duo dochodzi jedynie perkusista i nic więcej nie potrzeba. Brak basu wydaj się nieistotny. Ja sobie wyliczyłem, że oni mają muzyki na jakieś pięćdziesiąt minut i tyle mniej więcej trwał ich występ. Koniec. Koncert zapamiętam na długo…

Pora wracać jednak do rzeczywistości. Wychodząc z klubu wpadłem w końcu na stoisko płytowe i zakupiłem, co zostało… Warto było jechać do Poznania na tak dobry koncert. Mam nadzieję, że znowu gdzieś uda mi się zobaczyć na żywo Truciznę i liczę na kolejne tak dobre wydawnictwa.

Pathologist
1164 tekstów

Asphyx, Mysthicon; Krosno, Rock Klub Iron; 21.03.2026Relacje

Asphyx, Mysthicon; Krosno, Rock Klub Iron; 21.03.2026

OracleOracle23 marca 2026
Impaled Nazarene, Witchfuck; Kraków, Klub Zaścianek; 14.03.2026Relacje

Impaled Nazarene, Witchfuck; Kraków, Klub Zaścianek; 14.03.2026

OracleOracle19 marca 2026
Trasa Devil’s March: Hag, Pralaya i Trucizna; Wrocław, Klub Liverpool; 08.03.2026Relacje

Trasa Devil’s March: Hag, Pralaya i Trucizna; Wrocław, Klub Liverpool; 08.03.2026

BartBart13 marca 2026

Skomentuj