Już dawno temu zakupiłem sobie bilet na koncert Asphyx, ustawiłem sobie na półeczce, ażeby o nim nie zapomnieć i żeby mnie determinował do takiego ułożenia sobie żyćka, abym nie musiał w ostatniej chwili go sprzedawać. Szczęśliwym trafem – sobota rano i nie było jeszcze żadnego fuckupu… Aż tu nagle – dzwoni facet i mówi, że chce kupić mój samochód. Powodowany uczuciami metalowymi a nie chęcią zarobku zadrżałem – jak sprzedam, to jak pojedziemy?! No ale kupiec dał sobie kilka dni do namysłu, więc jeszcze Czarna Lwica posłużyła jako transport do Krosna.
Tym razem wyruszyła spora grupa pod wezwaniem, bo zapakowało się nas sześciu. Po zebraniu wszystkich pokemnów z różnych miejsc w Rzeszowie uderzyliśmy zgrają na Rock Klub Iron w Krośnie. Tradycyjnie ponarzekaliśmy na dziwny tryb sprzedażowy biletów – przez internet nie kupisz, na jeden dzień nie kupisz, trzeba na obydwa. A że w piątek nie grało nic co przyciągnęłoby nas wybitnie, był to jeden z droższych koncertów ostatnio. Natomiast było warto.
To znaczy, nie mogę tego powiedzieć o zespole otwierającym całość sobotniego setu, czyli Mysthicon. W internetach był hajpowany po wydaniu swojej drugiej płyty, „Bieśń”, chyba głównie z uwagi na to, że gitarzysta był jednym z członków założycieli Lux Occulta, z którą nagrał trzy pierwsze materiały. Nie powiem, byłem ciekawy jak to wypadnie na żywo, bo wiadomo – hajp sobie, życie sobie. Natomiast zanim zespół zaczął koncert, na scenę wszedł szef Rock Klubu Iron, podziękował zebranym za przybycie, żonie podziękował, dostał torta, bowiem Klub obchodził dwudziestolecie istnienia i… ogłosił, że klub kończy działalność. No nie powiem, w sytuacji, gdy w Rzeszowie nie ma chętnych na ogarnięcie klubu, który wpuści z trzysta osób i nie będzie się go trzeba wstydzić, taki Rock Klub Iron był spoko substytutem dla Rzeszowian. No i miał w sobie to coś, że jednak potrafił przyciągnąć ludzi z całej Polski i naprawdę dobre nazwy i to na pojedyncze koncerty – czego dowodem był właśnie koncert Asphyx. Szkoda, liczę jednak że Bogdan się wynudzi na emeryturze, przynajmniej do czasu, aż Rzeszów nie dorobi się klubu z prawdziwego zdarzenia na podziemne koncerty.
Wracając do części muzycznej – wspomniany Mysthicon. Ech… Intro, czerwona poświata gitarzysta Nigrum wszedł na scenę i powoli uniósł do góry poroże jeleni i wrócił za scenę. A potem wyszli i zaczęli grać. Opis, że ich muzyka jest black/death metalem, powstał chyba w szkole muzycznej dla Głuchych… Zespół poczęstował nas bowiem totalnie oklepanym symfonicznym black metalem. Słuchało się tego strasznie – naiwność tych melodii i aranżacji wręcz powalała. Na pewno zespołowi nie pomogły problemy techniczne, no ale nawet i bez nich – ta muzyka była dla mnie straszna. Na tyle, że po drugim numerze wyszedłem spod sceny na dalszy koniec, co i tak nie ratowało mnie przed tymi dźwiękami oraz żenującą konferansjerką muzyków… Odegrali też numer Lux Occulty, kolega Wojtek stwierdził, że go nie spierdolili strasznie, więc chociaż tyle. Ja nie wiem, natomiast cały występ oceniam jako słaby.
Klub mocno nabity, choć na przykład reprezentacja z Rzeszowa raczej niewielka. Z drugiej strony przyjechały ekipy z Kielc, Warszawy, o mniejszych miejscowościach nawet nie wspomnę. No i niezmiernie miłe były piąteczki z kilkoma czytelnikami, człowiek przynajmniej wie, że robimy tego Kejosa tylko dla siebie. Po cichu liczę też, że Roman jednak coś z tym klubem wymyśli, bo to sympatyczna miejscówka na tego typu spędy.
W przerwie między koncertami poszedłem jeszcze obczaić sobie merchyk – Asphyx miał naprawdę fantastyczne koszulki, ale chwilowo nie jestem na kupnie. Natomiast co zaskakujące – klub wypuścił „okolicznościowe” koszulki, które wyglądały jak przyprasowanka za dwajścia złoty – ktoś wziął plakat wydarzenia i wrzucił na front i wycenił na 80 złotych polskich. I co dziwne – podczas gdy oryginalny merch Asphyx, w zajebistej jakości za 100 złotych w ogóle nie cieszył się zainteresowaniem, o tyle tego badziewia zeszło strasznie dużo. Metal to jednak czasem dziwny jest, no ale nie ja w tym będę biegał przy trzydziestu dwóch stopniach.

Było już bliżej godziny zero, więc podreptaliśmy pod scenę, ażeby nikt nam nie zasłaniał i lepiej chłonąć show. Cóż, kilka osób już uczestniczyło w wyimaginowanym koncercie, ale biorąc pod uwagę ich stan – ja się dziwiłem że stoją jeszcze na dwóch nogach (co zresztą długo nie trwało). Z lekkim opóźnieniem, ale w końcu scena zaczęła zapewniać się muzykami Asphyx, no i po krótkim soundchecku zaczęło się. Panieborzejezusienazareński, jak oni przypierdolili na dzień dobry, to nie było co zbierać. „Vermin” na początek to doprawdy doskonały pomysł. Później poleciało już coś nowszego – kawałki z „Necroceros”. Płyta ma niby już pięć lat, ale jeszcze jest w dalszym ciągu mocno promowana, bo tego wieczoru usłyszeliśmy chyba z cztery strzały z niej. I dobrze, bo to fantastyczny materiał. Ja akurat nie dzielę twórczości Asphyx na nową i starą, więc gdy poleciało „Death… The Brutal Way” czułem się równie wspaniale jak przy kawałkach z „The Rack”. Nic dziwnego, ten numer to pierdolony killer. Asphyx ma talent do death metalowych hitów, które doskonale sprawdzają się w wersji live – tego wieczoru usłyszeliśmy przecież jeszcze „Deathhammer”, „Scourbutics” czy „Wasteland of Terror”. Na scenie był prawdziwy ogień, pod sceną też non stop był mniejszy lub większy mosh, natomiast nie był zbyt wymagający jeśli chodzi o wysiłek fizyczny, ale tak to jest gdy typ nakurwiony jak szmata stwierdza że będzie królem parkietu. A takich było wielu. Wracając do muzyki jednak – wydawało mi się, że set z tego roku w porównaniu do setu, który odbył się w tym samym miejscu kilka lat wcześniej był krótszy. Ale może przez to zespół był jeszcze intensywniejszy? Martin to sceniczne zwierzę, ale też bardzo dobry frontman. Jeśli coś gadał w przerwach – a w sumie robił to przed każdym numerem, robił to z rigczem. Na przykład, numer „The Nameless Elite” zadedykował żołnierzom broniącym wschodniej granicy Unii Europejskiej. Fajnie wiedzieć, że gość który jest uosobieniem death metalowego podziemia ma też głowę na karku, nie jest ruską onucą albo nie pierdoli o eurokołchozach. A wracając do setu – pominięte zostały chyba tylko płyty z drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych, ale też nie ma się co dziwić – tak naprawdę zostały nagrane w całkowicie innym składzie. Poza tym, Asphyx ma w zanadrzu tyle dokurwionych kawałków, że doprawy miał z czego wybierać. I tak też nie mogło być inaczej na koniec – „The Rack” oraz „The Last One on Earth” były doskonałym zwieńczeniem ich występu.

Wspaniały był to koncert Niderlandczyków, nie zapomnę go nigdy. Asphyx dla mnie to taka kwintesencja podziemia – poziom światowy, a podejście totalnych lokalnych kumpli. Wspaniale się na to patrzyło i uczestniczyło w tym spędzie. Death! The Brutal Way!
https://www.facebook.com/officialasphyx




