Pathologist: Imprezy spod znaku Death Is Not The End były od jakiegoś czasu na moim radarze. Zawsze coś wypadało, a może szukałem wymówki ? Ja też ultra fanem śmierć metalu nie jestem, ale jak już słucham, to raczej tego śmierdzącego piwnicą, więc uznałem że warto się wybrać do Wrocławia. Bilety kupiłem w momencie ogłoszenia występu Dead Congregation (to już dla mnie była gruba wiadomość), czyli dość dawno, więc pozostało jedynie czekać. W między czasie dochodziły kolejne kapele, których często nie znałem, ale była to okazja żeby się z nimi zapoznać. I zajebiście!

Finalnie nadszedł ten dzień i mimo kilku przeciwności stawiliśmy się w sile pięciu chłopa w piątkowy poranek na dworcu PKP w Rzeszowie.  Droga niby daleka, ale w dobrym towarzystwie szybko minęła. Działo się w tym pociągu wiele, krążyły nalewki i było wesoło. Szczegółów oszczędzę, bo nie będę ukrywał, że i ja nie wszystkie pamiętam. We Wrocławiu mieliśmy jeszcze sporo czasu, więc udaliśmy się na otrzeźwiające piwo i znakomitą kuchnię gruzińską. Zameldowanie w hotelu przebiegło dość sprawnie zważywszy na sytuację . Na miejscu chwila regeneracji i zamawiamy transport do klubu. W Łączniku nigdy nie byłem i miejsce zrobiło wrażenie. Była zajezdnia tramwajowa, świetny industrialny klimat, sporo miejsca, jest gdzie usiąść, jest co zjeść. Rozjebały mnie tory, które były po środku sali koncertowej.

Szybkie rozeznanie w terenie, szybkie piwko i lecimy zobaczyć otwieracza całej imprezy, czyli jedynego przedstawiciela polskiej sceny na tym feście: Burning Sky. Tych gości nie sprawdziłem przed przyjazdem do Wrocławia, ale to co działo się na scenie zaintrygowało mnie na tyle, że zostałem cały koncert. Dobry, śmierć metal w skocznym stylu zaserwowali nam ślązacy. Czuć było ze tam są jakieś naleciałości sceny hardcore/punk i w zasadzie wiele więcej Wam nie napisze. Fajne wejście w dzień pierwszy. Lecimy dalej.

Oracle: Tak, zespół jako rozgrzewacz sprawdził się znakomicie. Fajnie to żarło i mimo jeszcze niewielu osób pod sceną – przyjęcie mieli całkiem niezłe.

Bart: Kurwa, ledwo zdążyłem na te Feral Forms, bo praktycznie prosto z roboty przyjechałem (dzięki ci Borze za posiadanie autka). Dla mnie Włosi bez szału za to. Solidny wpierdol, ale znacząco bledł przy następnych kapelach.

Pathologist: Kibel, piwko i pora na Feral Forms. Na nich to akurat miałem wielką ochotę, bo sprawdziłem sobie „Through Demonic Spell” i weszło mi to jak pieniste w upalny. Włosi nie pierdolili się przydługimi wstępami i zagrali zajebiście intensywny set. Znakomicie to zabrzmiało na żywo, Włochy to taki ciepły kraj, a powiało chłodem mocno. Na szczególne brawa zasługuje wokalista, który dygował tym całym zamieszaniem, a jego zdziczała pasja udzielała się zgromadzonym pod sceną. Na końcu pomyślałem sobie, że jak druga kapele odjebała taki koncert, to co tu się będzie działo później? 

A zadziało się dosłownie 15 minut po zejściu Włochów ze sceny, bo kolejne okienko koncertowe było przewidziane dla amerykanów z Warp Chamber. Powiedzieć, że wyszli na scenę to trochę za mało. Ich ktoś po prostu spuścił z łańcucha albo wypuścił z klatki. Totalny rozpierdol, którym kierował wokalista, którego sceniczne zachowanie zajebiście mi przypominało gardłowego z Obituary. Chłopaki wyglądali na młodych, ale co koncert odjebali to nie mam słów. Zaskoczenie festiwalu. Sprawdzałem ich przed przyjazdem, ale nie zrobili na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia, ale koncert był świetny do tego stopnia, że żal było wychodzić do kibla, żeby nie opuścić kilku minut występu, który nie był długi. Generalnie prawie wszystkie kapele zamykały się w okolicach 40 minut ze swoimi występami. Warp Chamber czas ten spożytkowali w 100% zyskując sobie zapewne wielu nowych fanów.

Oracle: A ja właśnie sprawdziłem sobie Warp Chamber i mnie podobało się w chuj już zanim przyjechaliśmy do Wrocka. Zaiste – koleś wyglądał trochę jak nieślubny synek Tardy’ego. Bardzo dobra płyta „Implements of Excruciation” zrobiła mi kilka treningów na siłowni, więc czułem że będzie grubo. I było – ich werwa zmieszana z moim alko spowodowała, że chyżo ruszyłem do tańca.

Bart: Łop Czamba rozjebało. Tak, jak Wielmoże powyżej piszą – wokalista zadawał się nieślubnym synem Tardy’ego, do tego dyrygował obfitymi zamieszkami pod sceną, niczym Piotr Rubik orkiestrą i chórem. Muzycznie waliło to dla mnie pyszną mieszanką Morbid Angel, Cannibal Corpse z lekką nutką Massacre. Dopiero na ich występie poczułem, że tu się dzieje wpierdol.

Pathologist: Chwila pogaduszek, jakieś piwko i na scenę wychodzą przedstawiciele włoskiej sceny grind, czyli Golem of Gore. Tu wdziałem mniejsze zainteresowanie, bo na sali koncertowej zrobiło się wyraźnie pustawo.  Przepastna dyskografia tego zespołu była skuteczną barierą przed zapoznaniem się z ich twórczością, ale postanowiłem zostać i nie żałowałem. Występ w okrojonym składzie, bo tylko na jedną gitarę, wokal i perkusję. Mimo tego na scenie działo się sporo, były żarty o pizzy i mnie one śmieszyły. Udany wstęp i niewiele więcej.

Przedostatnia ekipa tego wieczoru to Degraved, której skład w jakimś procencie pokrywał się z Warp Chamber. Mi to jednak nie do końca zażarło. Widać było, że ma ta kapela kupę fanów, ale ja sobie ich oglądałem z daleka popijając zimne z pianą.

Bart: I grzech ciężki, przyjacielu, popełniłeś, bo Degraved wypadło niesamowicie. Ciekawostka, zarówno oni, jak i Warp Chamber, to kapele jednego typa, Leo Paduy, który w obu zespołach łoi na garach i robi to przezajebiście. Serio, praca perkusji na scenie tego wieczoru, to był miód na uszy. Sam Zgrobowany był fajnym kontrastem dla dziarskiego Warp Chamber. Wolny, ciężki i duszny, niczym ToiToi na trzecim dniu Brutala pod koniec dnia, gdy stał w pełnym słońcu. Takie Incantation z domieszką Bloodsoaked Necrovoid.

Pathologist: I na koniec duński Phrenelith. Płyty numer 1 i 3 mnie rozjebały. Dwójka, czyli „Chimaera” niespecjalnie przypadła mi do gustu i nie jest to jedynie moja ocena tej sytuacji, aczkolwiek ponoć nić z tej płyty nie grali, więc jest opcja, że i sami muzycy nie są do końca z tego materiału zadowoleni. Mimo totalnego zmęczenia, nie mogłem sobie darować i przesiedzieć tego koncertu gdzieś na ławkach. Było znakomicie, ale wiele więcej Wam nie napiszę. Po koncercie szybkie zawinięcie do hotelu i dzień pierwszy uważam za zaliczony.

Z wydarzeń około koncertowych to warto wspomnieć o kilu kwestiach. Miejscówka, jak już wspominałem: zawodowa. Było gdzie spocząć w przerwie, przyzwoicie w kiblach (jak na festiwal na 250 osób), choć logistyka tego kibla była przedziwna. Kto nie dostał drzwiami w łeb, ten ma szczęście. Do jedzenia była bardzo dobra pizza i trochę szkoda, że ta przyczepa była tylko jeden dzień. Co do piwka, to było ono kraftowe i czeskie. Było festiwalowe, które mnie nie zachwyciło, dlatego wypiłem tylko jedno, tak dla zasady. Poza tym cena 25 zł to chyba lekkie przegięcie (20-25 ziko z piwo w klubach we Wrocku to normalna cena, heh – dop. Bart). Zwykle lane czeskie 18. Ceny wiadomo, jakie są obecnie, więc nie psioczę. Zresztą. Przy wejściu nikt nie pilnował tego, kto i co wnosi, więc sądzę, że pobliska żabka czy biedronka mogły mieć wysokie utargi. Myślę, że przez to niejeden skończył z potężnym kacem. Na koniec dnia był też dość nieprzyjemny i niebezpieczny incydent w skutek, którego musiała na feście pojawić się karetka (nie ostania). Mam nadzieje, że kolega poszkodowany szybko wróci do zdrowia i wbije jeszcze na niejeden koncert.  Co do merchu, to dobra wszelkiego było nawiezione solidnie. Można było wybierać, można było zbić piątkę z członkami kapel i pogadać chwilę. Były rzeczy, które rozchodziły się jak świeże bułeczki, co mnie osobiście dotknęło w dniu drugim, bo wydawnictwa Coscradh czy Hrob to zniknęły ze stoisk szybciej, jak podwawelska na promocji w biedronce. Pogratulować też trzeba technicznym, bo większych obsuw nie stwierdzono.

Oracle: Tak, bogactwo piwek do wyboru w lokalu było naprawdę w porządku i nie skłamię jeśli powiem, że w pierwszy dzień porobiłem się co nieco – kładę to też jednakże na karb zmęczenia, gdyż przed wyjazdem zaznałem jedynie cztery godziny snu. Plus naprawdę dobre towarzystwo na tym feście wprawiło mnie w zajebisty nastrój, ilość piąteczek czy pozdrowień dla Bohemy dla mnie była totalnym zaskoczeniem – na serduszku zrobiło się miło.

Pathologist: Czas a dzień drugi. Poranek rozpocząłem z świetnym samopoczuciem, mimo że dzień wcześniej za kołnierz nie wylewałem. Śniadanie w dobrej knajpie, część ekipy idzie walczyć o dobrostan piesków, część na zwidzenie Wrocławia zorganizowane w ramach festiwalu. Ja poszedłem na zwiedzenie, bo Wrocław, jako miasto uwielbiam i chciałem się o nim więcej dowiedzieć i poznać z nieco innej strony. Czasu zdecydowanie nie zmarnowałem. Było o burdelach, palcu Aleksandra Fredry, piwie i katach. Po zwiedzeniu obiad, piwko i wbijamy na dzień drugi do łącznika.

Oracle: Tak, o dziwo wszyscy wstaliśmy w dobrych nastrojach i w dobrej kondycji, a przecież wcale tak nie musiało być. Ale cały wyjazd układał się nam idealnie, więc chyba lecieliśmy na tej dobrej passie.

Byliśmy dość wcześnie, więc przed Hrob starczyło jeszcze czasu na piwko. Na Słowaków to sobie wielu ostrzyło zęby, bo faktycznie płyta „Brána chladu” to zajebiste wydawnictwo i towarzyszy mi ono przy pisaniu poniższej relacji. Niestety nie z CD, do to rozeszło się dosłownie w kilka minut. A jak ci Słowacy? Wyszli punktualnie i jak na 16 ściągnęli pod scenę całkiem sporo ludzi. Ale było to dobre. Hrob obraca się w gęstym, śmierć metalu z pewnymi klimatycznymi naleciałościami. Prezencja sceniczna, energia… Wszystko tu się zgadzało. Chłopaki mieli świetne przyjecie i cieszy mnie to bardzo, gdyż o takiej porze mogło być z tym różnie No i fakt, że merch wyprzedali błyskawicznie, też na pewno świadczy o tym, że było dobrze… Słowacy zadowoleni, zgromadzeni pod sceną zadowoleni, ja zadowolony! Nie dało się lepiej zacząć tego wieczora.

Oracle: No ja na Hrob bardzo się nastawiałem, bo debiut katowałem od kilkunastu tygodni, odkąd wpadło promo. Na żywca zagrali cały krążek i wyszło to również mega brutalnie i ciężko. Do tego naprawdę postarali się o odtworzenie klimatu z płyty. Tyle mi wystarczyło, by zaopatrzeć się na merchu w ich szmatkie.

Bart: Ale na CD załapałem za to się ja, i to, jak się okazało jedno z ostatnich, hehehe. Tak, Hrob, którego recenzję napisał pięknie Oracle, zmiażdżył tego poranka. Kurde, klimat lodowej pustyni oddany lepiej niż na niejednej kapeli black metalowej. Przekapitalny występ i doskonały otwieracz drugiego dnia festiwalu. A z wczorajszego Phrenelith odpadłem, bo musiałem jeszcze wrócić autem o domu, a czułem, że zmęczenie naprawdę dawało o sobie znać.

Następne trzy kapele niestety nie były w moim kręgu zainteresowań, więc trochę wrzucę je do jednego worka. Hallucinate, Abysmal Descent i Fessus nie przekonały mnie ani z płyt, ani na żywo, a każdej z nich dałem czas równy dwóm kawałkom, aby udowodniły mi, że się mylę. Nie udało się. Też widziałem, że zainteresowanie było mniejsze tymi kapelami. Kuba natomiast był zachwycony Hallucinate, do czego ma prawo, ale mi nie siadło. Jak wykorzystałem ten czas: jedzenie pogaduszki, chwila odpoczynku. Oczywiście piwko również.

Oracle: Tak, Hallucinate było kolejnym zespołem, na który ostrzyłem sobie zęby. Kapela nieco odstawała od większości grup tego wieczoru z uwagi na swoje lekko progresywno – psychodeliczne odjazdy, ale to właśnie one mnie głównie ujęły, gdyż zajebiście się wpisywały w ten ich ciężki death metal. Takie pinkflojdowate były. Do tego grupa zagrała death metalową wersję „Changes” Black Sabbath, która również totalnie mnie kupiła. Ja po tym gigu zostałem ich szalikowcem, co zresztą zakończyło się zaopatrzeniem w winyl i koszulkę w kilka minut po tym jak Niemcy zeszli ze sceny. Co do kolejnych grup, Abysmal Descent widziałem dwa albo trzy numery i było to spoko. Natomiast do Fessus jakoś nie mogłem się przekonać z płyty i koncert z premedytacją odpuściłem, przedkładając nad doznania artystyczne – doznania kulinarne. Pierożki były bowiem naprawdę smaczne!

Bart: Hallucinate naprawdę było miłym zaskoczeniem. Psychodeliczny death metal, który przypominał naprawdę złego tripa po grzybach. Najs. Następne dwie kapele przegadałem i poszedłem też do pobliskiej biedronki po jedzeń, bo ceny na stoiskach były niemal bandyckie. Na przyszły rok chyba sam wezmę własny obiad.

Pathologist: Godzina, której wyczekiwałem to była 20. O tej godzinie miał na scenę wejść Bloodsoaked Necrovoid, który pofatygował się do Wrocławia aż z Kostaryki. Z tym zespołem miałem taki problem, że ciężko mi się słuchało ich muzyki z płyt, ale miało to granie gigantyczny potencjał na to, żeby zmieść mnie z planszy na żywo. I tak też się stało. Kolesie odjebali gig tak gęsty, ciężki przytłaczający, że ciężko się było po tym pozbierać. Raz totalnie gęsto i wolno, czasem z rozpędem. Do tego dziwna praca perkusji z dziwnym perkusistą. Zajebiście to wszystko razem ze sobą zagrało i byłem niesamowicie zachwycony. Bloodsoaked Necrovoid odjebał coś takiego, co wyryło się mocno w mojej głowie.

Bart: Z chłopakami z Bloodsoaked Necrovoid pogadałem chwilę na stoisku z merchem i to przesympatyczne ziomy. I czekałem na nich. To oni mieli rozpocząć wielkie misterium śmierci tego wieczoru i nie zawiedli. O ile rozumiem, że z płyt ich muzyka może męczyć, o tyle na żywo, to moloch (ale nie Letalis), który powoli oraz bezlitośnie pożera słuchacza. Ciężko, ale skurwysyńsko ciężko, że aż serce dziwnie zaczynało kołatać, by przełamać na chwilę tę masę ścianą sonicznej furii. I perkusja, jak ona tam doskonale chodziła! W pewnym momencie nawet swoiste solo typulo odstawił na bębnach, bodajże w ostatnim albo przedostatnim kawałku. Miałem szczękę przy ziemi, a mój mózg zbryzgał sufit, albowiem łeb rozjebany.

Oracle: Przyznam, że mi od razu nie zaskoczyło, na tyle, że po pierwszym numerze postanowiłem pójść się odlać. Ale wróciłem i może to kwestia pustego pęcherza, ale od razu lepiej mi się ich oglądało. Im zaś dalej tym jeszcze lepiej.

Pathologist: Czy może być lepiej? Może i miałem się o tym przekonać za jakieś 15 minut. Było trochę nerwów co do występu Coscradh, bo goście pojawili się na miejscu jakieś 2 godziny przed planowanym występem. Wpadli o 19, wystawili się z merchem, który w zasadzie momentalnie się wyprzedał. Pewnie jakieś piwko, cygar i praktycznie z marszu na scenę. Ale kurwa co się tam działo. Totalny rozpierdol. Były pomalowane ryje, było srogo to podlane black metalem. Dla mnie rewelacja. Koncert zbliżony do ideału. Wiedziałem, że będzie dobrze, ale czegoś takiego to się nie spodziewałem. Czy z płyt, czy na żywo sprawdźcie tych Irlandczyków, bo to co robią to są rzeczy wybitne. Ze smaczków to warto wymienić, że jeden z gości miał na szyi piszczałkę w kształcie czaszki i użył jej w jednym numerze i zabrzmiało to zaskakująco dobrze. W młynie pod sceną też się działo. Jeden zawodnik stwierdził ze jest nieśmiertelny i uskutecznił skok ze sceny na dwóch kolesi, którzy mieli pewne problemy ze złapaniem lotnika w skutek czego doznał on brutalnego kontaktu z betonową posadzką. Wyglądało to dość niebezpiecznie, ale ostatecznie typ nawet do młyna wrócił na chwilę, finalnie skończyło się to drugą wizytą ratowników medycznych. Tu również mam nadzieję, że nic poważnego się nie stało, aczkolwiek myślę że lekcja dla kolegi była dość jasna: z umiarem z używkami. No a Coscradh klasa światowa. Zupełnie inne oblicze śmierć metalu jak poprzednicy z Bloodsoaked Necrovoid, ale ponownie szczeka na podłodze.

Oracle: Wspaniały był to koncert, dawno nie widziałem zespołu, który wypadł by na żywo tak totalnie dziko. Pathologist wyczerpał temat zachwytów nad Irlandczykami, kto ich przegapił – może żałować. Na koncercie też chyba jakby skupili się na tych zdecydowanie bardziej death metalowych kawałkach – może chcieli bardziej się wpisać w ideę tego festu? Koncert miał tylko jeden minus – za krótko, kurwa!

Bart: Pathologist wyczerpał pulę zachwytów, to powiem tylko, że o ile z płyt mnie trochę wkurwiali Irlandczycy, o tyle na żywo, to dzika furia. Pysio.

Pathologist: Nie ma wytchnienia. Następny: Undergang. Kolejny potężny strzał w pysk, ale znowu nieco inaczej. Luzacki, lekko wstawiony, gesty jak smoła death wielbiący Autopsy. Co tu może pójść nie tak? Nic. Występ perfekcyjny. Działo się niemało. Kurwa, jakim cudem ten człowiek wydaje z siebie takie dźwięki? Totalnie nieludzkie głębokie bulgoty. Kompletnie rozjebali. Mi już też sił nieco brakowało, więc mimo takiego zaproszenia do zabawy, stałem z tylu i obserwowałem to zza kufla z piwem. Nie wiem czy nie najwięcej ludzi przybyło zobaczyć właśnie Undergang. W chuj ludzi widziałem w ich koszulkach tego dnia. I poprzedniego zresztą też.

Oracle: O taki gore death metal walczyłem. Duńczycy są kurwa wspaniali, oglądanie ich to była sama przyjemność, a do tego było widać że ich samych totalnie cieszył ten koncert. Totalne maniactwo, a pod sceną działy się rzeczy nieziemskie, mocno podlane piwskiem. Cudowny gig.

Bart: Oooooo! Dla takich występów się żyje. Starsi goście, a energii mieli tyle, niczym młodziki. Przedoskonały wpierdol, czego dowodził giga moshpit pod sceną. Typa jednego, aż wynieśli na zewnątrz. Dawno nie widziałem takiej młócki i morda się sama cieszyła na takie granie ze sceny. Kto przegapił tego wieczoru ten pozer oraz bej.

Pathologist: I na koniec Dead Congregation. Ja pierdole, to jest maszyna koncertowa. Wdziałem ich trzeci raz i po raz trzeci nie było co zbierać. Dostali najwięcej czasu, bo zdaje się grali równo godzinę i to wystarczyło żeby zakończyć ten fest z ogromnym przytupem. Usłyszeć na żywo tytułowy numer z „Promulgation of the Fall” i poczuć na własnej skórze te wstrząsy wywołane tym ultra potężnym zwolnieniem: bezcenne.  Jeszcze na koniec „Teeth Into Red” i ja jestem bardziej niż zadowolony. Koncert też oglądałem raczej z oddali, ale już mnie siły opuszczały i nie była to wina alkoholu.

Oracle: Warto zaznaczyć, że Grecy zagrali jeden nowy numer, z nadchodzącej płyty. Sama ich sztuka zaś – trudno to opisać słowami. Nowy perkusista totalnie dał radę, a Anastasis to jest pierdolony potwór, a nie muzyk – oddanie metalowi śmierci biło od niego na kilometr.

Bart: Dead Congregation widziałem chyba z piąty raz i za każdym razem, to miazga dupy. A tym razem chyba już totalna. Absolutna zagłada oraz podpalenie niebios ze szczytu Parnasu. Jeśli ktoś wątpił, czy Grecy nadal są w formie, to potwierdzam, że są i to w wybornej. A nowy kawałek, to huragan przemocy.

Pathologist: Po koncercie oczywiście szybko się zawinęliśmy do hotelu dzięki uprzejmości firmy Chaos Bolt (dzięki Bart). Na następny dzień grzecznie z rana idziemy na pociąg i w 100% na trzeźwo wracamy do Rzeszowa bez żadnych wątpliwości ustalając, że był to zajebisty weekend ze świetną muzyką.

Bart: Polecam się. Tutaj podkreślę, że ekipa, jak na koniec festu oraz godzinę była w wyjątkowej formie oraz niezwykle grzeczni. Takich, to można wozić. Od siebie napiszę, że trzecia edycja Festu była rewelacyjna, i to pod KAŻDYM względem. Merch, bliskość sklepów z jedzeniem, piwko, horda znajomych oraz absolutnie fenomenalne zespoły, które, gdyby nie Tomek, raczej by się u nas nie pojawiły w większości. Na pewno wbijam w przyszłym roku, bo to jest impreza, na której trzeba być. Jest w pytę.

I tak już ta relacja jest zapewne mocno przydługawa, ale pokuszę się o pewne podsumowanie. Fest naprawdę zacny, świetna organizacja, świetny dobór kapel. Miejscówka zajebista i liczę na to mocno, że do łącznika jeszcze się kiedyś wybiorę, może nawet na kolejną edycję  Death Is Not The End? Towarzysko znakomicie, choć mogło by być tego alkoholu trochę mniej…  Musze też napisać, że dzięki tej imprezie poznałem kilka zajebistych kapel, które będę śledził i mam nadzieję kiedyś zobaczyć ponownie na żywo. Największe sztosy to oczywiście koniec dnia drugiego czyli Undergang , Bloodsoaked Necrovoid, Coscradh i oczywiście Dead Congregation. Kapitalne zaskoczenie: Warp Chamber. Nadspodziewanie dobry gig: Hrob.

Więcej grzechów nie pamiętam.

Oracle: Amen.

Pathologist
1165 tekstów

Asphyx, Mysthicon; Krosno, Rock Klub Iron; 21.03.2026Relacje

Asphyx, Mysthicon; Krosno, Rock Klub Iron; 21.03.2026

OracleOracle23 marca 2026
Impaled Nazarene, Witchfuck; Kraków, Klub Zaścianek; 14.03.2026Relacje

Impaled Nazarene, Witchfuck; Kraków, Klub Zaścianek; 14.03.2026

OracleOracle19 marca 2026
Trucizna, प्रलय, Hag; Poznań, Klub Pod Minogą; 7.03.2026Relacje

Trucizna, प्रलय, Hag; Poznań, Klub Pod Minogą; 7.03.2026

PathologistPathologist17 marca 2026

Skomentuj