Ostatnio znów nie mam dobrej passy, jeśli chodzi o koncerty i wyjazdy. Albo wypada mi robota, albo się budzę z czterdziestoma stopniami gorączki. W zasadzie wyjazd na Impaled Nazarene również nie do końca był pewnikiem, ostatecznie jednak się udało.
Tym razem koncertowozem powoził Roman z Epicentrum, więc spokojnie mogłem się napić piwka. Oczywiście nie obyło się bez fakapu, bowiem gdy ruszaliśmy spod domu przypomniałem sobie, że na ten gig bilet jest drukowany i czeka schowany w winylu „Tol Cormpt Norz Norz Norz…”. Dobrze, że się ocknąłem w Rzeszowie a nie na przykład przed Zaściankiem.
Dobra, dojechaliśmy na miejsce, jakimś cudem znaleźliśmy też parkingowy spocik na miasteczku studenckim. W zasadzie byliśmy na styk w momencie, gdy Witchfuck zaczynał swój występ. Kurwa, dawno nie byłem na tak nabitym koncercie – początek gigu a klub już pękał w szwach, jak to się mówi, zaś ludzie cały czas dochodzili. Nie wiem, czy jednak ta miejscówka nie jest ciut za mała na wyprzedane imprezy. No ale nic to. Zakupiłem piwko – porter z butelki zawsze cieszy zamiast jakiegoś szczocha z kija. No i przyjąłem pozycję obserwującą zaraz przy skraju moshpitu. Na scenie Maras wyrzygiwał kolejne wersy kolejnych numerów – widziałem ich chyba po raz pierwszy na żywca i wypadło to naprawdę dobrze. No ale zespół złożony jest raczej z typów otrzaskanych z deskami sceny, więc nie ma się co dziwić. Grupa przeleciała chyba przez większość pozycji ze swojej dyskografii, częstując nas black/thrash metalowym wpierdolem. Na sam koniec oczywiście uwzględniono numery z ostatniego fantastycznego splitu z Trucizną, łącznie z coverem Mayhem. Co tu dużo mówić – dobrze spędzone pół godziny. Grupa spełniła swoje zadanie i rozgrzała publikę, przygotowując na to, co miało w końcu nadejść za chwil kilka.

Nawet nie wiem, jak długo trwała przerwa – w zasadzie zdążyłem zakupić browarka i jakoś w połowie na scenę weszli Finowie. Ostatni raz (i jedyny zarazem) widziałem ich w Katowicach piętnaście lat temu, podczas Silesian Massacre. Cóż, od tego czasu wszyscy posunęliśmy się w latach, ale powiem Wam jedno – po Luttinenie i jego zespole w ogóle nie było tego widać. Nie pierdolili się w tańcu i po krótkim intro od razu zasunęli nam kopem w postaci „ Vitutuksen Multihuipennus” bodajże, a publika się rozszalała. No co tu dużo mówić, sam nie ustałem w miejscu i ruszyłem w młyn, co zdarza mi się już szczerze mówiąc coraz rzadziej. Muzyka Impaled Nazarene ma jednak to do siebie, że jakoś nie potrafię się powstrzymać. Szczególnie, że Finowie zapodali nam cały przekrój swojej twórczości, łącznie z czasami demo. Najwięcej numerów jednakże wjechało chyba z „Ugra – Karma”, choć wiadomo, że i debiut i „SUomi FInland Perkele” czy też najnowszy „Eight Headed Serpent” były silnie reprezentowane. W przerwach Mika zabawiał nas rozmową, czy to o życiu w Finlandii czy też opierdalając publikę – na przykład, gdy skończyli grać „I Eat Pussies for Breakfast” zapytał, jaki numer chcą usłyszeć jako kolejny. Ktoś z publiczności krzyknął, że „I Eat Pussies for Breakfast”, no to mu się dostało, że ma gówno w uszach. Prawidłowo. A jak nikogo nie opierdalał, to wesoło pociągał z butelki Jacka Danielsa. Również prawidłowo, bo to dobre paliwo, szczególnie że w godzinę z hakiem Impaled Nazarene zagrało na pewno więcej niż dwadzieścia kawałków – ni chuja nie liczyłem, bo ich występ i dla mnie był bardzo aktywny, rozdając strzały i strzały przyjmując pod sceną. Oczywiście im dalej w ich koncert tym więcej żelaznych klasyków, by na koniec dopierdolić trójcą „1999: Karmagedon Warriors” – „We’re Satan’s Generation” oraz na sam koniec „Total War – Winter War”. Po tym nokaucie zespół zszedł ze sceny w glorii i chwale. Koncert był bowiem doskonały – typy mają już grubo ponad pięćdziesiątki, poza nowym nabytkiem (choć typ i tak pewnie jest w moim wieku), a energię jak dwudziestolatkowie po koksie. Z chęcią zobaczę ich raz jeszcze – i mam nadzieję, że nie będę musiał czekać kolejnych piętnastu lat.

Po koncercie jakoś udało nam się wydostać z klubu, który podczas gigu Impaled Nazarene był już totalnie nabity. Stwierdziliśmy, że przed drogą należy się posilić, opierdoliliśmy więc pizzę na miasteczku i zawinęliśmy się w drogę powrotną. Doskonały wypad, zarówno towarzysko jak i artystycznie.




