Wydawca: These Hands Melt
Są płyty dobre, są płyty złe. Są też takie, któe w sumie nie są złe, ale nie wyróżniają się niczym szczególnym i równie dobrze mogłoby ich nie być. A taką jest właśnie recenzowany dziś album.
„Messuage” to debiutancki pełniak amerykańskiego Chainlacing, który jak się okazuje orbituje w klimatach shoegaze/lo-fi ambient. Czyli coś, co kurewsko nic mi nie mówi, poza tym, że za każdym razem, jak widzę zwrot „shoegaze”, to zastanawiam się, jak można nazwać jakiś gatunek „butowpatryaniesię”. Cóż, widać jestem staroświecki.
Ku mojemu zaskoczeniu „Mesłaż” nie jest tragiczną płytą. Spodziewałem się chujni totalnej, która sprawi, że zapłaczę rzewnymi łzami, a tymczasem do uszy sączą się takie delikatne dźwięki, które w sumie najlepiej by pasowały do obserwowania deszczu za oknem. Względnie moczenia dupska w wannie wieczorem, dla chillotu. Gitarka delikatnie sobie wybrzmiewa w tle, gdzieś tam niespiesznie tupie perkusja, z czym wbija się spokojny wokal kobiecy, a całość podlana jest dobrze wkomponowaną elektroniką. Płyta jakoś tam sobie płynie w tle, ale ja po pewnym czasie o niej zapominam. Prawda, jest łagodnie, niemal czule, ale po takie wrażenia mógłbym sięgnąć w moje przepastne zbiory, po płyty, które zrobią mi dużo lepiej na sercu, a których będę chciał słuchać. Rodzi się więc pytanie „DLASZEGO?”
Jak wspomniałem „Messuage” nie jest tragedią, ale też żadną miarą nie jest to album, który w jakikolwiek sposób wpłynie na jakość Waszego życia. Można sobie włączyć, by bzyczał w tle, ale po co, jak lepiej posłuchać czegoś naprawdę dobrego. Dla mnie do zapomnienia.




