Wydawca: Circle Music
Na wszystko kiedyś przyjdzie czas. Tak, jak przyszedł na moją pierwszą w życiu recenzję power metalu.
O szwedzkim The Storyteller dowiedziałem się dostając ich promówkę. Ku mojemu zdziwieniu, nie był to świeży hord, ale z całkiem sporym stażem, bo działający od 1995 r. i z siedmioma pełniakami na koncie oraz kilka mniejszymi wydawnictwami. Sama okładka nie nastrajała mnie pozytywnie, bo przypominała nieco kiczowate okładki tanich książek fantasy, które leżały na końcu półek w bibliotece, lub też w wiecznej przecenie w księgarniach.
Jednakże, gdy drżącymi dłońmi nacisnąłem „graj to, kurwa” na odtwarzaczu, to nie umarłem, ani nawet nie omszałem z krindżu. Może dlatego, że „The Final Chapter” zawiera całkiem solidne riffy. Nie będę ukrywał, że znam się, a tym bardziej jestem fanem, power metalu. Dla mnie ten gatunek, to coś przechodniego dla młodych adeptów kultu zła, zanim albo wyrobią sobie mięśnie pod Manowar, albo dorosną i zejdą w podziemie. Niemniej, nie mogę nie docenić naprawdę solidnych melodyjek w niemal każdym kawałku, jakie niesie ze sobą partia wiosła. Do tego przyzwoita perkusja, choć mogłoby tam się zdecydowanie więcej dziać. Gdzieniegdzie poplumkają sobie też klawiszki, a nad wszystkimi unosi się uderzający w patetyczne zaśpiewy wokal.
No fajen. Nienajgorsze to, ale przede wszystkim brakuje mi w tej muzyce mocy. Power metal, szczególnie mający ilustrować jakieś epicką przygodę dla trzech rycerzy (elfa, krasnoluda i człowieka), winien uderzać z pełną potęgą, a tu czuć spadek. Coś jakby krasnoludek chciał rzucić ostateczne wyzwanie złemu cyklopowi-smokowi-czarnoksiężnikowi, Sarumunowi, ale tak półgębkiem z nieśmiałością. Nadto czuć, że wokal już lekko nie wyrabia. Nie ma tragedii, ale im więcej tego słuchałem, tym bardziej miałem wrażenie, że porykujący mocno się męczy. No i długość płyty. Dwanaście kawałków składających się na niemal godzinę słuchania. W chuj mnie to zmęczyło, przyznaję. Jeszcze z sześć, czy siedem szło by zdzierżyć, ale te dwanaście dłuży się niczym filmy Bergmana.
Nie jest to może tragedia, ale dla mnie ta płyta równie dobrze mogłaby nie istnieć. Solidne riffy, to jedynie za co mogę ją pochwalić, ale jako całość niczym się nie wyróżnia. Możecie obadać wyłącznie, jak lubicie power metal albo chcecie dziecku dać jakiś podkład muzyczny pod sesję rpg.





Nie znam się, ale się wypowiem, a tym bardziej nie znam się na heavy metalu, bo polskie podziemniaki słuchają tylko prawilnych łomotów jak black czy death. Wyjdźcie, panowie recenzenci z polskiego zaścianka metalowego, bo ta muzyka to nie tylko wasze prymitywne pohukiwania i stękania kolesi, którzy mrok mają w sercu i zbolałe miny. A potem się dziwić, że polska scena heavymetalowa praktycznie nie istnieje, bo prawie każdy metaluch w tym kraju słucha samej padaki.