Kiedy padły pierwsze ogłoszenia zacząłem mocno zastanawiać się nad wycieczką do Pragi. I pewnie zastanawiałbym się dalej, a fest dawno już by minął, gdyby nie namowy znajomego który stwierdził, że będę po prostu pizdą jeśli nie pojadę. Cóż, zakupiłem więc bilety i grzecznie zacząłem oczekiwać na datę zakreśloną w kajecie.
Z góry uprzedzam. Choć uzbroiłem się w bilet zawierający full opcję (before w Pradze z Torr na czele i specjalny koncert w praskim planetarium) nie dane było mi rozpocząć tego eventu od początku. Ilość wolnego skutecznie zabrała mi pole manewru i odebrała możność odhaczenia całego festiwalu, a pozwoliła mi tylko na jego regularne dni i specjalny event. Z braku laku to i tak zajebiście, gdyż sam zestaw całego wydarzenia wyglądał dobrze na papierze, a jak pokazało życie także i w rzeczywistości.
W czeskiej Pradze pojawiłem się w czwartkowy poranek, a że miałem trochę chwili przed zalogowaniem się w hostelu (jebać te pierdolone godziny zameldowania!) mogłem spokojnie odświeżyć sobie praskie zakamarki. Piwko (bezalkoholowe) na śniadanie, piwko (bezalkoholowe) na obiad… i tak czas mi upłynął do hostelu hehe. Stwierdziłem, że oleję dwa pierwsze zespoły tego dnia festu i po prostu walnę gwoździa, by odespać trochę nocną podróż pociągiem z Gdańska. Okazało się to dobrym posunięciem, gdyż pełen energi mogłem uderzyć na festiwal.
Dzień pierwszy (czwartek): Ultima Nocat, Vomitvulva, Malhkebre, Vafurlogi, Satvrnalia Temple, The Ruins Of Beverast, Varathron, Blasphemy, Attic
Pierwszego dnia wylądowałem więc na końcówkę występu francuskiego Malhkebre. I w zasadzie się z tego cieszę, bo nic konkretnego nie straciłem. Malhkebre bowiem porusza się po takiej płaszczyźnie black metalu, która po prostu do mnie nie przemawia. Niby to jakaś tam czarna sztuka, diabeł i tak dalej, ale przemielona z takim Antaeus czy chociażby Mütiilation. Może gdybym oglądał od początku, dałbym plusa (w co szczerze wątpię).
Kolejnym w zestawie był islandzki Vafurlogi. Myśląc Islandia cały czas mam w głowie tylko dwa zespoły: Misþyrming czy Guðveiki. Resztę zawsze jakoś obchodziłem bokiem, nawet i takie Svartidauði. I choć w tym całym Vafurlogi grają właśnie typy, które mają za sobą grę właśnie w wyżej wymienionym, to jakoś kupić ich muzyki też nie potrafiłem. Jasne, gorąca lawa sącząca się z wulkanu i ten brutalistyczny klimat gdzieś w tam w oddali się tliły, ale nie były one na tyle intensywne, by mogły wywołać jakieś większe dreszcze emocji.
Natomiast Satvrnalia Temple już tak. Zawsze chciałem ten zespół obejrzeć na żywo, by przekonać się, czy jest tak dobry, jak mówią. I ależ to było zajebiste odkrywanie ciemności i diabła! Dojebany to był koncert na maksa. Ciężki, gęsty czarny doom… wypełniony czarną materią i chichotem wiedźm błądzących w lesie … Te 40 minut w psychodelicznych oparach mimo sporych dłużyzn upłynęło mi jak dziesięć i żałuję, że tego dnia nie było ich zdecydowanie więcej. Świetny występ, nie zapomnę go nigdy, a i będę miał co nadrabiać.
Po krótkiej przerwie na wydostanie się z gęstwin przyszedł czas na The Ruins Of Beverast Pamiętam ich już jak przez mgłę z Under The Black Sun w 2017 roku i wtedy ich muzyka mi się podobała, dlatego tym mocniej byłem ciekaw czy i tym razem ugryzie. Nie można odmówić tego, że Niemcy potrafią w ten specyficzny, rytualny klimat, który wciąga słuchającego w otchłań. I to z początku im się tego dnia udawało. Jednakże wraz z kolejnymi minutami czar gdzieś ulatywał, a mordęga narastała. I o ile na płytach The Ruins Of Beverast naprawdę się sprawdza, tak tego dnia po prostu totalnie przynudzał. Dlatego też, zastanawiam się, czy ja te osiem lat temu byłem mocno nawalony czy po prostu na żywo ta muzyka taka jest…
Robiło się coraz później a zmęczenie zaczęło jednak dawać znać. W kolejce tego dnia pozostały jeszcze dwie kapele, które jednak postawiły mnie na nogi.
Pierwszą z nich był sam potężny Varathron. To było moje pierwsze zetknięcie z tym zespołem na żywo.I mogę napisać tylko tyle: wpierdol był to idealny, a gęba mi się cieszyła od ucha do ucha. Bez zbędnego wdawania się w sam występ było podegrane i z “His Majesty at the Swamp” ale i też “The Crimson Temple” i – jak dobrze pamiętam – “Patriarchs of Evil”. Same krwawe delicje, którymi publika rozkoszowała się równie dobrze jaki i ja sam. Takie zespoły mogłyby grać jeden za drugim i nigdy by mi się kurwa nie znudziły. Miazga, a przecież jeszcze jeden cios ze sceny się szykował…
Blasphemy. Nigdy bym nie przypuszczał, że będzie mi dane ten zespół obejrzeć tyle razy na żywo. W zasadzie to się nie dziwię, że tak się dzieje. Gdzie nie wsadzisz obecnie nosa (czytaj: zahaczysz o jakiś mocniej undergroundowy festiwal) tam widzisz Blasphemy. Gdzie nie spojrzysz na labele, tam kolejne setne już bicia “Fallen Angel Of Doom”. I tylko zastanawiasz się, czemuż ten Jaszczur, który to przed chwilą ważył tonę, wydaje się być coraz bardziej wysuszony, a z głośników zamiast wersetów z “Ritual” słyszysz tylko rycie świniaka, który za mało przypudrował nos. I oglądasz sobie tą groteskę okłamując się, że kurwa Ross Bay Kult wojna zniszczenie jebać życie, a tak naprawdę zastanawiasz się kiedy nastąpi jego (Jaszczura) koniec… Pomijając to wszystko: bawiłem się przednio. I choć występ na Mystic Festival mnie zniszczył, tak w Pradze dał do pieca równo… Czy będzie ten czwarty raz? Mam nadzieję, że tak…
Tym samym Blasphemy zamknęło pierwszy dzień festiwalowych zmagań. Attic odpuściłem, bo zmęczenie wzięło jednak górę, ale z tego co widziałem i słyszałem, niezbyt wiele mnie ominęło.

Dzień drugi (piątek): Neptunian Maximalism, Funest, Deathless Void, Sisyphean, Altars Ablaze, Thy Antichrist, Death Worship, Gaahls Wyrd, Aura Noir, Black Oath
Drugi dzień koncertowych zmagań rozpocząłem od Deathless Void. Miałem gdzieś chwilową styczność z tym zespołem podczas odsłuchów stosu promówek zalegających gdzieś w kącie i wtedy jakoś mnie muzyka Niderlandczyków za specjalnie nie wzięła, ale za to na żywo już tak. Miała tego dnia kopa, jakąś niewymuszoną, nie pozerską przebojowość, dzięki której te 40 minut minęło mi na niezłej zabawie.
Następny w kolejce był litewski Sisyphean, który kompletnie mnie już nie porwał. No niby w metryczce mają napisane, że jest to black wymieszany z metalem śmierci, ale nie było to coś, co mogłoby urwać łeb. Ot, taki metal do kielicha albo kufla w piątkowy wieczór po robocie.
Kiedy myślałem, że będzie już lepiej okazało się, że jednak nie. Altars Ablaze pamiętam z ubiegłorocznego koncertu z Diocletian w Warszawie. I zarówno jak rok temu tak i teraz Czesi kompletnie mnie nie porwali. Jasne, grali w zasadzie na swojej ziemi, mogli się bardziej starać, ale nie było w tym występie nic porywającego, oprócz perkusisty który pokazał klasę i na tej pozycji nie miał sobie równych w tym występie.
Natomiast kolumbijski Thy Antichrist starał się zrobić show na miarę dużego festiwalu. Wyszło im połowicznie. Pominę tutaj małe potknięcia techniczne, bo te się zdarzają, ale muszę powiedzieć, że pomimo wizualnego aspektu całego setu (wokalista wymalowany na trupa, tudzież innego szamana), który naprawdę współgrał z muzyką, to muzycznie Thy Antichrist dupy nie urwał. Pewnie, ten południowo amerykański black chcący lizać skandynawskie nasienie mógł miejscami zaskoczyć, ale bez szału.
Następny w kolejce był ten, na którego tego dnia czekałem chyba najbardziej. I Death Worship zrobiło mi dzień i to pomimo tego, iż odniosłem wrażenie, że załoganci byli nieco zmęczeni trudami poprzedniego dnia. Miazga czachy była jednak absolutna, a “Mass Murder Majesty” zabrzmiało równie dostojnie, co w poprzednich występach, które miałem okazję widzieć. Poziom jest więc utrzymany, ale mimo wszystko nie był to aż tak mocny występ jak np.przed Beheritem, również w Pradze rok temu. Czy się zawiodłem? Nie, bo dostałem to czego chciałem, a czego mi tego dnia kompletnie brakowało i skutecznie wybudziło po poprzedzających, raczej średniej jakości kapelach.
Po ukłonach w stronę wojny przyszedł czas na coś bardziej lżejszego. Gaahls Wyrd na żywo widziałem tylko raz i wtedy też muzyka byłego wokalisty Gorgoroth jakoś mnie nie kupiła. Doceniłem jednak wtedy wokal Gaahla, który po prostu tego dnia robił robotę. I tak też było w Pradze. Gaahl po prostu jest klasą samą w sobie jeśli chodzi o wokal i to udowodnił podczas tego występu. Fanem nie będę, ale szanuję.
I przyszła pora na Aura Noir. Widząc ten zespół na tegorocznym Summer Dying Loud byłem szczerze rozczarowany. Nie miał ten występ zupełnie polotu. Niby grali, ale nie było czuć tej specyficznej, ciemnej aury. Natomiast pełną rekompensatę otrzymałem właśnie w Pradze, bo Aura Noir to zespół, który po prostu sprawdza się genialnie na koncertach klubowych. Zamknięta przestrzeń, duchota i “Black Thrash Attack” na otwarcie zniszczyło. Tutaj był cios za ciosem. “Condor”, “Black Metal Jaw”… w sumie wszystko, czego oczekiwałem to dostałem ze zdwojoną siłą. Jeśli Aura Noir, to tylko klubowo.
I tak zakończyłem drugi dzień festiwalu, pozostawiając występ Black Oath na inną okazję.

Dzień trzeci (sobota): Neptunian Maximalism, Viande, Spiter, Sektarism, Sotherion, Hild, Mortuus, Adversarial, Vemod, Tormentor, Profanatica
Sobotnie zmagania zacząłem już od francuskiego Viande i było to dosyć ciekawe doświadczenie i mocny otwieracz tego intensywnego dnia. Viande porusza się w stylistyce którą lubię: dużo hałasu, mniej harmonii, czyli taki nieco portalowski vibe, ale w własnym charakterem. Zdecydowanie, to była zajebista porcja czarciego, śmierć metalowego grania idealnie na wejście w ten brutalny dzień.
Nie mogłem się jednak doczekać kolejnego hordes. Dokładnie Spiter. Nie ukrywam, jestem fanboyem Richarda Spidera i możność zobaczenia po raz kolejny tego wariata na scenie była dla mnie mega wydarzeniem. I już otwieracz pod postacią “Enter the Gates of Fucking Hell” zrobił mi dobrze, a dalej było już tylko lepiej: rozpierdalający “Tortured Soul” niszczący “666 on the Crucifix” czy też szalony, zagrany na pełnych obrotach “Spider Biter”… tak właśnie powinno się grać black punk. Na pełnej, opętanej kurwie…
Po wypiciu krwi z nietoperzy przyszedł czas na kazanie od Sektarism. Występ rozpoczął się procesją zespołu między publiką. Kiedy już dotarli na scenę rozpoczęli swą liturgię, podczas której wygłosili kazanie i odpalili kadzidła. O czym to kazanie było, można się domyślić. Przez pierwszych dziesięć minut wszystko gryzło, jednak im dalej było w las, tym gorzej. Jak to na mszy: słuchasz pierdolenia katabasa i nie wiesz, czy masz wstać i mu przyjebać, czy po prostu wyjść i olać jego pierdolenie…
Natomiast występujący po Sektarism Sotherion tak jakby nieco bardziej mnie rozbudził. I chociaż – znowuż – to nie moja muzyczna bajka, to jednak w porównaniu z poprzedzającym występem, zdecydowanie więcej było w nim energii.
Tak jak i w kolejnych zespołach. Hild i Mortuus. Oba hordy oglądałem bez zbędnego efektu wow. Hild pograł sobie coś na styku black i thrash metalu, a Mortuus na typową, szwedzką black metalową potupaje, z nieco wolniejszymi momentami.
Na szczęście kolejny w kolejce był Adversarial i…
… o ja cię pierdolę, ależ to była miazga czaszki! Nie wiem skąd Erich Bruce Kennedy bierze energię, ale tego dnia za bębnami po prostu koleś rozpierdolił. Miał uderzenia w bębny tak mocne, jak tzar bomby zrzucane jedna za drugą. Wtórował mu w tym Carlos, który swą inkantacją pogłębiał moc zadawanych ran. Nic więc dziwnego, że z tymi atomowymi ciosami nie potrafił sobie poradzić realizator. Miejscami po prostu uderzenia bębnów były zbyt mocne, by gitary mogły się przez tą moc dźwięków przebić, a to niestety psuło miejscami odbiór całości. Mimo tego mankamentu Adversarial tego dnia zabił bezapelacyjnie, a przecież z gatunku muzycznego wpierdolu w obwodzie pozostawała jeszcze Profanatica.
Zanim jednak Paul Ledney usiadł za bębnami w obwodzie czekały jeszcze dwa zespoły.
Odkąd słucham Vemod zawsze chciałem zobaczyć ich na żywo. I choć od pewnego czasu sposobności było wiele, tak dopiero w Pradze ujrzałem ten zespół po raz pierwszy na scenicznych deskach. Uczucia po tym występie po dziś dzień mam mieszane. Może dlatego, że mimo iż oczekiwań wielkich nie miałem, to jednak one gdzieś tam podskórnie siedziały. Nie mniej, zagrali naprawdę ciekawie, choć ta cała aura którą potrafią wytworzyć na albumach nie miała tego wieczoru tak mocnego oddziaływania. Mimo wszystko, był to kawał atmosferycznego, black metalowego grania, które w pewnym momencie zatrzymało czas i wzbudziło więcej apetytu przed specjalnym występem kolejnego dnia
Po Vemod pojawił się na scenie wielki Tormentor. Można by powiedzieć najważniejszy set całego festiwalu. I to była prawdziwa czarna msza. Prawdziwy, kurwa black metal. Nie jakieś tam pierdolone msze, przebieranki i inne eciepecie. Satanizm, diabeł, masochizm i “Elżbieta Batory”. Attila to jednak jest gość. Diabeł wcielony. I mimo zaliczonej wywrotki na scenie pokazał co to znaczy być sługą zła. “Damned Grave”, “Trance”, “Mephisto” czy też “Transilvania”... Nie było tutaj żadnych słabych punktów, tylko cios sztyletem w plecy jeden za drugim. Tormentor tego wieczoru to była najwyższa liga do której nawet nie próbowały wskoczyć zespoły wcześniej występujące na tym festiwalu….
Ale, ale…pozostała przecież jeszcze Profanatica. I tutaj nastąpił już (kolejny) cios ostateczny. Mayhemic Slaughter of the Heavens, The True Perversion of the Heavenly Father oraz Destroyer of Holy Hymen odprawili soniczny, muzyczny holocaust. Po prostu. Takie strzały jak “Master Of Man Absolute”, “Scourging and Crowning” czy “Sacramental Cum”... to był potok samych bluźnierstw, negowania i obrażania wszelkich świętości i religii, czyli same wspaniałości, przy których łeb chodził sam, a krzyże dokonywały samozapłonu. I po raz pierwszy też podczas tego festiwalu zrobił się porządny kocioł pod sceną, co w czeskich realiach jak dla mnie było czymś rzadko spotykanym. No i okazało się, że nasza Perła Export jest lepsza od czeskiego Pilsnera, co zademonstrował sam Destroyer of Holy Hymen racząc się naszym trunkiem między odgrywaniem kolejnych kawałków…
I tak też zakończyła się tegoroczna edycja Prague Death Mass, ale to nie był jeszcze koniec wrażeń w Pradze, gdyż w obwodzie pozostało jeszcze specjalne show.

Planetarium Death Mass: Vemod, Mysticum
Na ten event czekałem chyba najbardziej. Planetarium to specyficzne miejsce w którym można choć na chwilę sięgnąć gwiazd i odbyć podróż do odległych galaktyk. I gdy ma się jeszcze perspektywę odbycia takiej podróży z Mysticum i Vemod tym mocniej chcesz w taką drogę wyruszyć. Nie powiem. W tym miejscu moje oczekiwania wzrosły. Takie miejsce bowiem stwarza naprawdę ogrom możliwości wizualnych, które w połączeniu ze specyficzną muzyką obu zespołów mogły stworzyć coś wyjątkowego i jedynego w swym rodzaju.
Jako pierwszy na skromnej scenie pojawił się Vemod, więc i oczekiwania moje wzrosły, bo miałem cichą nadzieję, że zostanie odegrany cały “Venter på stormene”, który w tym miejscu moim zdaniem sprawdziłby się idealnie. Niestety, mogłem tylko o tym pomarzyć, ale dostałem choć po części to, czego chciałem: czułem się bowiem jakbym leżał gdzieś nad jeziorem w odległej części Norwegii i obserwował nocne niebo przepełnione gwiazdami, drogą mleczną i nagle pojawiającą się zorzą polarną. To w połączeniu z muzyką robiło naprawdę zajebiste wrażenie, a bliskość zespołu (siedziałem w drugim rzędzie), który był na wyciągnięcie ręki jeszcze mocniej ten efekt potęgował. Muzyka po prostu płynęła, a ja stałem się widzem, wręcz niemal pasażerem jakiegoś statku, który dryfował pośród gwiazd. Atmosfera przez chwilę zrobiła się niemal senna na tyle, że zdążyłem zaliczyć (sic!) krótką drzemkę.
Po koncercie Vemod nastąpiła krótka przerwa podczas której wymieniono sprzęt i przygotowano scenę pod występ Mysticum. Tutaj moje oczekiwania były również spore. Miałem bowiem nadzieję, że zostanę wrzucony w sam środek jakiegoś chorego, narkotycznego snu w którym doświadczę nieograniczonej przemocy, narkotycznych wizji czy też przemówień totalitarnych wodzów. Okazało się jednak, że mimo iż Mysticum muzycznie zabiło, tak wizualnie nie powaliło na kolana. Jasne, gigantyczny, niczym IMAXowy ekran na którym pojawiały się satanistyczne i chemiczne symbole robił wrażenie, to jednak oczekiwałem czegoś więcej jeśli chodzi o aspekt wizualny. I o ile w przypadku Vemod to się udało, tak w przypadku Mysticum nie zadziałało. Wszystko to co widziałem rok wcześniej na Mystic Festival (gdzie zespół zabił), otrzymałem i tutaj. Nie było więc szoku, nie było wizualnego ciosu w plecy, tylko powielone obrazy z festiwalowego występu. Tak, liczyłem bardzo mocno na wizualne pranie mózgu, jakiego chociażby doświadczył Alex DeLarge w Mechanicznej Pomarańczy, a dostałem jedynie spixelizowaną bajkę, co spotęgowało tylko niedosyt po tym występie.
Mimo to ten specjalny show zrobił robotę. Pokazał, jak można połączyć obraz z muzyką i zrobić z tego wyjątkowe wydarzenie uruchamiające w słuchaczu wyobraźnię. I było to zdecydowanie niesamowite przeżycie, którego nie zapomnę do końca swojego marnego żywota…
Jak wypadł tegoroczny Prague Death Mass? Dla mnie, zajebiście. Od dłuższego czasu doceniam takie małe, kilkudniowe klubowe festiwale, ba! Uważam, że takie ukontentowane festy na dany gatunek robią zdecydowanie lepszą robotę, niż te kilkutysięczne spędy w których jest wszystko, czyli tak naprawdę nic. No i przede wszystkim, samo miasto i miejsce. Praga robi robotę i mam nadzieję, że przyszłoroczna edycja okaże się równie kusząca co tegoroczna.




