Skip to main content

Zacznę od końca. Czy warto przyjechać na Mystic Festival? Warto. Czy warto spędzić na nim cztery dni, nawet jeśli pod uwagę weźmiemy fakt, że przyjechaliśmy tylko na garstkę zespołów? Warto. Kończę pisać ten tekst niemal miesiąc od festiwalu i nadal pamiętam bardzo dobrze (no dobra, w miarę bardzo dobrze) każdy dzień, który spędziłem na Stoczni Gdańskiej i dobrze wiem, że powtórzyłbym to jeszcze raz. Nie, nie jest to oczko w stronę organizatora na przyszły rok, lecz stwierdzenie faktu. Nie bywałem co prawda na wszystkich większych europejskich festiwalach (ale bywałem), ale śmiało mogę powiedzieć ze swojego skromnego doświadczenia, że Mystic może śmiało aspirować do jednego z lepszych ogólno metalowych festów w tej części Europy. Jak więc wypadła tegoroczna edycja? Spójrzmy. 

Od razu chciałbym zaznaczyć też w tym miejscu, że nie udało mi się być na wszystkim. Raz, że miałem sprecyzowane zespoły, które musiałem zobaczyć (tutaj dwa hordy), musiałem zobaczyć, bo wypadało zobaczyć (tutaj już nieco więcej hord) i musiałem zobaczyć, bo trzeba było zobaczyć (choć niekoniecznie się chciało, ale chciało się mieć potwierdzenie swoich tez). 

I to mają do siebie właśnie duże festiwale. Bierzesz tylko to, co Cię naprawdę interesuje. Jesteś jak na targu, że to na co masz ochotę, po prostu bierzesz. Jeśli okazuje się, że coś Ci się nie podoba, nie jest w twoim guście zawsze możesz to olać i iść na wóde z baru albo zapchać kichę w jednej z festiwalowych bud totalnie olewając bezwartościowe – oczywiście wedle twojego gustu – zespoły…

Warm Up – 5 czerwca

Tego dnia zagrali: SEWER DWELLERS / TEXTURES / FEAR FACTORY / BODY COUNT / KREATOR / HELLFUCK / TOTENMESSE / EVIL INVADERS / VIO-LENCE / VILLAGERS OF IOANNINA CITY / TEN56 / CRYSTAL LAKE / SUFFOCATION / SANGUISUGABOGG / SZNUR / SLOPE / PARTY CANNON / MORK / WITCHING / INGESTED

Ten dzień rozpoczął się dla mnie mniej więcej około godziny 16 kiedy to udało mi się dotrzeć na Stocznię Gdańską. Sprawny odbiór opaski i można było przekroczyć bramę festiwalu. Od razu udałem się na końcówkę setu Hellfuck (nie zdążyłem na Sznur, ale co się odwlecze…). Jeśli miałbym oceniać zespół po jednym kawałku (co oczywiście będzie nie sprawiedliwe), wypadło to całkiem nieźle. Solidnie zagrany speed / thrash metal nie urywający jednakże tylnej części ciała. Jako rozgrzewacz dla przybyłych od początku, na pewno sprawdził się bardzo dobrze. Jako że miałem jakieś 40 minut do następnego zespołu postanowiłem nieco obadać teren. Dwa lata temu, zaraz przy wejściu znajdowały się kramy z merchem nie festiwalowym. Tym razem zawędrowały one  między Park Stage a Main Stage, gdzie zostało ulokowane też drugie wejście / wyjście na festiwal oraz strefa chillu (żarcie, picie). Czy to dobre rozwiązanie? Jasne. Wiedziałem przynajmniej, że całej kasy nie przewalę na precioza uzupełniające kolekcję, a i do głównej sceny miałem parę kroków.

Udałem się więc w tą strefę. Znalazła się tam dosyć spora liczba stoisk z ciuchami, sreberkami i innym festiwalowymi badziewiami (oraz organizacjami typu Otwarte Klatki czy też DKMS). Czy to coś zaskakującego? Nie. Na tego typu imprezie zdecydowanie nie. Jasne, można było przytulić całkiem niezły stuff od Inferna Profundus Records (za mało podziemia!) czy zbić grabę z Eyrkiem z Old Temple czy pośmiać się z Sebasthorem z Rex Diaboli albo dać się zbadać, celem wpisania się do bazy szpiku czy też pomóc zwierzakom… Ot takie około festiwalowe życie…

Przyszedł w końcu czas na Totenmesse na które w strugach dosyć ulewnego deszczu przybyłem na Shrine Stage (klub B90). I czy było warto obejrzeć ten występ? Jasne, że tak. Były tam takie momenty, gdzie można było potupać nóżką, przyklasnąć wokaliście i pochwalić pracę gitar. Czy kupiłem ten występ? Nie. I nie dlatego, że został on niedokończony (z powodu burzy cały kwartał dzielnicy został pozbawiony prądu, przez co i oberwało się festiwalowej scenie), ale po prostu ja takiego grania nie kupuję i nikt raczej mnie on do niego nie przekona. Nawet Totenmesse, które przez 20 minut próbowało mi udowodnić, że się mylę. Jasne, mocno szanuję Stawogrina, bo uważam, że typ ma jeden z ciekawszych wokali na tej smutnej scenie, ale to nie ratuje tego zespołu w moich oczach. Ot, typowo zagrany metal z czarną naleciałością i tylko tyle.

Skoro Totenmesse zabrakło prądu postanowiłem przejść pod Park Stage, gdzie lada moment miał zacząć grać Fear Factory. Czasy liceum i słuchania wszystkiego jak leci. “Digimortal” i “Obsolete” na składzie. Czy było czuć moc? No nie. Po tylu latach ta muzyka totalnie dla mnie przestała istnieć. Jasne, jakieś tam nostalgiczne nuty były, ale z nowym wokalistą ten zespół mógłby się dla mnie rozpaść. Czasy młodości jednak rządzą się swoimi prawami. Więc sobie wybaczam, że mogłem tego słuchać mając niespełna lat 16… Posłuchawszy 3 kawałki powróciłem na Shrine Stage, by tam obadać Belgów z Evil Invaders. Wiadomo, jak speed / thrash to musi być mocno i szybko i wściekle i w ogóle na pełnej kurwie. Nie tym razem jednak. Jakoś zabrzmiało to wszystko dla mnie ni jako i choć zespół mocno chciał, to jednak wybrałem koncert za ścianą, bo lubię grindcore. I choć nie jest to gatunek pierwszego wyboru, zawsze lubię jak ktoś świni, a Party Cannon to była jedna z fajniejszych rzeczy tego dnia. W chuj prosiaczenia, kupa zabawy i żywiołowa publika. I to był zdecydowanie lepszy wybór niż Evil Invaders. Bawiłem się całkiem przednio, ale trzeba było zmienić po raz kolejny scenę, by zobaczyć Body Count. Jeden z pierwszych zespołów na tym festiwalu, które musiałem odhaczyć w kajecie, choć nigdy nie byłem fanem tegoż. Czy mi się podobało? Ice T to już stary dziad, odniosłem wrażenie że miejscami albo mu się po prostu nie chciało albo nie miał na to siły tego dnia. Nie mniej wykon “Raining Blood / Postmortem” – zaraz się posypią gromy – w rap / hardcoreowej wersji jak najbardziej im wyszedł. Uświadomiłem sobie jednak, że nigdy do takiej muzyki się nie przekonam. Choć czaję, że starzy wyjadacze łyknęli ten występ bez przepity.

Na koniec festiwalowego dnia wybrałem Suffocation. Widziałem ich z jakieś 8 lat temu na Brutal Assault i naprawdę wtedy też było brutal na scenie. I tego dnia przyznam, że też było brutal. Perkusja naciągnięta do granic możliwości, werbel prawie wyłamany ale miazga tegoż wieczoru chyba największa. I zastanawiam się nadal, dlaczego ten zespół nie wylądował w Shrine Stage (klub B90) gdzie miałby zdecydowanie więcej miejsca i mocy, a został posadzony na Desert Stage (scena przed wejściem B90), scenie która jak dla mnie powinna być w zupełnie innym miejscu, bo nie ma ona racji bytu przy większym obłożeniu klubowych koncertów (także w dalszej części festiwalu).

Kreator podarowałem sobie świadomie. Raz, wiedziałem że obecnie ten zespół nie powinien wogóle nic grać, a dwa w czwartek był jeszcze dla mnie dniem pracy.

Dzień pierwszy – 6 czerwca

tego dnia zagrali: BLACKGOLD / THY ART IS MURDER / BRUCE DICKINSON / MACHINE HEAD / GUTALAX / KADAVAR / SODOM / BIOHAZARD / ZEAL & ARDOR / CAGE FIGHT / PEST CONTROL / DOOL / WITCH FEVER / HANABIE. / AMPACITY / MASSIVE WAGONS / WIJ / GAUPA / HIGH ON FIRE / TREPANERINGSRITUALEN / THE BROKEN HORIZON / NAKKEKNAEKKER / ENDSEEKER / LIK / SKALMOLD

Nastał więc i czwartek. Pogoda zdecydowanie się polepszyła, a ja w końcu uwolniłem się od pracy. Mogłem więc odprężyć się przy czymś mocniejszym niż tylko woda. I tak uzbrojony w płyny udałem się pod dużą scenę, by tam spotkać towarzyszy do kielona. Niestety, wybór okazał się błędny. Nie ze względu kieliszka, a raczej tego co grało właśnie na dużej scenie. Wiele rzeczy już widziałem, wiele też rozumiem i z wieloma się pogodziłem, ale występujący na scenie Blackgold zniszczył mnie okrutnie. Przypomniałem sobie właśnie, czemu nienawidziłem czasami jeździć na Brutal Assault. Rozumiem, że im większa scena, tym znaczenie kapeli większe (sprzedaż?!), ale do chuja Blackgold?! Jakieś rapy, nawet nie ośmioligowy niu metal na dużej scenie? Masakra… Kumam, że takie czasy, ale serio taki badziew na dużej?

Postanowiłem przepić temat na rozmowach udając się jednocześnie na Desert Stage, by w ścisku obejrzeć trochę występu Wij’a. Nie będę się mocno rozwodził, ale na żywo jest to zdecydowanie petarda zespół. Pomijam tutaj wszelkiego rodzaju animozje do tegoż hordu, bo w zasadzie mam na nie szczerze wylane, a muzyka po prostu mi się podoba. Szkoda, że właśnie wylądowali na tej scenie, bo zdecydowanie zasługiwali przynajmniej na Shrine Stage tego dnia. Usłyszawszy to co chciałem udałem się w kierunku namiotów z merchem w przelocie patrząc kątem oka jeszcze jak pocił się na scenie niemiecki, death metalowy Endseeker.

Jeśli mnie zapytacie, czy coś pamiętam z tego występu to powiem wam, że nie. Myślę, że sprawa jest jasna dlaczego. Uzupełniłem płyny i stwierdziłem, że szkoda czasu wracać w chillout zone lokując redaktorski ryj przed Park Stage, gdzie swój występ lada chwila miał zacząć Sodom. Tutaj zaskoczenia nie było. Wystarczy wymienić strzały pod postacią “Christ Passion”, “Sodomized” czy chociażby rozpierdalający mnie jak zawsze “Blasphemer”… Widzieć Sodom po tylu latach i widzieć ile powera ma jeszcze Tom Angelripper to coś naprawdę wspaniałego… występ numer jeden tegoż dnia.

Spragniony równie mocnych wrażeń postanowiłem udać się na Sabbath Stage (Drizzly Grizzly) celem zobaczenia na żywo Lik, bo Lik a i owszem lubię i to mocno, ale ten blackowy. Chciałem się więc przekonać, czy ten death metalowy jest chociaż w połowie tak dobry jak to słyszałem niejednokrotnie. I jest. Jebało szwecją na kilometry, a i nóżka sama chodziła. jak to się mówi. Była w tym jakaś mocna melodia I choć nie jestem jakimś mocnym fanatykiem szwedzkiego death metalu, tak Lik w 20 minut pokazał mi, że jednak mimo oporów warto czasem sięgnąć w te rejony. Kiedyś trzeba będzie przyjrzeć się bardziej twórczości typów ze Sztokholmu. 

Po reserchu z Lik załapałem się jeszcze na końcówkę Dool. Coś mi gdzieś ta nazwa zawsze śmigała przed oczyma. Przejawiała się gdzieś w kontekście chociażby takiego The Devil’s Blood, ale nigdy nie miałem okazji chociażby posłuchać jednej płyty. Patrząc jednak tego dnia na ten zespół, nie złapałbym – jak to się mówi – odpowiedniego vibu. To nie był dzień dla mnie na takie granie, choć takowe czasami lubię. Czy był to dobry występ? Nie wiem ale wiem, że ja bym tego nie przełknął tego dnia.

Udałem się więc na dużą scenę, gdzie swój występ już grzał Bruce Dickinson. Tak. Czy warto było zobaczyć na żywo legendę? Jasne, że tak. Czy jestem fanem twórczości solo / Iron Maiden? Jasne, że nie (wiem, sporo narzekam, ale spokojnie to ledwie połowa festu heh..). Jednakże zobaczyć tego kolosa i to w formie jeszcze lepszej niż pozostali dziadkowie (Halford z Judas Priest, Diamond z Mercyful Fate) na Mystic dwa lata wcześniej) to było coś. Było widać, że Dickinson gra w tym zespole główną rolę, nie ogranicza się do sztywnych ram i pozwala sobie na wycieczki w różne rejony około heavy metalowych riffów, co mogło się podobać wszystkim zgromadzonym przed główną sceną. Czy mi się podobało? Jasne, ale nie był to występ, który urwałby przysłowiową dupę. Nie mniej, jeden z najważniejszych twórców gatunku został, że tak powiem odhaczony.

Biohazard chciałem zobaczyć, jednakże gadki na temat sceny tak mnie zaabsorbowały, że ledwo zdążyłem na Machine Head…Nie kumam fenomenu tego zespołu i tego, że tylu fanów on właśnie znajduje. Rozumiem jednak jakim prawem rządziły się lata ‘90 w muzyce, jak ona się kształtowała gatunkowo i jakie wtedy trendy panowały. Kumam też, że dzięki temu ten zespół zyskał rzeszę fanów, ale totalnie ta muzyka mnie nie kupuje, ani w wersji audio ani w wersji live i sam sobie się dziwię, że wytrzymałem tyle czasu pod sceną… I to chyba było dla mnie za wiele, ponieważ zmęczon i umęczon występem Amerykanów postanowiłem udać się do domu (z czego się okazało błędnie, bo podobno Trepaneringsritualen to był występ sztos), by odpocząć przed kolejnym dniem…

Dzień drugi – 7 czerwca

tego dnia zagrali: INSOMNIUM / LIFE OF AGONY / PARADISE LOST / MEGADETH / BLOOD COMMAND / CROWBAR / LEPROUS / ACCEPT / FURIA / MĀNBRYNE / VLTIMAS / MYSTICUM / TERRORIZER / WAYFARER / RASCAL / MY DILIGENCE / THE SHITS / PIGSx7 / GRAVEYARD / ZAMILSKA / SCHIZMA / DITZ / MISGUIDED / BOB VYLAN / MIMI BARKS

Piątek, piąteczek, piątunio. Z lekkim kacem ale za to z dużą chęcią i zaciekawieniem czekałem na rozpoczęcie tego dnia. Zacząłem więc festiwalowe życie od występu Mānbryne. Jako że ostatnimi czasy traktuję polski black metal z duuużym dystansem czy wręcz niechęcią chciałem się po prostu przekonać, czy faktycznie Mānbryne to takie the best obecnej sceny jak niektórzy mówią i wychwalają chociażby wydany w ubiegłym roku “Interregnum: O pr​ó​bie wiary i jarzmie zw​ą​tpienia”. Czy też tylko kolejna kalka wszystkiego, co obecnie jest, że się tak wyrażę, w trendzie. No i przyznaję, że występ Lublinian przykuł moją uwagę na dłuższy czas. Miało to wszystko jakiś taki klasyczny dla tego polskiego black metalu gatunkowy vibe, miejscami myślałem, że gdzieś ląduję w końcówce lat ‘90, by zaraz przenieść się do czasów współczesnych. Taka mieszanka na pewno mogła się spodobać zwłaszcza, że dźwiękowiec się postarał. W ogóle uważam, że B90 (Shrine Stage) na tym festiwalu to była najlepiej nagłośniona scena na tym festiwalu. No ale wracając do Mānbryne. Dobry występ, który mógł się podobać, choć osobiście jednak wolę diabła w zdecydowanie innej inkarnacji.

Tuż po Mānbryne postanowiłem nieco zmienić klimat i udać się na Crowbar. Kolejny zespół, który znam, nie słucham, ale stwierdziłem, że na żywo zobaczyć muszę.Wszystko na początku brzmiało dla mnie jakoś niespójnie, ale wraz z kolejnym numerem ta muzyka zaczęła w pewnym stopniu wchodzić. Czy mógłbym ją klepać na co dzień? Raczej nie, choć do takiego knajpianego klimatu po którejś kolejce na pewno by się taka muzyka sprawdziła. I tak szczerze… wolałbym chyba tego dnia jednak zobaczyć Down. No ale ok. Kolejny zespół, który został odznaczony i puszczony w niebyt. 

W niebyt jednak nie mogłem puścić Mysticum. I to był jeden z dwóch najlepszych strzałów na tym festiwalu jakie widziałem. Można mówić wiele, ale mieszanie industrialnego metalu z black metalem w przypadku tych gości wyszło tego dnia perfekcyjnie. Na scenę wyszło trzech kolesi. Po krótkim intro rozpętało się prawdziwe piekło. W ścianach B90 otworzył się portal, a zniego zaczęły marszem wychodzić same legiony Szatana. Dawno nie słyszałem w tym klubie tak zajebiście nagłośnionego koncertu. Dawno nie dostałem takiego sonicznego wpierdolu na żywo jak na Mysticum. “Fist of Stan”? “LSD”? “Black Magic Mushrooms”? Wszystko brzmiało idealnie, szedł cios za ciosem. Nie było spowolnienia. Za muzykami na wielkim ekranie pojawiały się wizualizacje: a to wzorów chemicznych, a to pentagramów, a to przemarszu wojsk totalitarnych reżimów… Wszystko było spójne na tym występie. Od wokali, poprzez instrumenty aż po chore wizualizacje. To był wręcz czarno biały film z krańca wszechświata wysypanego tonami dragów i totalitarnym kultem Szatana. Miazga absolutna!

Po Mysticum dobrze wiedziałem, że już tego dnia nic mnie nie rozłoży, a przecież w zanadrzu było jeszcze parę kapel do zobaczenia. W momencie kiedy Mysticum kończyło zrzucać bomby wymazując ludzki gatunek, na głównej scenie grał już Raj Utracony. Cholera jasna, urodziłem się widocznie nie w tej dekadzie co trzeba, bo nigdy Paradise Lost nie lubiłem choć wiem, że to właśnie od Paradise Lost rozpoczął się w pewnym stopniu szał na metal ekhm… gotycki. Sukces grupy był zapewne niebywały, płyty okazały się kanoniczne dla gatunku, a muzyka zaś zyskała rzesze fanów. Obecne jednak wcielenie grupy próbującej odnaleźć się na starej ścieżce tego wieczoru jednak było nijakie. Nudne i męczące (tak, narzekam i co mi zrobicie?) i dziwię się mocno jak to fani przeżyli? Okej, FANI. I wszystko jasne. Podobno na ten występ został przygotowany specjalny set, który ułożyli sami festiwalowicze, więc chyba wszystko się zgadzało dla publiki, która co tutaj dużo mówić była po prostu zadowolona.

Ja wiedziałem, że będę jednak na pewno cieszył się na Accept. To gadanie, że bez Udo ta kapela po prostu jest słaba czy tam nijaka to zwykłe pierdolenie starych metali, co wiecznie szukają koszulek Sodom. Mark Tornillo też przecież ma zajebisty wokal, a w jego wykonie takie “Princess of The Dawn” czy “jaja na ścianę”… no dobra “Balls to The Wall” czy “Fast as a Shark” brzmią niewiele gorzej niż z gęby samego Udo Dirkschneidera…I nawet “Metal Heart” zabrzmiało potężnie i dostojnie. Zajebiście ten koncert mi się podobał. Co prawda na końcu już leżałem na leżaku regenerując siły na jeszcze trzy sztuki tego wieczoru, ale było warto wytrwać do końca.

Po regeneracji moją następną sztuką był Terrorizer, do którego chętnie wracam terroryzując ludzi w robocie. Piękne są to wkurwy, kiedy leci taki klasyk jak “Feat Of Napalm” czy “Corporation Pull-In”… Czy Terrorizer mógł się podobać? A jakże, jeszcze jak. Stwierdziłem jednak, że Rudy jest ważniejszy, bo ten Terrorizer pewnie jeszcze gdzieś zobaczę, ale Megadeth już niekoniecznie.

Ta jego pierdolona maniera w śpiewaniu. Ta cholerna jego pewność siebie w przeświadczeniu własnej zajebistości… I ta scena na Mysticu. Nie brzmiało to być może jakoś zajebiście, ale sama obecność Rudzielca robiła już wrażenie. Tak, niebywale jest to wielki zespół i gdybym miał oceniać występ headlinerów na tej edycji przyznam, że to Megadeth ma palmę pierwszeństwa. No i na koniec “Symphony of Destruction” więc mogłem spokojnie uzupełnić płyny przed ostatni zespołem tego wieczoru.

“Na koń! Motyki w dłoń, na koń! Na księżyc, na łeb, na szyję!”… gdybym sobie tekstów sam nie wyśpiewywał nie rozumiałbym nic z tej nawałnicy dźwiękowej, którą uświadczyłem w dwóch pierwszych utworach Furii. Dźwiękowiec na Park Stage po prostu nie był w stanie ogarnąć tej ilości blastów które rozlewały się wprost ze sceny. Ściana dźwięku była niemiłosierna, ale na szczęście ta swawola – niewola trwała tylko przez dwa pierwsze utwory, ale za to potem Furia otrzymała brzmienie, na jakie zasługiwała. Rozwodzić się nad występem Ślązaków nie mam zamiaru, bo obiektywny w przypadku tego nekrofolkowego grania – a które wielbię – po prostu nie będę. Furia też z drugiej strony już nic nie musi. Ona po prostu jest, wychodzi na scenę, odstawia sztukę i schodzi ze sceny. Utwory z “Huty Luny” brzmią na żywo mimo wszystko zajebiście, a mix utworów starych i nowych układa się w setlistę niemal idealną.

I tak też piątkowy dzień na festiwalu dobiegł dla mnie końca. Została jeszcze sobota, z napiętym – jak jezus na krzyżu – grafikiem.

Dzień trzeci – 8 czerwca

tego dnia zagrali: MULK / LORD OF THE LOST / KERRY KING / ENTER SHIKARI / BRING ME THE HORIZONT / GHOSTKID / UNTIL I WAKE / DARK FUNERAL / SATYRICON / CHELSEA WOLFE / EMBRIONAL / OWLS WOODS GRAVES / BEWITCHED / ASPHYX / BLASPHEMY / .WAVS / DVNE / 1000MODS / HIGH VIS / ORANGE GOBLIN / FIVE THE HIEROPHANT / LOATHFINDER / THE LAST DECADE / WYATT E / LAMP OF MURMUUR / MUR

Ostatni dzień festiwalu zapowiadał się dla mnie dosyć intensywnie. Plan ułożył się w taki sposób, że gdy jeden koncert się skończył, kolejny już się niemal rozpoczynał. Głównym daniem tego dnia byli przedstawiciele Ross Bay Cult (Eternal!), ale zanim to nastąpiło musiałem zobaczyć jeszcze kilka kapel.

Z początku nie planowałem, ale stwierdziłem, że w sumie to czemu nie i wybrałem się Loathfinder z wokalistą Mold’em na czele. I tutaj dostałem z gwoździa w czachę. Niby to nic nowego, ot taki blaczur wylany doomowymi zwolnieniami, ale ten wokal zakorzeniony z manierze Marka z Cultes Des Ghoules, ta maniera sceniczna… No kurwa, tutaj zostałem zaskoczony. Wyszło to naprawdę bardzo dobrze i tak jak psioczę na ten polski black metal, tak tutaj zostałem kupiony i zdecydowanie bardziej leży mi Mold w Loathfinder niż w Totenmesse

Nie mogłem jednak zostać do końca tego chorego występu, gdyż w główną fazę koncertu wchodził Embrional. Nie śledzę jakoś mocno, pamiętam początki tego zespołu, występ w swojej rodzinnej mieścinie itd. No jest to zdecydowanie death metal. Zagrany z jajem i pazurem. Jednak wodzirejka a’la Peter z zespołu na V…kompletnie mi nie leży i bardziej zniechęca, niż zachęca… No cóż, wszystko się zmienia…

Jedno jednak nie… Od początku tak po dziś dzień jestem na nie w stosunku do Owls Woods Graves. Dlaczego? Tutaj też niby wszystko się zgadza. Wszak mieszanie black metalu z punkiem to mikstura iście wybuchowa. I w przypadku Owls Woods Graves to także niezłe riffy, no i teksty krzyczane po polsku… Tylko kłopot polega na tym, że ja nie widzę w tym nic prawdziwego. “Antichristian Hooligan”? Wy byliście kiedyś na prawdziwym meczu? Już przyśpiewki śledzi zza miedzy brzmią bardziej przekonywująco, aniżeli te serenady… “Idzie diabeł” ? Ok, tupnąć nóżką można, ale nadal nie widzę tutaj chociażby wściekłości takiej jak chociażby miała Homomilitia…, a z nowego nurtu chociażby Jad… ale ok, de gustibus non est disputandum skoro całe Shrine Stage było załadowane niemal po brzegi…

Odtrutkę uzyskałem na szczęście na Bewitched. No bo jak gęba ma się nie cieszyć, kiedy słyszysz zajebiste “Cremation Of The Cross” (już sam tytuł: kremacja krzyża!), czy zgniatające nabiał “Hard as Steel (Hot as Hell)” czy czczące zło “Triumph Of Evil”?! Chcesz brać od razu miecz w dłoń i ścinać łby nazareńskim bękartom… Coś cudownego… Zdecydowanie stwierdzam, że nieporównywalnie więcej szatana było podczas występu Szwedów aniżeli na jakiś sowach, lasach i grobach… Tak. Bewitched to jedna z lepszych sztuk tego dnia… i nikt mi nie powie, że było inaczej…

Po całym secie Bewitched udałem się pod dużą scenę, by tam zobaczyć Slayer… To znaczy Kerry’ego King’a. Co mogę powiedzieć o samym koncercie? Całkiem spoko, ale szału nie było. Nie słuchałem debiutanckiego materiału. Kerry też już w zasadzie nic udowadniać nie musi, ale facetowi ewidentnie brakuje takiego grania. Więc zrobił w końcu coś sam, ruszył w trasę, przytulił parę zielonych ale finalnie i tak wyszło dla mnie, że Slayer… Więc zdecydowanie wolę Slayer, niż Kerre’ego solo. 

Stwierdziłem więc, że wykorzystam ten czas i pójdę coś zeżreć przygotowując się na występ Dark Funeral. Kolejnej kapeli, której słuchało się za młodu a taśmę “Vobiscum Satanas” dojeżdżało niemal do granic jej wytrzymałości. Teraz śledząc ten zespół odnoszę wrażenie, że stał się karykaturą samego siebie. Jak widzę te wszystkie zbroje, kaptury… zastanawiam się co się stało z tym szybkim nienawistnym black metalem… I już w zasadzie po pierwszym riffie wiedziałem, że tego nie wytrzymam… Stwierdziłem więc, że bardziej rozsądnym będzie uzupełnić płyny i iść na Sabbath Stage, bo tam do grania szykował się Lamp Of Murmuur aniżeli oglądać ten cyrk przebierańców. Niestety, niektóre rzeczy starzeją się okrutnie, a to w przypadku Dark Funeral jest aż nazbyt widoczne… 

Przewinąłem się więc między tymi wszystkimi fanami jakiegoś tam Bring Me the Horizon do wodopoju a następnie na Sabbath Stage. I tutaj konkluzja. Jeśli stanąłeś pod sceną, miałeś dużo miejsca, a jeśli przy wyjściu byłeś jak sardynka… Niestety, ale kumulacja trzech scen (Shrine Stage, Sabbath Stage, Desert Stage) w tak małym kwartale jest naprawdę chujowym rozwiązaniem, ale kumam że pewnych rzeczy w tym zagłębiu imprezowym Trójmiasta nie przeskoczysz. Upakujesz tutaj wiele, ale np. zniechęcisz niektórych by weszli i obejrzeli dany – być może – zajebisty koncert. 

W przypadku Lamp Of Murmuur jak już wspomniałem wybrałem się od razu pod samą scenę. Duchota była zajebista, ale początek koncertu Amerykanów mi to zrekompensował. Mocne, energiczne metalowe granie z black i thrashowymi elementami i to mogło się spodobać. Ta skoczność nie była na szczęście jakoś zbytnio widocznia, przeco całości słuchało się naprawdę bardzo dobrze. Fanem nie zostanę, ale taka muzyka do plumkania pod uchem jak najbardziej wjedzie gładziutko.

Zaraz po Lamp Of Murmuur na Shrine Stage pojawił się Apshyx. I tutaj powiem szczerze, że gówno widziałem, bo Asphyx naprawdę nieźle nabił Shrine Stage po brzegi, przez co po prostu nie chciało mi się przebijać przez to całe towarzystwo. Wrażenia? Z tego co wiem, było zajebiście. Asphyx widziałem naście lat temu na Brutal Assault i jeśli zagrali chociaż po części tak dobrze jak wtedy, nie będę tutaj miał żadnych dosrywów ze swojej strony. Słyszałem tylko opinię, że chujnia ze względu na brzmienie ale z tej odległości było mi trudno osądzić…

Czekałem na Satyricon, bo jak to się mówi do trzech razy sztuka. Kiedy w 2014 widziałem Satyra na scenie (Brutal Assault) bardzo mi się podobało, dwa lata później odgrywanie całego “Nemesis Divinia” (także Brutal Assault) było osobiście dla mnie katastrofą, bo widziałem już wtedy, że chyba Satyrowi się nie chce.. ale za to w tym roku, wszystko było jak najbardziej na swoim miejscu. Zaczęli dosyć chyba nie oczywiście, bo od “Deep Calleth upon Deep”, by zaraz potem przejść do “Forhekset”. Niezły rozstrzał stylistyczny, ale okazało się, że bardzo dobrze dograny. Widać było, że Satyr powracając na scenę w końcu odżył, zaś miksowanie starego z nowym było tego dnia strzałem w dziesiątkę… Jednak do końca twórców “Dark Medival Times” nie obejrzałem, ponieważ postanowiłem udać się zdecydowanie wcześniej na Shrine Stage, by tam wyczekiwać najważniejszego dla mnie występu tej edycji Mystic Festival.

Kiedy ogłosili Blasphemy na tymże, nie mogłem wręcz uwierzyć. Blasphemy?! Na takim festiwalu?! Takim, w sensie różnorodnym?! Nie to, abym się czepiał. Zawsze po prostu uważałem, że tego typu zespoły grają dla specyficznej publiczności, na specyficznych festiwalach. Z jednej strony więc miałem moralniaka, że nie… oni tutaj nie pasują. Z drugiej jednak, doszedłem do wniosku, że w gruncie rzeczy to czemu nie? Skoro stary bierze młodą córę na taki koncert, mówi jej, że teraz taka brutalna kapela będzie grać, a ona mu na to jak gdyby nigdy nic: wiem tato, to ja to rozumiem i szanuję…

No właśnie, miałem drobne wątpliwości czy Nocturnal Grave Desecrator and Black Winds da radę zagrać ten koncert. Minęło w sumie nie tylko sześć lat od występu na Black SIlesia, ale i sam Nocturnal Grave Desecrator and Black Winds tak jakby zniknął niemal w połowie. I widząc zapisy wideo wcześniejszych występów Blasphemy odniosłem wrażenie, że nie daje typ rady. Jak życie pokazało, myliłem się i dostałem porządną lepę na ryj od dłuższego czasu. To było totalne kurwa zniszczenie, jebana anihilacja. Wojna nuklearna na scenie. Potok war metalowego rozpierdolu przez ponad 40 minut… Muzyczny holocaust. Orgia scenicznej zagłady… Po prostu… ja pierdole, ależ to było zajebiste… Najlepsza rzecz tego festiwalu i najlepsza rzecz na dojebkę po tych czterech, intensywnych dniach… Słowem: perfekcyjna miazga! “Blood Upon The Altar”, “Nocturnal Slayer”, “Weltering In Blood”, “Necrosadist”, “Demoniac”… czego kurwa chcieć więcej?

Wojenny kurz opadł, grobowiec ludzkości został usypany. Udałem się więc jeszcze na tradycyjną nalewkę, celem wychylenia kielicha za godne zakończenie Festiwalu (koncert Chelsea Wolfe byłby nie na miejscu po Blasphemy) i umęczon ale mocno zadowolony wróciłem nocnym do domu…

Zakończenie i konkluzja…

To była naprawdę udana edycja i porównując edycję z roku 2022 (na ubiegłej niestety nie zagościłem) stwierdzam, że Mystic to już festiwal pełną gębą, który odwiedzają już ludzie nie tylko z krajów ościennych ale i z całego świata. To wróży dobrze i daje nadzieję, że kolejne edycje będą się odbywać. Mocno powątpiewam jednak nadal (patrząc na wyrośnięte budynki tuż obok Stoczni Gdańskiej), że w Gdańsku. Mimo to przyszłoroczna edycja na pewno będzie jeszcze na tych terenach. I dobrze, bo tutaj mamy wszystko, co jest potrzebne do festiwalowego życia. Dużo jedzenia (foodhall W4), dwa kluby muzyczne, miejsce na duże sceny, przestrzeń na odpoczynek, zaplecze sanitarne (porcelana rozumiece!)… 

To wszystko jest ważne do festiwalowego życia. Widać, że organizatorzy wyciągają wnioski i z roku na rok jest coraz lepiej. Tutaj każdy się odnajdzie i znajdzie coś dla siebie. Mocny plus za miejsca i opiekę dla niepełnosprawnych, bo tych umęczonych i zadowolonych w tym roku widziałem naprawdę sporo.

Fajne też były tematy poboczne. Kiedy chciałeś odpocząć i oderwać się z festiwalowej rzeczywistości mogłeś iść na pokazy filmów kategorii B, C czy też nawet Z organizowanych przez VHS Hell. Jeśli nie chciałeś oglądać tandety, mogłeś wysłuchać panelu dyskusyjnego na tematy muzyczne (Beherit na przyszłorocznej edycji? Biorę to!). Ba! Mogłeś przyjrzeć się historii polskich fanzinów i pogadać ze Skalpelem o historii Necroscope Metalzine.

Czy mam jakieś zarzuty? Nie rozumiałem czasami doboru scen dla danych kapel. Taki np. Blackgold powinien spadać na Park Stage’u ustępując miejsca na Main Stage’u takiemu Accept na przykład (gdzie na tegorocznym Hellfeście na dużej właśnie grali). Czy bezsensowne pchanie Suffocation na Desert Stage, gdzie lepiej by się sprawdzili na Shrine Stage… Niby niuanse ale mogę rozumieć, że wpływ na to ma wiele rzeczy…

Czego bym sobie życzył na przyszły rok? Czegoś nieoczywistego i czegoś, co mogłoby zaskoczyć. Kiedy się jeździ dużo na koncerty czy też festiwale z czasem oczekuje się coraz więcej i lepiej. Może w końcu Mystic będzie tym na którym zobaczę Midnight (no nie mogę jakoś złapać ich w Polsce) tudzież tak upragniony przez wszystkich Runnig Wild… Tak czy siak, w przyszłym roku też się melduję.

Łysy
818 tekstów

Grafoman. Koneser i nałogowy degustator Browaru Zakładowego. Fan śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Skomentuj