Są takie koncerty, których przeoczyć nie wolno. I takim właśnie był wrocławski występ Trucizny i Pralayi w ramach trasy „Devils March”.
W dniu koncertu taktycznie dotarłem wcześniej do Wrocławia wkurwomobliem i spokojnie udałem się pod Liverpool. O dziwo, nie było opóźnienia we wpuszczaniu do środka, co było miłym zaskoczeniem. Po zbiciu piątki z bdb kolegą Wspaniałym Organizatorem podbiłem do stoiska z merchem, gdzie krzątał się Eryk wespół z dobrociami ze swojego Old Temple. I kurwa, jak pech, to pech. Cały nakład Cdków od Trucizny wyprzedany, a liczyłem, że zaopatrzę się w ostatnią Epkę. Pochwalić tutaj muszę świetne wzory koszulek grających tego wieczoru hordów, w szczególności Pralayi, radowały one serce oraz oko.
Ponieważ Boh trojcu lubit, to do duetu hordów dopchało się Hag, czyli świeży pomiot ludzi znanych z Nihilvum albo Impure Declaration (idzie nowe, i do tego pełniak!), który to mogłem wysłuchać spijając bezalkoholowe pieniste. Kilku postawnych chłopów zalało publikę solidną porcją black metalu w duchu wczesnego Darkthrone. Na płycie nie słychać tego aż tak, bo jest bardziej duszno i brudno, ale na żywo Wiedźma mocno wali wesołym duetem Norwegów z lekką domieszką Celtic Frost. Choć nie rzucało to na kolana, to jako otwieracz sprawdziło się bardzo dobrze i na tyle mnie zachęciło, bym kupił u Eryka ich demówkę. Czuć tu potencjał i ciekawym, co pokażą w przyszłości.

Po Hag miałem chwilę na kiepa i kolejne pieniste, i przyszło prędziutko zająć taktyczne miejsce pod sceną, bo oto lokowała się już Trucizna. Ja pierdykam, ich debiut wielbię na kolanach, bo poezja Jiri Karaska ubrana w skrwawione szaty bezlitosnego black metalu wdeptała mnie w ziemię, a i kolejne „Devil’s Glory Among Us” nie ustępuje zbytnio poprzedniczce. Chwila oczekiwania, pośród zapalonych świec by po chwili czarni kapłani diabelskiej sztuki wkroczyli na scenę celem rozpoczęcia misterium.

Słodki Jezu, coś z masą kajmakową w wafelku został podany, co tam się na tej jebanej scenie wydarzyło. Podkręcone lekko tempo wpłynęło dwójnasób na zawartość diabła w tej muzyce. Gdy wjechała na wstęp pieśń „O, Triumfie”, a pode mną się nogi ugięły. To jest właśnie to, to uczucie uniesienia i porwania przez muzykę. Obecnie dość trudno, by stało się to na żywo, ale tego wieczora Truciźnie udało się to z marszu. Perkusja napierdalała, niczym w młoty w czarciej kuźni. Skoll bezlitośnie zarzynał publikę riffami, a w każdym dźwięku zawarty był pierwiastek zła. No i rzecz jasna Ona, westalka Piekieł i pieśniarka zguby, JRMR, która swoim obłąkanym wokalem wlewała w serca słodką truciznę śpiewając o blasfemii totalnej. Tam pasowało wszystko. Nieświęta Trójca uwijająca się na scenie wypełniła Liverpool po brzegi, by dosłownie wzbudzić w publice wrzenie krwi, bo nawet mały moshpit się utworzył. Jak poleciało „Spotkanie Zła i Gnuśności”, czy pod koniec „Devil’s Glory Among Us”, to publiczność wyła, a od wzniesionych pięści było aż gęsto. Ja wiem, że spuszczam się tu okrutnie, ale wierzcie mi, że rzadko kiedy dane mi jest doświadczyć taką siłę oraz pasję ze sceny, jak to miało miejsce tego wieczoru. Arcysztos.

Oż motyla noga, po wszystkim ugasiłem pragnienie kolejnym pienistym, wymieniłem hordę zachwytów z bdb kolegami, w tym z Dostojnym Wydawcą, który przyjechał czule baczyć, czy jego słodkie chłopięta z Hag mają się dobrze i wróciłem pod scenę, by zająć strategiczne miejsce, bo oto na scenę wtaczała się Pralaya.
Demoniac, to jednak jest przechuj. Gdy ukazały się demówki Pralayi, to wiele osób podciągało to pod Temple Desecration 2.0, gdy on sam w rozmowie niejednokrotnie podkreślał, że zamierza robić coś swojego. I zrobił. Oryginalne, zajebiste i kurewsko ociekające namacalnym złem oraz brudem. Wyjście na scenę tego wieczoru po Truciźnie stanowiło akt nie lada odwagi, bo poprzeczka została ustawiona okrutnie wysoko, ale Destrukcja stanęła na wysokości zadania. Gdy, poleciały pierwsze riffy rozpoczynającego misterium „Beyond the Tattered Curtain of Unspeakable Madness”, to wiedziałem, że wiele starożytnych grymuarów przestudiowano, aby zagrać takie zło. Publika została dosłownie zalana dusznym transem śmierci, w którym każdy oddech jawił się, jako walka o życie. Gdzieś tam w trakcie występu pojawiał się nawet mohspit, ale jednak granie Pralayi wymuszało na słuchaczu skupienie i chłonięcie tej muzyki. Mam jednak jedno ALE, aczkolwiek nie wiem, czy wynika ze specyfiki mojej lokalizacji w klubie, czy jednak to wina nagłośnienia, ale gdyby nie fakt, że znam doskonale tego pełniaka i umiem wyłapać poszczególne ścieżki, to całość zlałaby mi się w ścianę dźwięku, gdzie ginie choćby tłuściutki bas. Wiem, że Liverpool ma to do siebie, że czasami z tyłu lokalu słychać całość elegancko, albo z boku sceny, koło palarni, jednakże docelowo chyba powinno być tak, że już pod sceną idzie elegancko wyłapać każdą składową, a nie wsłuchiwać się niczym w pohukiwanie sowy w lesie. Niezależnie od tego, to, jak wspomniałem, było tłusto. Perkusja zajebiście chodziła sprzedając soczyste uderzenia, a Demoniac chrypiał niczym z samej otchłani. I te opętane riffy, UH! Palce lizać.

Po wszystkim pozostało mi zbić piątkę z bdb kolegami od serca i ewakuować się do wozu, bo jednak opłata parkingowa nie zna litości. Z dumą mogę powiedzieć, że to był doskonały koncert. Każdy z hordów zrobił bestial devastation i dla takich gigów warto wydawać pieniądze na bilety. A i serce rośnie, gdy człowiek słyszy, że we Wrocławiu publika najlepiej się spisała.




