Wydawca: Iron Fist Productions
Przyznam, że liczyłem na to, iż minie mnie przyjemność recenzowania debiutanckiej płyty Gołoledź, bo czego bym o niej nie napisał, to szambo wybije w komentarzach już po samej nazwie. A co ciekawe – kiedyś po pijaku stwierdziliśmy z Pathologistem, że jak założymy kapelę to nazwiemy ją właśnie Gołoledź. Nie wiem nawet, czy ktoś nie rzucił czegoś o graniu na waleta obowiązkowo…
No, to tyle o nas, zajmijmy się Gołoledzią. Długo zastanawiałem się, czy ten zespół to żart… Ale chyba nie. Po prostu taka nazwa. Bo muzycznie – to raczej chyba na poważnie. A jeśli typy jednak poszły w żart to w chuj się im udał, bo ja nie wyłapałem. Tak czy siak, na krążku zatytułowanym po prostu „Gołoledź” mamy niewiele ponad pół godziny black metalu, ocierającego się trochę o podgatunek „post”, trochę o DSBM… I powiem Wam tak – jakby to była na przykład EPka złożona z dwóch, którychkolwiek utworów byłby to całkiem spoko materiał. Bo muzycznie te kawałki są okej, problemem jest to, że w ilości sześciu są po prostu nudne. Bardzo do siebie podobne. I fajny klimat, który daje się uchwycić w przypadku pojedynczych numerów niknie już w odniesieniu do całej płyty. W przeciwieństwie do tłumu krzykaczy z internetu poświęciłem na Gołoledź kilka odsłuchów i podtrzymuję swoją opinię – oni mają jakiś tam potencjał, ale póki co, jest tak sobie. Pewnie jakby się nazwali w jakikolwiek inny sposób (no bo przyznaję, ta nazwa jest po prostu głupia i ni chuja nie pasująca do muzyki „na poważnie”), odbiór byłby inny, albo – co też nie wykluczone – pies z kulawą nogą by się nimi nie zainteresował. A tak to tylko heheszki, bo Gołoledź.
Bynajmniej nie zachęcam Was do tego albumu, bo uważam, że jest nudny na dłuższą metę. Ale zachęcam do obserwowania tego zespołu i sprawdzenia, czy coś z niego będzie w przyszłości, czy pozostaną memiczną nazwą w panteonie polskiego black metalu.
Ocena: 5/10





Pathologist…to jest bardziej ambitne..