Wydawca: Vendetta Records
W końcu! W KOŃCU, KURWAE! W końcu doczekałem się godnego albumu reprezentującego Karkonoski Cvlt Eternalz samych Karkonoszy! A wierzcie mi, obaw miałem wiele. Demo Brzasku było ciekawym doświadczeniem, ale z widczonym brakiem zdecydowania, czy miał to być black, czy death, choć widać było, że są ciągotki ku czarnej sztuce. Następnie po drodze był singiel z klipem wyreżyserowanym w pięknej scenerii Zamku Chojnik, by w końcu ze Szklarskiej Poręby nadciągnął pełniak zmiatający wszystko na swojej drodze, niczym fen schodzący ze szczytów gór.
Przede wszystkim z ulgą stwierdzam, że stojący za Brzaskiem, Andrzej Jagielski, ogarnął się, obalił kilka Skalaków podczas wizytowania Wodospadów Panczawy, czy kontemplacji zielonego szlaku przy Śnieżnych Stawkach i w konsekwencji ciężar płyty przesunął się muzycznie na black metal. Już w następującym po intrze „Frozen Horizon” wlatuje soczysta zamieć riffów, która dobitnie pokazuje, że Sudety kultem zła stoją. Jest energicznie, także w soczystych partiach perkusji oraz, w końcu, odpowiednio skrzekliwym wokalem. Do tego ze sporą dawką melodyki, ale spokojnie. Nie ma tu cepeliady, bo wszystko zostało solidnie przemyślane. Propsuję, że każdy kawałek jest dobitnie osadzony w Karkonoskich realiach, w efekcie czego moja dusza uśmiecha się. Jest coś o karkonoskich zielarzach („The Herbalist okraszone ładnym, akustycznym wstępem), jest odniesienie do legend (świetne „Ravens of Łomnica”), a nawet znalazło się miejsce dla Walonów („A Tale of Sand and Fire”).
Do tego każdy dźwięk da się elegancko wyłapać. Wiem, że do mixów i masteringu mocno się przyłożono, co słychać, przy czym nie uleciała właściwa dla tego rodzaju grania surowość.
Tak po prawdzie nie mam się do czego doczepić nawet. To świetna płyta, choć nie jest ona w tegorocznej, krajowej topce. Osobiście wyraźnie słyszę, że Brzask ma sporo miejsca na rozwój i liczę, że kolejny wyziew znów podniesie poprzeczkę, tym bardziej, że skręt w black metal działa tu zdecydowanie na plus.
WRÓĆ! Jest jedna wada! „Der Wanderer…” ukazał się za późno, gdyż największy trybut, jaki można było oddać muzycznie Karkonoszom oddało Terrestrial Hospice w swoim fantastycznym „Rubezahl”. Naprawdę, gdyby Brzask uwinął się sprawniej, to ta płyta miałaby mocniejszy wydźwięk. Ale przynajmniej mamy obecnie dwa godne albumy reprezentujące najlepsze miejsce na ziemi, TEJ ZIEMI!
Konkludując, pierwszy długograj Brzasku, choć nie rzuca na kolana, słucha się z przyjemnością. Dumną mnie napawa, że w końcu doczekałem się godnego reprezentanta lokalnej czarnej sztuki. Oby tak dalej!




