Skip to main content

Często mam tak, że nie kupuję biletów w przedsprzedaży, bo to chuj wie co mi wypadnie, odkąd człowiek prowadzi własną działalność. Ale jak tylko gruchnęła wiadomość, że Baxaxaxa zawita do Polski nie myślałem długo, tylko zakupiłem bilet z niemal półrocznym wyprzedzeniem. W chuj lubię ten zespół i stwierdziłem, że tego misterium to przegapić bym nie chciał.

Ostatecznie więc ustaliliśmy wyjazd z Pathologistem, który oczywiście z uwagi na obowiązki zawodowe został zmodyfikowany. Long story short – ustawiliśmy się w jakimś hostelu w Bielsku – Białej, tłumnie obleganym przez różnego sortu elementa, ale nie byliśmy tam jedynymi metaluchami, więc luz. Po spożyciu kieliszka pożywienia udaliśmy się do Rude Boya na celebrację.

Bardzo dawno mnie tam nie było i w ogóle nie pamiętałem tego klubu poza tym, że był mały. Do tego stopnia, że zgupieliśmy, gdy wysadził nas bolciarz, bo nie za bardzo wiedzieliśmy, w którą stronę się udać, a ludzi jakoś widać nie było. Ostatecznie droga została odnaleziona, a my wbiliśmy do klubu, gdzie na progu niemalże wszystkich witali Państwo Organizatorzy – których z tego miejsca serdecznie pozdrawiam, od serca!

Szybki zakup został poczyniony w postaci winyla Baxaxaxa oraz piwka, po czym zajęliśmy strategiczne miejsca przy barze. Klub jest tak mały, do tego bar jest na niewielkim podwyższeniu, że spokojnie stamtąd można było oddawać się konsumpcji muzyki i napojów.

Niewielka obsuwa jest tradycją, ale nic nam to nie przeszkadzało, zresztą pierwsza kapela – Upon the Altar sprawnie rozstawiła się na scenie. Lubię ten zespół, ale muszę Wam powiedzieć, że koncert w Rude Boy trochę mnie rozczarował. Głównie brzmieniowo mi się to nie spinało i dopiero po kilku numerach zespół zabrzmiał tak jak powinien. Tu i tam rozstawione świece i czaszki fajnie spełniały swoją rolę gdy widziałem ich niemal dokładnie rok temu przed Death Worship, ale w tym klubie było po prostu za jasno i jakoś spokojnie mogło się obyć bez tych artefaktów. Muzycznie oczywiście nie można kapeli niczego zarzucić, jednak obserwując zespół miałem wrażenie, że coś nie mogą zaskoczyć z klimatem bluźnierstwa, znanym choćby z „Absid ab Ordine Luminis”. Było OK, ale wiem że mogło być lepiej.

Cóż zrobić, trzeba było napić się piwka i czekać na kolejny zespół. W międzyczasie zastanawialiśmy się nad frekwencją, bowiem ludzi jeszcze jakoś wielu nie było, a okres taki że koncertów w okolicy od chuja. Powoli zagęszczać zaczęło się dopiero przed kolejnym zespołem, ale nie uprzedzajmy faktów. Bo póki co to scenę zajmował Devilpriest. O nich również pisałem przy okazji katowickiego gigu z zeszłego roku. Tutaj z kolei dobra forma została utrzymana i panowie zagrali rasową death/black metalową sztukę. Słychać, że to kapela naprawdę dobrze zgrana i poza tym, że kościec kapeli to zapewne Tom i Lukas, to pozostali muzycy również krukowi kurwa spod ogona nie wypadli i dobrze uzupełniają wspomniany duet. Czterdziestominutowy występ składał się z numerów z ostatniego albumu, z kilkoma kawałkami z debiutu (ale w mniejszości, tak mi się wydaje). Devilpriest wypadł bardzo dobrze i surowo, do tego pod sceną zaczął się nareszcie jakiś ruch. Sam jednak obserwowałem całość z piwkiem w dłoni, jednakże byłem wielce ukontentowany żywiołem, jaki buchał ze sceny w oparach siarki i smoły.

A skoro już o piwku mowa była – olbrzymie propsy za wybór alkoholi w tej knajpie. O ile ta „legendarna wiśniówka” moim zdaniem (a i Pathologist poświadczył) raczej przereklamowana (do krośnieńskiej na przykład jest jej daleko), o tyle wybór browarków w powiedzmy, że przystępnych cenach, zasługuje na pochwałę.

Właśnie między innymi razie takie rozkminy trwały podczas oczekiwania na Ragehammer. Kapela w koncertowym ciągu, bowiem dosłownie kilka dni wcześniej wrócili z trasy po Europie, koncertem w Bielsku Białej prawdopodobnie zwieńczyła ten rok – przynajmniej wedle słów Tymka. No bo czas popracować nad nową płytą – i ja temu przyklaskuję. Z nowym basistą na pokładzie zespół wszedł na pełnej kurwie, nie bawiąc się w półśrodki. Wokalista jak zwykle zachęcał do nakurwiania pod sceną w sposób niewybredny, którego powstydziliby się na pewno co grzeczniejsi metalowcy. Z drugiej strony w klubie raczej mało było osób, które mogłyby poczuć się urażone. W każdym razie bardzo udane show opierające się o numery z „Into the Certain Death”, ale też – nazwijmy je tak – klasyki rejdżhammerowskie, na czele z „Wrogiem”. W ogóle uważam, że Ragehammer spokojnie mógłby mieć więcej polskojęzycznych numerów, bo wypada to moim zdaniem jeszcze surowiej. Kolejny bardzo dobry koncert zespołu i jak sobie pomyślę, że pierwszy ich gig odbył się pod między innymi kejosowymi auspicjami w Rzeszowie to robi mi się cieplej na serduszku.

W tym momencie klub był już praktycznie nabity – w sensie, nie że nie było jak przejść, ale po prostu przybyli wszyscy, którzy mieli przybyć i zrobił się z tego całkiem niemały tłumek. Ponoć sporo osób chciało sprawdzić nową odsłonę Medico Peste – w tym i ja. Ze starego składu ostał się jeno Lazarus, odpowiadający za wokale, byłem więc pełen obaw, jak to wszystko wypadnie na żywca. I było nieźle – zespół skręcił nieco w większe „zuniformizowanie” imidżu – poza wokalistą, pozostali muzycy zostali zakapturzeni, a na ich twarzach pojawiły się mniej więcej takie same maski w stylu Doktora Plagi właśnie. Zespół dobrze odnalazł się w kompozycjach Medico Peste, no a oczywiście Lazarus jako wokal nie ma wielu konkurentów. Jeśli chodzi o spis numerów, to każde wydawnictwo, łącznie z demówką o ile się nie mylę, miało swojego reprezentanta, byłem więc usatysfakcjonowany. Oczywiście co najważniejsze – Medico Peste obroniło się koncertowo, a to wcale nie musiała być tak oczywista rzecz po tak drastycznej zmianie składu.

Na sam koniec zespół, dla którego raczej wszyscy tu przyjechali. Baxaxaxa, czyli piewcy kultu katakumb (od którego numeru nota bene rozpoczęli koncert), tego wieczoru pokazali jak powinno grać się stary black metal, bez żadnych jebanych ozdobników, ale też niepozbawiony wyróżniających ten gatunek (przynajmniej w pierwotnym zamyśle) elementów. Część zespołu w czarnych szatach, część bez (trochę szkoda, że w kupie tak nie wystąpili, no ale już nie będę narzekał), w tradycyjnych corpse paintach – oczywiście bez muzyki nie miałoby to znaczenia, jednak podczas koncertu fantastycznie podkreślało przesłanie i „attitude”, z braku lepszego polskiego określenia. Moim zdaniem wypadło to rewelacyjnie. W muzyce Baxaxaxa tkwi jakiś pierwotny pierwiastek black metalowego zła. O ile na płytach jest on wyraźnie słyszalny, o tyle wcale nie musiał przecież przejawić się podczas koncertu. Na szczęście – było go w opór. Tak powinien wyglądać tradycyjny black metalowy gig. Zespół wygenerował mroczną, negatywną energię, a mały klub jakim jest Rude Boy tylko to spotęgował. Jeśli chodzi o setlistę – znów każde z wydawnictw miało swojego reprezentanta, ale zaskoczeniem dla mnie był brak „De Vermis Mysteriis” – przecież to „IA, IA…” idealnie nadawało się do skandowania. Albo może właśnie przez to – zespół nie poszedł na łatwiznę? Nie wiem. Jakby nie było, wspaniała to była sztuka, wiele sobie po niej obiecywałem i nie zawiodłem się.

Bisów nie było, więc spokojnie zaczęliśmy się ewakuować z powrotem do hostelu. W pełni zadowoleni, gdyż koncert spełnił nasze oczekiwania. Duże brawa dla organizatorów za ogarnięcie tego w dobry sposób, liczę że ta edycja Bestial Laceration nie będzie ostatnią. W zasadzie zespoły również nie dały ciała, więc również i pod tym kątem nie mam wielu powodów do narzekań. Bardzo dobry koncert, żałujcie jeśli odpuściliście.

Oracle
16676 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Newsy

Drugi album Gälernå

OracleOracle29 października 2012

Skomentuj