Po świetnych dwóch edycjach The True Blasphemy Night przyszła pora na kolejną, mam nadzieję cykliczną, imprezę w Grodzie Neptuna. Pierwsza edycja Z Rogów Kozła była niezłą okazją nie tylko do zaistnienia na koncertowej mapie ale i do świętowania 5-ciolecia istnienia zespołu Deadthorn. I jak to bywa w tej naszej polskiej rzeczywistości już od początku dopinania składu los nie sprzyjał Pomorzanom. Najpierw z listy gości wypadł szczeciński Raped Christ, a tuż po nim TSMED ze Świnoujścia. To jednak organizatorów nie zraziło i na ich miejsce wpadły hordy Carnes oraz Damage Case, które jak się potem okazało świetnie wypełniły lukę po nieobecnych. No ale od początku.
Zimny, piątkowy wieczór co prawda nie sprzyjał spożywaniu płynów wyskokowych, ale dobre towarzystwo – starzy i nowi znajomi – oraz nalewki prosto z kaszubskich rejonów poradziły sobie z niską temperaturą na tyle krótko, że ich niedobór trzeba było nadrobić zejściem do “podziemia” he he.. Choć moja wizyta w klubie Metro była dziewicza i nie spodziewałem się jakoś dużego i przestrzennego lokalu na miarę moskiewskiej Mayakovskaya he he… To co ów lokal mógł zaoferować idealnie wystarczyło, by zespoły i publika były na tyle blisko siebie ale nie wadziły sobie (i tyle, ażeby Eryk mógł postawić swój przebogaty kram Old Temple he he). Po krótkim obadaniu, kto, co, gdzie i jak można było zacząć imprezę.
Jako pierwszy degustacji poddany został butelkowany Specjal… No dobra he he… Jako pierwszy na scenie zainstalował się tczewski młodzieżowy zespół pieśni i tańca tradycyjnego Damage Case, który hołdując dobrze znanej maksymie: drink, fight and fuck mocno rozgrzał bębenki i rejestry słuchowe przybyłych na miejsce. Poleciały więc takie pijackie killery jak “Oldschool Maniac”, “Carrie White” czy też “I Was Born To Die” i premierowy “VInyl King”. Co prawda ilość kobiecych paparazzich oślepiających charyzmatycznego lidera Thomasa i nie mniej urodziwego Shadocka skutecznie wypełniały pustkę przed sceną (a publiki wcale mało nie było), to trzeba powiedzieć, że występ DC należał do bardzo udanych (choć i tak nie oddali za bilety he he…).
Krótka przerwa na kolejny zakup Specjala dla ochłody i już można było usłyszeć pierwsze dźwięki płynące z trzewi wokalisty Carnes. O zespole tyle wiem, że istnieje i już zdążył pokalać świat występami na żywo he he… Kolesie z Kwidzynia zagrali porcję całkiem mięsistego i soczystego zarazem death metalu na starą modłę takich tuzów jak Necrophagia (bez coveru mistrzów oczywiście się nie obyło) czy chociażby grobowców z Obituary. Panowie mocno tłukli po gębie, kości pękały, trzewia wpadły w kocioł rytmów ale publika jakoś nie mogła się przemóc by bardziej żywiołowo dopingować zespół. Dopiero prośba i groźba “jubilata” Żaby sprawiła, że ludzie się ośmielili, a zespół jeszcze bardziej zaangażował w soniczne zniszczenie. Poszły więc kolejne serie pod postaciami utworów: “Human”, “Trench Madness” oraz “The Mayan Calendar” a także “Glinianego Golema” oraz coveru nieśmiertelnego Death na zakończenie setu ponownego odegrania kawałka „Hunger”. Carnes na tyle ośmielony występem bisował, zaś publika była dobrze zrobiona przed kolejnymi metalowcami niosącymi śmierć.
Poisoned – bo o nich mowa – mający za sobą już całkiem znośnego demosa he he i split z Persecutor’em (ale tym z Pabianic, żeby nie było) zagrał tego wieczoru jako trzeci. Ponieważ byłem zrobiony już jak Kwaśniewski na Ukrainie, muzyka tczewsko-gdańskiego tria była dla mnie tyleż przyswajalna (i miejscami przewidywana), co orzeźwiająca he he… Poleciały całkiem zacne strzały ubrane w death metalowe szaty z thrash metalowym sosem na dokładkę pod postaciami m.in. “Torment of War” czy równie morderczego “Atomic Discharge”. Poisoned grał w najlepsze, publika szalała a piwo lało się strumieniami. Co dobrze wróżyło przed ostatnim, najważniejszym występem tego wieczoru.
I co tu dużo mówić. Świeczek, kawki i przesłodzonego ambasadora na barokowej porcelanie, jak u babci co prawda nie było, ale był za to prześwietny rozpierdol, którego tak mocno wszyscy oczekiwali. Deadthorn, jeśli już zarzuci swoją sztuką – a robi to ostatnio nieco rzadziej – to robi to na 666% mocy. I jak na 5 latka przystało kopał całkiem nieźle tego wieczoru he he. “Czarny Świt” na otwarcie a następnie “Błogosławiony w grzechu”, “Inferno (Kres i początek)”, zacny “Lęk Pierwotny”, “Upadłe Miasto”, świetny “Gnij!” (z tegorocznego splitu z Upir), “Diabelski Sznur”, “Wieczność” ( z gościnnym występem – a jakże – Alicji P.) oraz wieńczący całe misterium grzechu “Tormentor” nieśmiertelnego Kreatora. Setlista musiała zaspokoić najbardziej wygłodniałych fanów. Intensywny występ przerwany drobnym problemem technicznym z gitarą i wyjściem Thomasa za potrzebą – bo gwiazdy na pięcioleciu przecież mogą, prawda ? he he – oraz gromkie sto lat idealnie wkomponowały się w cały urodzinowy set Deadthorn, który równie co intensywnie tak szybko (?) się zakończył.
Ogólnie pierwszy, dziewiczy koncert z pod znaku Rogów Kozła wypadł nadzwyczaj dobrze. Po mimo problemów ze składem nie odnotowałem niczego, co mogłoby przemawiać na nie. Zero obsuw, publika pomimo początkowej nieśmiałości dopisała i nie zawiodła, a i urodzinowego piwa wystarczyło dla wszystkich. Czekam więc na edycję numer dwa, która już jest podobno szykowana na wiosnę przyszłego roku. Zaś Deathornom życzę kolejnych tak owocnych lat na scenie i kolejnych tak udanych jubileuszy.
Imprezę fotografowała i zdjęcia udostępniła Victoria Linerv. Dzięki !





