Pathologist: Bestial Laceration VII z Clandestine Blaze w składzie nie mogło umknąć mojej uwadze. Dość szybko ustaliliśmy grupę chętnych na wyjazd (całe trzy osoby), bilety zostały zakupione, pozostało czekać. Trochę szkoda tego Hadopelagyal… Ostatecznie wyszła lekka powtórka z roku ubiegłego, ale i tak było świetnie. Po południu ruszyliśmy w kierunku Śląska i po chwili byliśmy już w lesie pod Leśniczówka. Na szczęcie mecz się już skończył, więc nie było problemu z wjazdem na teren imprezy. Pod klubem spotkania, zbite piąteczki i piwko.

Oracle: Tak jest, po ostatniej edycji festu stwierdziłem, że nie ma to tamto, na kolejną też trzeba jechać. Zwłaszcza, że Clandestine Blaze ostatnio widziałem kilka lat temu. I tak, Hadopelagyal był drugim powodem wyjazdu, który niestety tym razem się nie udał – ale zastępstwo mieli zacne. Sama droga bezproblemowa, Chaosowóz mknął jak szalony, ja byłem trzeźwym woźnicą, więc na miejscu znaleźliśmy się całkiem szybko.

Łysy: moje ostatnie Bestial Laceration na którym byłem to edyjca numer III z 2017 roku na którym zagrał 13th Moon… No więc kiedy wrzucono na tapetę, że ta oznaczona numerem VII będzie gościć Hadopelagyal które wielbie motzno od razu zakupiłem bilet. Potem jednak okazało się, że jednak nie będzie tegoż hordu więc srogo zastanawiałem się czy wybrać się w te chorzowskie lasy…. Koniec końców stanęło na tym, że ruszyłem zad z Gdańska by z przytupem rozpocząć urlop…

Pathologist: Wbijamy do środka przed dziewiętnastą. Od razu rzuciła się w oczy zmiana konfiguracji lokalu. Powstał nowy namiot po przeciwnej stronie knajpy. Stary namiot był zamknięty. Powstał też zewnętrzny bar, co było świetnym posunięciem, bo rozładowywało to kolejki przy barze główny. Stoisko bogato zaopatrzone, więc szybko wydałem krwawicę na to na co miałem wydąć, poszedłem następnie zanieść precjoza do chaos mobilu, wróciłem, zakupiłem piwko i już प्रलय zaczyna grac swoją sztukę. Widziałem ich już trzeci raz, więc zaskoczenia nie było. Bardzo dobry set, tym razem wzbogacony o kawałki z najnowszej EPki. Nie powiem Wam dokładnie co zagrali, bo sam nabyłem wyżej wymienione wydawnictwo dosłownie kilka minut przed koncertem. Słucham „Inferno” w momencie pisanina tej relacji i napisze tylko tyle, że jest to dalej ten sam styl i jest naprawdę bardzo dobrze. Cieszy mnie też kolejny numer w ich repertuarze z polskimi tekstami. „Beyond the Tattered Curtain of Unspeakable Madness” z debiutu to nadal mój ulubiony numer tego zespołu, ale „W grobowcu nicości” również robi mi bardzo dobrze. Co ja napisze więcej? Jak nie mieliście okazji zobaczyć प्रलय na jakimś koncercie przez ostatni rok z kawałkiem to macie totalnego pecha. Zajebisty występ. Nie schodzi ten zepsuł poniżej poziomu bardzo wysokiego.

Oracle: Jak on wychwycił zmianę namiotów to ja nie wiem. ale to nie ja śmigam z rowerem pod namiot, więc może tu jest pan jezus pogrzebany. Wracając do występu प्रलय – co mnie zaskoczył, to czas ich występu, gdyż wydawało mi się, że to najdłuższy koncert tego wieczoru. Z drugiej strony, karta „organizator” ma swoje prawa. Narzkałbym, jakby było to gówno, natomiast moim zdaniem Tom z dwójką kolegów wypadł dziś lepiej niż przy okazji zeszłorocznej edycji. Muzyka प्रलय brzmi kurwa przepotężnie. Stałem jak wmurowany przez cały set i widziałem na własne ślepia jak oni przemieniają te dźwięki w pierdoloną bestię. Dla mnie – doskonały występ, choć dość długi.

Łysy: nie będę miły, ale प्रलय jakoś scenicznie mi do tej pory nie leżała, a ja koło muzyki tego hordu przechodziłem zawsze obojętnie. Nie mniej jako otwieracz tego wieczoru zespół sprawdził się bardzo dobrze. Odnoszę wrażenie, że po prostu ta muzyka musi się przegryźć, by nabrała odpowiedniej mocy i dała się porwać w wir śmierci i tajemnych portali. Pierwszy raz widzałem प्रलय w Gdańsku jakiś czas temu i zdecydowanie w Chorzowie podobała mi się najbarzdziej. Zacznę śledzić.

Pathologist: Przerwa, piwko pogaduszki i kolejna porcja muzyki tym razem zza naszej zachodniej granicy, czyli Cold Earth. Nie miałem wobec tego zespołu żadnych oczekiwań. Płytę (jedyna, którą wydali sześć lat temu) przesłuchałem raz przed koncertem i będę szczery: nic z niej nie zapamiętałem. Podejście miałem takie: pójdę, popatrzę, obrócę się na pięcie i do baru. Ale tak się nie stało. Co prawda musiałem wydostać się raz spod sceny w celu sprawdzenia czy rowery stoją, ale szybko wróciłem i cieszyłem uszy bardzo dobrze zagranym black metalem z niemieckim rodowodem. Na scenie odpowiednia prezencja i zaangażowanie. Naprawdę bardzo dobrze wypadł ten występ. Płyty co prawda nie pobiegłem kupić, ale zwrócę uwagę na tą kapelę. Płyta może nie wyróżnia się niczym szczególnym, ale występy to im się udają.

Oracle: Mnie zmietli. Nie spodziewałem się za bardzo niczego i nawet nie sprawdziłem tego zespołu przed koncertem, natomiast to, czego doświadczyłem na deskach Leśniczówki wyprzedziło wszelkie moje oczekiwania. Przede wszystkim, typy nie wyglądały jak jakiś pierdolony Baalzagoth wzięty z braku laku – po nich było widać oddanie czarnej sztuce w jej wydaniu a’la lat a dziewięćdziesiąte. Z całym anturażem, łącznie z nienajlepszą konferansjerką (Cold Earth to nie zespół, to „stejtsmnent” – kurwa, typie, możesz być duży jak szafa gdańska, ale nikt już takich słów nie bierze na poważnie…). Niemniej jednak dostaliśmy pół godziny sowitego wpierdolu a’la wczesny Marduk, Immortal i tak dalej – mnie podobało się bardzo i jestem pozytywnie zaskoczony tym hordem.

Łysy: a mnie nie zmietli. Wręczbym powiedział, że liczba momentów, które ten zespół miał wynosiła jakiś błąd statystyczny. Tak, jestem w chuj wybredny i w to miejsce zdecydowanie wolałbym T.B. jako wokalistę Thorybos, aniżeli Cold Earth, które świetnie wpisuje się w nurt black metalu, który można usłyszeć na takim chociażby Under The Black Sun.

Pathologist: W tym miejscu miałem wrażenie, że nastąpiła nieco dłuższa przerwa. Gdy czas mija na piciu piwka i pogaduszkach, to ani się człowiek obejrzy, a już kolejny zespół, czyli Necropole zaczyna swój performance. Napiszę od razu tak: nowa płyta jest mi kompletnie nieznana, bo stwierdziłem, że kupię sobie na koncercie i nie będę sprawdzał wcześniej. Poprzednie wydawnictwa wiadomo, zajebiste i tu się nie ma co sprzeczać. Czy dema, czy pełniaki (chyba „Yoga” szczególnie) to jest absolutny top. Na wnikliwe wejście w „Nadir at the Crown” przyjdzie na pewno czas. Siłą rzeczy jednak trochę materiału zagranego na koncercie nie znałem kompletnie. Słyszałem głosy, że było tym razem jeszcze lepiej niż rok temu. Dla mnie było bardzo podobnie, choć ja chyba bym stawiał ich wstęp na poprzedniej edycji nieco wyżej.. Muszę też w tym miejscu wspomnieć o kilku kwestiach. Nie podobało mi się oświetlenie i ogólnie fakt, że namiot był jasny. Paskudnie to wyglądało. Warto też wspomnieć o frekwencji. Z tego co pamiętam to i zeszłoroczny Necropole i ten były całkowicie wyprzedane. Tym razem miejsca było o wiele więcej. Nie było problemu dostać się pod scenę, wyjść na szczanie i wrócić. Warto też zaznaczyć, że powodzi w kiblu tym razem nie stwierdzono.

Oracle: Te głosy, że było lepiej niż rok temu to byłem ja. Bo było. W zeszłym roku Necropole zaskoczyło mnie pozytywnie siłą świeżości – znałem z płyt, nie widziałem na żywo. Teraz wiedziałem, że na żywo to na prawdę klasa, tak też zresztą reklamowałem ten zespół w przerwie – ja się nie zawiodłem. Każdy numer tego wieczoru porywał tłumy, a Amertume to jest jebany zwierzak – gość naprawdę dwoił się i troił, żeby wszystko wyszło zajebiście – i tak też było. A przecież miał w obwodzie jeszcze dwóch typów. Koncert był świetny i co mnie totalnie zaskoczyło, tak podczas występu Necropole, jak i wcześniej i później – brzmienie było fantastyczne. Nie musiałem się domyślać dźwięków podczas tych gigów. I za to brawa.

Łysy: tak, brzmieniowo Necropole wypadło zdecydowanie lepiej niż poprzednicy, a muzycznie? Jestem mocnym narzekaczem, więc stwierdzę krótko: okej, może być. Następny proszę… (tutaj jednak ukłon w stronę wokalisty, który ładnie potrafił pokrzyczeć do mikrofonu, jakby jego cierpenie było tym największym na świecie)

Pathologist: Francuzi schodzą, Finowie wychodzą. Nie było to jednak tak sprawne jak mógłby sugerować ten tekst. Wydaje mi się, że też jakaś obsuwa nastąpiła, ale był to ten moment spotkania w Leśniczówce, gdy mnie to już niewiele obchodziło.

Clandestine Blaze zdecydowanie dla mnie był głównym daniem tego wieczora. W głowie do dziś mam rewelacyjny występ z Mgłą lata temu w Krakowie i w Leśniczówce liczyłem na podobne doznania. Tym razem z Mikko w składzie dwóch zamaskowanych muzyków. Zresztą on też w swojej lateksowej masce. Zaczęło się. Ma coś w sobie ten black metal. Jakaś pierwotną siłę i dzikość. Brzmiało to dobrze, mimo że stałem pod sceną, może nie w najbliższej odległości, ale raczej bliżej jak dalej. Te światła nadal mnie niemiłosiernie drażniły, trochę psuły klimat całego występu i w mojej ocenie nieco mu zaszkodziły. Ale na muzyce głównie się skupiałem, a ta zachęciła do zabawy całkiem sporą grupkę ochotników do podscenicznych przepychanek. Poleciały takie klasyki jak „Psychopathia Sexualis” oraz mój osobisty faworyt, czyli „Archeopsychic Fear”. Na zamknięcie występu nie dało się inaczej i po prostu „Fist of the Northern Destroyer” musiał być odegrany, bo w przeciwnym wypadku wybuchłyby zamieszki. Czego nie zagrali, to można by wymieniać do jutra, bo dyskografia Clandestine Blaze jest przebogata. Z tego co mi się zdawało, to z nowej płyty poleciał tylko jeden numer, więc ze spokojem sumienia set listę można określić jako przekrojowa. Czy było lepiej niż w Krakowie? Nie jestem w stanie tego powiedzieć, na pewno było to inny czas, inny skład i ja też jestem już z dekadę starszy. Gdy Mikko schodził ze sceny, ja pozostałem z wielkim uczuciem zadowolenie, że byłem świadkiem tego występu i że mogłem z tą muzyką obcować na żywo. Zajebisty koncert!

Oracle: Ja podczas gigu Clandestine Blaze stałem totalnie z tyłu, co miało swoje plusy i minusy. Nie spociłem się jak zwierzak, a słyszałem i widziałem wszystko. Widziałem rączki układające się w wiadomy salut (zdecydowanie rzadziej niż rok wcześniej), widziałem typa orzącego twarzoczaszką podłoże (tak bywa, gdy chcesz się przytulać do obcych ludzi po pijaku), widziałem zespół zaintteresowany moją osobistą koszulką (pozdrawiam Rivers Like Veins, to byłem ja), przede wszystkim – widziałem trzech typów, którzy na deskach scenicznych zaprowadzili totalny, soniczny holocaust zamknięty w ośmiu kompozycjach – Mika ma taką sceniczną prezencję, że nawet w tej bedeeseowskiej masce odznacza się i dyryguje tłumem.

Łysy: Clandestine Blaze widziałem dokładnie w tym samym roku co Pathol i Oracle i… ależ to był koncert, nie przypomnę go sobie w całości nigdy. Z prostej przyczyny, takie nateżenie alkoholu jakie wtedy było skutecznie wybiło mnie z obserwowania wszystkich zespołów. Nie mniej taką Kringa, Misþyrming i One Tail, One Head pamietam jeszcze w miarę dobrze o tyle Clandestine Blaze już nie bardzo… dlatego tutaj, w Chorzowie, potraktowałem ten koncert jako pierwszy i nie zapomnę go na pewno. Jakkolwiek to zabrzmi, ten zespół ma jakąś taką przebojowość, która porywa i działa jak magnes. I ten wieczór to udowodnił. I nie, nie stanę się z automatu fanbojem tegoż, ale szanuję za muzykę.

Pathologist: Na koniec jeszcze nieprzyjemna sytuacja, bo ktoś rozbił głowę i musiała podjechał karetka. Swoją drogą, ten schodek przy wyjściu z namiotu był trochę niefortunny i sam, co najmniej raz byłem o krok od wylądowania w tym miejscu z gębą na betonie. Żeby było jasne: swój stan okrzesałbym, jako umiarkowanie trzeźwy. W końcu zebraliśmy się do kupy. Pożegnaliśmy się z tymi co się napatoczyli i w drogę do domu. Wracałem z poczuciem zajebiście spędzonego czasu, radości z wzbogacenia kolekcji płyt i z pytaniem w głowie: czy mi się zdawało, czy Pralaya zagrała najdłuższy koncert tego wieczora?

Oracle: Chciałem tylko powiedzieć, że tym razem to nie architektura pokonała człowieka, ale człowkiek w czapeczce Godslut tulący się do chłopców z hinduskim symbolem szczęścia nie rozpoznał zagrożenia i został wygnany do kozy jednym małym kuksańcem. Jako osoba z innego spektrum politycznego, ale z tożsamego spektrum black metalowego nie wniosłem sprzeciwu.

Łysy: w pierwszym etapie upadł po prostu na ryj, ale jeszcze go sobie nie rozwalił. Wziąłem więc jego zwłoki z jednym z widzów i posadziliśmy go na krześle, a że typ był tak napierdolony, że i z tego krzesła spadł tak (nie)fortunnie, że o swe okulary rozwalił sobie mordę to już inna kwestia… alkohol jednak jest dla mądrych ludzi, nie dla idiotów….

Pathologist
1174 tekstów

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026Relacje

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026

BartBart8 września 2026
Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026Mystic Festival 2026Relacje

Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026

ŁysyŁysy1 lipca 2026
Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026Relacje

Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026

PathologistPathologist29 czerwca 2026

Skomentuj