Nie byłem w Rzeszowie na ostatnim koncercie Lasu Trumien, czego bardzo żałowałem. Ale już w momencie październikowego koncertu wiadomo było, że panowie pojawią się ponownie w okolicy, tym razem w Krośnie w towarzystwie Hostii. Taką okazję należało wykorzystać.
Udaliśmy się zatem w sobotni wieczór czteroosobowym składem w godzinną podłuż do Krosna. W klubie Iron bywałem już wielokrotnie i wielokrotnie pisałem o jego zaletach. Szkoda więc pisać ponownie. Warto jednak wiedzieć, że to świetne miejsce zarówno na koncert jak i na spotkanie towarzyskie. Do klubu wbiliśmy jakieś 15 minut przed rozpoczęciem występu Wojtka i spółki. Czasu było wystarczająco na zakupienie piwka praz zaopatrzenie się w ostanie wydawnictwo Wrocławian, czyli „Breslau Spleen” współdzielony z zespołem O.D.R.A. Zacny to materiał i cieszę się, że mam go w końcu na półce. Z piwkiem ulokowałem się pod sceną i zaczął się show. Zajebiście lubię Las Trumien zarówno z płyt jak i scenicznie. To za ich sprawą zainteresowałem się tematyką true crime i zainspirowany ich kawałkami sięgałem po głębszą wiedzę dotyczącą ancymonów, o których traktują ich liryki. Dodatkowo muzycznie i wokalnie zespół jest na bardzo wysokim poziomie. A scenicznie? Kto ich wdział, to wie, że Wojtek jest zajebisty w tej robocie. Jego ekspresja ociera się mocno o piosenkę aktorską, a wszystko to razem daje zajebisty spektakl. A co grali? Trochę tego było, ale jak zwykle za mało i jak zwykle czegoś mi brakowało. W każdym razie, kilka hitowych numerów usłyszałem. Mnie osobiście ucieszyły najbardziej: „Sprzedawca śpiewników” i „Król w złotej rękawiczce” (pierwsze dwa numery). „Irrumatio”, czyli utwór liryczny traktujący o jednym z większych pojebów jakim był Ed Kemper. „Wiosna w Miami” – też gruba historia … No i oczywiście „Cmentarz Miłostowo” oraz „Synod Trupi”. Gdy grają „Synod…” basista zakłada specjalne wdzianko. Ktoś z publiki zareagował na to krzycząc „Batiuszka” hehe. Uznałem to za śmieszne. Z ostatniej pełnej płyty był tylko „Nienasycony” o Luisie Garavito … Ze splitu wyłapałem „Kto widział rzeźnika?” . Jak dla mnie set lista bardzo spoko. Byłem zadowolony, choć jak zwykle mógł ten spektakl jeszcze chwilę potrwać.

Pora na Hostię, ale najpierw chwila na piwo i pogaduszki. Z Hostią mi raczej na co dzień nie po drodze, płyty sprawdziłem, ale to nie do końca moje to granie, aczkolwiek opinie o ich występach na żywo są bardzo pozytywne, więc byłem podekscytowany. I się zaczęło. Prezencja pana gardłowego faktycznie wyjątkowa. Konferansjerka też zasługuje na wielki plus. A jak to wyglądało: na scenę wparował gość w opasce i ortalionie taszcząc worek na śmieci. Faktycznie ta muzyka na żywo dużo zyskuje. Szczególnie wokalista zasługuje na specjalną laurkę zarówno za prezencję jak i na naprawdę zajebisty wokal. Brzmiało to zajebiście organicznie i swobodnie. Gość wydawał z siebie najrówniejsze ryki i wydawało się, że nie wymaga to od niego żadnego wysiłku. Co zagrali? Sporo kawałków, ja wyłapałem tylko „Dance 4 Jesus”, który wrył mi się w głowę za sprawą zajebistego teledysku. Godzinę może zajęła im ta krzątanina na scenie. Publika domagała się bisów i je dostała, aczkolwiek ze sceny padło coś w stylu: „ja już kurwa nie mam 20 lat” hehe.

Po koncercie pobiegłem jeszcze na sklepik, niestety nie po płyty Hostii, aczkolwiek na stoisku obok nabyłem piękny koszul Lasu Trumien. Strzeliliśmy jeszcze po piwku i kierowca zarządził odwrót. Po 23 byłem już w domu jak na starego człowieka przystało hehe. Zajebisty wieczór, Hostia na żywo mi się bardzo spodobała. Las Trumien nie miał prawa mi się nie podobać. Uwielbiam tą kapelę i wszystko co nagrali.




