No nie powiem. Poczekałem sobie trochę na Cult Of Fire w Polsce. Gdyby nie cholerna pandemia to zaliczyłbym strzał roku: Malokarpatan i Cult Of Fire na jednej scenie.. Niestety, wyszło jak zwykle. Minęło parę lat i w końcu nadarzyła się okazja, by zobaczyć Czechów i to w Gdańsku.

Kiedy pojawiłem się w Drizzly Grizzly na scenie pogrywał sobie już włoski Caronte. Nie sprawdzałem ich przed koncertem, więc była to dla mnie wielka niewiadoma. I w zasadzie ta niewiadoma była całkiem pozytywnym zaskoczeniem chociaż szczególną miłością do doom / stoner metalu nie pałam (z małymi wyjątkami). I jakby spojrzeć na Doriana (wokalistę) to na pierwszy rzut oka widzisz typa, którego nie chciałbyś spotkać po zmroku na ulicy. Nic dziwnego, bo skoro Dorian gra w Whiskey Ritual (pizza, mafia, kokaina) to jest wszystko jasne. A tutaj? Chłopa nie szło poznać. Raz, że miejscami – wiem, porównanie z dupala, ale jednak – zaciągał jak sam Billy Idol to z drugiej strony widać, że Candlemass jak i Messiah Marcolin musieli też mieć sporo do powiedzenia, jeśli chodzi o inspiracje wokalne jak i brzmienia zespołu. I jakby do tego kotła wrzucić jeszcze np. taki Electric Wizard to otrzymamy naprawdę wybuchową mieszankę: ciężkie riffy, atmosfera narkotycznego, seksualnego rytuału i sam diabeł… Tak właśnie brzmiało Caronte. Miejscami jednak dłużyzny jakie Włosi serwowali stawały się nużące, ale w ogólnym rozrachunku panowie odstawili naprawdę spoko sztukę.

Po dwudziestominutowej przerwie pojawili się panowie z The Great Old Ones. Ta nazwa parę razy gdzieś mi tam mignęła w recenzjach / forumowych dysputach, ale nigdy też jakoś szczególnie nie miałem okazji, by się zapoznać. I tego wieczoru akurat taką nieco wątpliwą możliwość miałem. Wątpliwą, bo o ile pierwszy numer i drugi wskoczyły mi banię bardzo gładko, o tyle im dalej było w głębiny (czytaj: królestwo) samego lovecraftowskiego Cthulhu, tym muzyka Francuzów coraz bardziej mnie męczyła. Ilość blastów bowiem nie idzie zawsze w parze z zajebistością. I o ile w pewnych momentach te blasty naprawdę były dobre, o tyle ich mieszanie ich w post black metalowym sosie narzucało niestety trochę niestrawności. Jeszcze z 10-15 lat temu brałbym to jak pojebany, ale w chwili obecnej taka muzyka mnie po prostu męczy. Publice raczej się podobało, ja jednak walczyłem sam z sobą do końca występu, by jakoś go przetrwać.

Po około półgodzinnej przerwie w końcu na scenie pojawiło się Cult Of Fire. Pierwszy i jedyny jak do tej pory koncert Czechów zaliczyłem dziesięć lat temu na Brutal Assault, gdzie zespół dał specjalne show grając po raz pierwszy “Vltavę” na żywo. Wtedy to był niesamowity koncert, przepełniony utworami, bądź co bądź, z najlepszego materiału Czechów “मृत्यु का तापसी अनुध्यान (Ascetic Meditation of Death)”. Dziesięcioletnia przerwa więc była dla mnie jedną wielką niewiadomą, bo raz że kompletnie przegapiłem “Moksha” / “Nirvana”, to dwa byłem ciekaw, czy sam koncept w jakim porusza się Cult Of Fire ma jeszcze jakikolwiek sens.I po tym co zobaczyłem odpowiem, że ma i to jeszcze jak. I choć show samo w sobie było w cholerę statyczne (gitarzyści siedzący po turecku pod ogromnymi wężami, wokalista ubrany w szaty i potężną, bogato strojoną maskę rytualną, operujący tylko rękoma i stojący przy bogato ubranym stole pełnym owoców, świec i figurek Bogini Kali) to w połączeniu z muzyką robiło to spore wrażenie. W większości poleciały numery z najnowszego krążka grupy “The One, Who Is Made of Smoke” ale znalazło się też miejsce dla numerów ze wspomnianego już “Ascetic Meditation of Death”. I te numery naprawdę ze sobą świetnie współgrały. Całość była kompletnym rytuałem poświęconym różnym bóstwom z samą właśnie Kali na czele, a muzyka nadawała całemu show dynamizmu, a że tego dnia frekwencja była dosyć marna, to zrobiła się z tego koncertu naprawdę niezła, kameralna sztuka. Całość trwała godzinę z okładem, której kompletnie nie poczułem co tylko dowodzi, że Cult Of Fire stanęło na wysokości zadania. Jednak czy nowy materiał zdoła w jakiś sposób zbliżyć się do poziomu “Ascetic…” wątpię, niemniej nowe numery na żywo dają naprawdę radę.

Zdecydowanie warto było wybrać się na ten koncert, bo na żywo Cult Of Fire to jednak klasa sama w sobie. Caronte zagrało ciekawie, a The Great Old Ones okazało się dobre jako zapychacz.

Łysy
1049 tekstów

Grafoman. Fan śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026Relacje

Scorned Congregatios vol. 1: Grand Belial’s Key, Arghoslent, Infernal War, Haeksenhamer; Chorzów, Klub Leśniczówka; 29.08.2026

BartBart8 września 2026
Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026Mystic Festival 2026Relacje

Mystic Festival 2026; Tereny stoczni w Gdańsku; 3 – 6 czerwca 2026

ŁysyŁysy1 lipca 2026
Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026Relacje

Nihility Days Vol 3: Piołun, Czarny Szermierz i Rapidfire; Rzeszów, Pub Underground; 27.06.2026

PathologistPathologist29 czerwca 2026

Skomentuj