Pamiętam taką zajebistą trasę, która odbyła się 2008 roku. Legiony Śmierci się nazywała. Zestaw był niczego sobie: Infernal War, Stillborn, Anima Damnata, Hetzer, Deception… wspominam ją naprawdę zajebiście, bo zajebiście bawiłem się na przystanku tejże w Częstochowie…
I zastanawiam się… Czemu, do chuja jasnego, nie ma już takich sztuk? Serio, trzeba było czekać szesnaście lat, by kolejna taka ciekawa trasa, pełna nienawiści i bluźnierstwa, przetoczyła się przez polskie miasta? Nie wiem, ale wiem, że tego wieczoru w Wydziale Remontowym w Gdańsku było ciekawie choć i tak sądzę, że niedzielne koncerty to zło. Ni to drineczka szczelić, ni to zalać się w trupa na afterze… Nie mniej…
Pierwsi na scenie punktualnie stawili się Pany z Devilpriest, którego kompletnie muzycznie nie śledzę. Wiem, że jest, wiem że gra. Wiem, że w składzie są zacne persony i… tyle. Tego wieczoru więc w zasadzie po raz pierwszy miałem okazję w pełnej okazałości zapoznać się z muzyką tego gliwickiego nekrokommando. Wiadomo, sztuka na żywo zawsze zweryfikuje umiejętności danej kapeli. I tutaj stwierdzam: z początku nudziłem się niemożebnie. Ot, taki death metal, jakiego masa w tych czasach. Patrzyłem więc nerwowo na zegarek, zastanawiając się czy długo jeszcze tak będą pitolić czy coś się w końcu zmieni. Dopiero przy trzecim czy tam czwartym utworze coś w końcu w tej muzyce mi zatrybiło. Stała się ona jakby bardziej agresywna i bardziej zmasowana, jakby zespół chciał przez to powiedzieć: ty, łysy… patrz teraz kurwa…. Nie wiem jakie strzały poleciały, ale zaczęło to brzmieć naprawdę bardzo dobrze. Blastów zasiali jakby więcej, różnorodności jeszcze bardziej, riffy stały się jakby bardziej ostrzejsze, a pod sceną nieśmiało zaczął robić się młyn. Szkoda tylko, że dopiero w drugiej części… Wrażenie więc Devilpriest wywarł na mnie jak najbardziej dobre mimo początkowej niechęci, ale czy sięgnę po ich muzykę w najbliższej przyszłości… Wątpię na tą chwilę.

Jako drugi na scenie pojawił się Ragehammer. Kiedy to ja ich widziałem na scenie…?! …aaa, w 2018 roku u boku Cannibal Corpse (Black SIlesii parę lat temu nie liczę, bo przepiłem ten występ gdzieś na boku, choć słyszałem, że był odegrany cover Root). W pizdu dawno temu więc, ale przyznaję i uważam, że im starsi są Ci goście, tym lepsi w tym, co robią. Z resztą, charyzma Heretik Hellstörma zawsze będzie w tym zespole grać pierwsze skrzypce czy chcą tego czy nie…. I nawet jeśli sam zespół zagra jakąś słabszą sztukę, to i tak wokal zawsze będzie na przodzie. Dobra, tyle z wazeliny, a muzycznie? Szybki wyskok z buciorka prosto w mordę i jedziemy z kolejnym strzałem. Tak, tak. Ragehammer potrafi zagrać naprawdę szybko, do przodu, na pełnej piździe. Bez klepania się po pleckach i drapania się po jajach. Odzwierciedleniem tej muzycznej agresji niech będzie kocioł, który utworzył się pod sceną. Poleciały – o ile pamięć mnie nie myli – między innymi “First Wave Black Metal” i “Gospel Of Scum” a na dokładkę “Gettoblaster” od samiuśkiego Impaled Nazarene… Ogólnie występ na zajebisty plus, a jeśli nowe wałki, które zagrali, będą brzmieć tak dobrze studyjnie, jak zabrzmiały na koncercie tego wieczoru, to szykuje się zajebisty płyt…Zacny występ, zacny…

Na końcu pojawili się Ci, na których czekałem najmocniej tegoż wieczoru. Kurwa, wielbię Stillborn niemiłosiernie motzno i ciągle, jak głupi, czekam na sztukę, podczas której zagrają “Die Fuckers”… Nic kurwa na to nie poradzę, że tego kawałka w setliście zawsze będzie mi brakować. Czy kiedyś to się zmieni? Ni chuja nie wiem, ale wiem że w ten wieczór Stillborn rozjebał – jak to się mówi – system. To maszyna, która się nie zatrzymuje, tylko mieli napotkane mięso jak rozpędzony, kilkutonowy walec. Poleciały więc strzały zarówno z “Cultura De La Muerte” jak i z zajebistego “Testimonio De Bautismo” z “Ancykrysem” i “Obłędem” na czele, choć na początku nie obyło się bez problemów. Na szczęście realizatorowi udało się w miarę sprawnie wykręcić gałami naprawdę dojebany sound. Krystalicznie czysty, ale z drugiej strony brudny jak skurwysyn i mięsisty jak trzewia bękarta na krzyżu. Z minuty na minutę ciśnienie więc rosło, zaś w kotle pod sceną robiło się coraz bardziej krwiście. W pewnym momencie jeden typ nawet dostał takiego strzała, że padł bezwiednie na glebę tracąc na chwilę przytomność. Tutaj duży plus dla napierdalających pod sceną, że szybko go z tej gleby podciągnęli i wynieśli poza salę koncertową, gdzie udało się go ocucić. Sam Killer z resztą zapytał ze sceny czy wszystko w porządku… Brawo dla fanów, brawo dla zespołu za szybką reakcję. A potem? To już czysta, muzyczna napierdolka. Stillborn tym samym tylko potwierdził, że jest jednym z najlepszych zespołów koncertowych na tej smutnej scenie. Cover Impaled Nazarene? Czyste zło, bis “Ancykrysta”? Jeszcze lepiej!

Ogólne wrażenia? Zajebista sztuka. Jedna z kolejnych widziana na trzeźwo i kolejna na której się nie nudziłem, a to w chuj dużo znaczy… No i chyba się jednak zaczynam starzeć… Patrząc po ilości młodszego pokolenia dochodzę do wniosku, że nadzieja w tej młodzieży jest… Jest głupia, ale jest nadzieja…
Generalnie taka sztuka powinna odbywać się cyklicznie, bo jak to powiedział klasyk: trzeba siać, siać, siać i jeszcze raz siać! Profanację i bluźnierstwo, a jakże!




