„Yardburn to wypadkowa wielu gatunków takich jak grunge, thrash metal i country.” – tak zaczyna się notka promocyjna dotycząca „Junk”, debiutu tegoż dziwnego zespołu. Co Wy na to?
Powiem Wam, że słucha się tego lepiej niż to brzmi. Może przez to, że ta notka to tak tylko muska (jak Elona to jebać!) prawdę. Yardburn totalnie bawią się konwencją i mieszają ze sobą chyba wszystko co im wpadnie w ucho. Chcecie Acid Bath? Dostaniecie. Chcecie The Cramps? Dostaniecie. Chcecie Nirvanę z „Bleach”? Dostaniecie. Chcecie Jackyl? Dostaniecie. Chcecie Primus? Dostaniecie. Chcecie Hanka Williamsa III? Też kurwa dostaniecie. Wszystko natomiast ubrane w brudny, punkowy sound z gatunku do it kurwa yourself. A wiecie co jest zadziwiające? Że to wcale nie brzmi niedorzecznie czy niespójnie. Płyta zatytułowana jest bez kozery „Junk” – bo to tak, jakbyście szli najebani wieczorem i potraktowali z buta uliczny śmietnik. Chłopacy z Yardburn przyszli i pozbierali to co się zniego wysypało i z tego wszystkiego ulepiło płytę.
Możecie mi natomiast uwierzyć, że przy takich kawałkach jak „Jazzus”, „Rodeo” czy „Extermination of Humanity” nóżka chodzi jak szalona, więc nie ważne z czego ukleili tego żółtego (rzułtego!) potworka – fajnie mi się słucha tej grupy. Całości dopełnia okładka i generalnie booklecik, upstrzona komiksowymi grafikami, oczywiście odpowiednio zaaranżowanymi. Fajne doświadczenie i fajna płyta pod piwerko i zabawunię.
A że wydali to sami – należy się im szacuneczek i piweczko na koncercie. Jakby grali kiedyś w Rzeszowie, bardzo chętnie bym się na nich wybrał. To chyba tyle na dziś. Fajny krążek.
https://www.facebook.com/yardburn





