Jak mam wymówić tę nazwę, no jak? Jakbym gluta na końcu połykał. Vrademargk. No nie da się.
Może to specjalnie tak zrobili, żeby bardziej zapadała w pamięć? Choć ponoć nazwę Earth na Black Sabbath zmienili, bo wszystkim to brzmiało jakby ktoś puszczał pawia. No więc daję tym Hiszpanom pod rozwagę. No to dostali uwagi o nazwie, zajmijmy się muzyką. Notka głosi, że grają melodyjny death metal, więc na wstępie się uprzedziłem, jednak po wielokrotnej sesji „Arrelats” dochodzę do wniosku, że trochę z tą melodią to przesada. Nie jest to może żadne ekstremum, ale do kliszowego melodic death metalowego boys bandu jednak im trochę brakuje. Katalończycy poruszają się na płaszczyźnie, którą określiłbym dark metalem – bez ekstremy, za to z odpowiednią dozą ponurego mroku, a równocześnie raczej przystępnie. Ale nie wiem, czy na tyle przystępnie i przebojowo, żeby supportować takie In Flames czy Amon Amarth. Chwilami mam wrażenie, że to tak jakby dzisiejsza Katatonia zachciała grać death metal (tak, wiem że grali sto lat temu). Choć są też takie numery jak „Egocidi”, gdzie faktycznie zespół jakby skłaniał się ku szybszej, bardziej eneregtycznej muzyce, jedna przewagę stanowi tu ten death metal o którym Wam przed chwilą napomknąłem. Nie do końca death metalowy, ale jednak z mocno wyczuwalną, że tak powiem, podstawą programową”. Jednak to nie jest moje granie. I choć zespół stara się mnie zaciekawić, to jednak po kilku przesłuchaniach znam ten album na wylot i dochodzę do wniosku, że trochę mnie on nudzi. Nie ta wibracja po prostu. Nie przeczę jednak, że ta muzyka jakiś tam potencjał ma.
Dlatego też, jeśli ktoś chce sobie sprawdzić jak brzmi mrocznosmutny death metal w wykonaniu Vrademargk to może sobie odpalić „Arrelats”. Jest szansa, że się spodoba.
Ocena: 6/10
Tracklist:
| 1. | Lividesa | ||
| 2. | Arrelats | ||
| 3. | Estigmes sobre cendres | ||
| 4. | L’alè dels indòmits | ||
| 5. | L’art de morir | ||
| 6. | Egocidi | ||
| 7. | Eudaimonia |




