Wydawca: Eternal Juggernaut Records
To kolejna recenzja, którą chciałem zacząć od słów – „ale jak to, zespół istnieje tyle lat, a ja ich nie znam?!”, ale oczywiście się pohamowałem. Po pierwsze – żeby nie być monotematycznym, po drugie po tych kilkunastu latach zinorobienia dociera do mnie, że choćbym się zesrał – wszystkiego nie poznam.
Filozoficzne rozważania sponsoruje hiszpański Vidres A La Sang i ich album „Virtut del decensis”. A konkretnie to kataloński – i odnoszę wrażenie, że pochodzenie tego zespołu odgrywa ważną rolę w ich twórczości.
To rzeczywiście ich szósty krążek, a sam zespół istnieje od dwudziestu dwóch lat. Promo dotarło do mnie z dwa miesiące temu, a pokonało faktycznie drogę z Półwyspu Iberyjskiego w zwykłej kopercie. I doszło całe! Tym bardziej skupmy się na tym, co znajduje się wewnątrz.
Przede wszystkim podoba mi się okładka. Ma w sobie coś takiego… chorego a zarazem interesującego. Co to za kobieta, dlaczego tak wygląda, czy to zdjęcie jest prawdziwe… Siedzę i dumam, słuchając tej płyty. A i na muzyce można ucho zawiesić. Generalnie jest to death metal, z delikatnym przyczernieniem. Brutalny, ale zagrany z pomysłem i wyczuciem. Nierzadko na tym albumie zdarza się, że masywne riffy zostają nagle przełamane całkiem przystępną solówką. Przez większość czasu na myśl przychodzi mi Death – głównie z okresu od „Human” wzwyż. Czyli dużo kombinowania, progresji i poszukiwania. Dodatkowe ukłony należą się bębniarzowi – to w jaki sposób okłada zestaw zasługuje na uznanie. Są momenty, gdy jego gra wysuwa się na pierwszy plan. No ale gość terminował w takim Cruciamentum czy Sartegos, a to o czymś świadczy.
Zespół nie stroni też od bardziej stonowanych momentów, a w kilku momentach ciąży nawet ku rzeczom bardzo melodyjnym. Na tyle, że wjeżdżają nam czyste wokale, takie wiecie w stylu „power rock ballad”. Wypada to niestety źle. Psuje mi nastrój i rozmiękcza przekaz. Szkoda, bo ten zespół ma potencjał na naprawdę spoko granie – sprawdziłem bowiem pobieżnie ich wcześniejsze albumy. Niestety stwierdzam, że taki debiut, mimo że nie jakoś strasznie odkrywczy i zdecydowanie mocniej osadzony w death metalowej stylistyce, bardziej przypadł mi do gustu.
Niemało tutaj też fragmentów spokojnych, dryfujących sobie to tu to tam i nęcących słuchacza swoją efemerycznością – jak choćby „Llàgrimes De Sang”. Początek mi się nie podoba, ale potem znów wjeżdża coś a’la Death czy nawet Focus z fajnie wyróżniającym się basem i zaczyna mi się to podobać. Do momentu, aż znów nie wlecą czyste i melodyjne wokale. No trudno, trafili w mojej osobie na twardogłowego recenzenta. Szczęśliwie są tutaj rzeczy w stylu „Màrtirs”, które potrafią przykuć moją uwagę – znów głównie za sprawą pałkera, no ale jednak. Gdyby nie te momenty, uznałbym płytę Vidres A La Sang za krążek słaby.
A jaki jest w rzeczywistości? Mocno nierówny. Ma bardzo dobre fragmenty, ale też sporo mielizn i nudy. Nie znajduję tu wiele, poza okładką, grą pałkera i odniesieniami do Death, co sprawiłoby, że chciałbym jakoś wybitnie wracać do tych nagrań. A szkoda.





