Skip to main content

Wydawca: Deformeathing Productions

Jakie to uczucie być nadwornym, kejosowym recenzentem dokonań zespołu Sphere? Przyjemne, bo generalnie wiem, że jest to praca łatwa i przyjemna. A przynajmniej tak było zawsze. Rzutem na taśmę i na klatę wziąłem więc na siebie najnowszy krążek „Inferno”.

I wiecie co? To chyba pierwsza płyta Warszawiaków, z którą staczam regularną bitwę pod nazwą „podoba się / mniej podoba się”. I walka jest, przyznam się, zacięta. Dlaczego? Ano poczytajcie poniżej.

Generalnie Sphere od kilkunastu lat zawsze był zespołem, który dostarczał dobry lub bardzo dobry death metal. Najlepiej z wszystkich albumów wchodziło mi chyba „Blood Era” i do niego też porównuję sobie „Inferno”. I… chyba czuję się trochę rozczarowany. „Inferno” to nie jest zła płyta, ale wydaje mi się, że Sphere chyba trochę zafiksował się na swoim własnym ogonie i goni za nim, chwilami bez celu. To krążek porządny, dobry, ale też do bólu przewidywalny, poza jednym – chyba na żadnej dotychczasowej płycie Warszawiaków nie dostajemy tylu melodii i rozmiękczaczy. Wydaje mi się, że na najnowszym albumie ich ilość jest zdecydowanie większa w porównaniu do wcześniejszych materiałów. Na przykład taka „Blood Era” było krążkiem, na którym poza szybkością postawiono na ciężar – niemało na nim było zwolnień, ale takich wbijających człowieka w posadzkę, kojarzących się ze slam brutal deathowymi walcami. Na „Inferno” z kolei jakby odstąpiono od ciężaru na rzecz melodii i swego rodzaju „śmierćmetalowego easy listening”. I nie do końca mnie to przekonuje.

Oczywiście lwia część tej płyty to brutalny, precyzyjny death metalowy napierdol – gitary rzeźbią klasycznie death metalowe riffy, zaś perkusista blastuje z dokładnością co do ułamków sekund – przynajmniej mam takie wrażenie. Oczywiście i na tym albumie mamy gości, natomiast jakoś nie mogę powiedzieć, by wnieśli coś na plus czy na minus – są i fajnie. Z każdym kolejnym odsłuchem natomiast odnoszę wrażenie odrobinę wyczerpania się formuły tej muzyki. Nie zrozumcie mnie źle, ja nie zawsze jestem zwolennikiem szukania nowych rozwiązań, szczególnie w dość konserwatywnych gatunkach. Natomiast „Inferno” nie ma dla mnie tej siły uderzenia, którą ma „Blood Era” i w tym upatruję chyba swoich konstatacji – fajna płyta, ale… Ale właśnie. Ale zbyt melodyjnie, ale zbyt lekko, ale zbyt to wszystko do siebie podobne.

Czy jestem rozczarowany? No trochę jestem. Generalnie każdy krążek Sphere był dla mnie mniej lub bardziej większą frajdą, podczas gdy „Inferno” trochę przemęczyłem. Może się to zmieni przy kolejnych odsłuchach, natomiast nie mogę jakoś na ten moment się przemóc i powiedzieć, że to ich najlepszy materiał. Albo, że wyrwało mnie z butów. Za kłamanie idzie się ponoć do – nomen omen – piekła, więc czy warto ryzykować dla „Inferno”? Posłuchajcie i sami odpowiedzcie.

https://www.facebook.com/sphereband

https://www.facebook.com/Deformeathing

Oracle
18549 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Blackbraid „Blackbraid III”Recenzje

Blackbraid „Blackbraid III”

PathologistPathologist12 grudnia 2025
Celephais „Demo 2025”Recenzje

Celephais „Demo 2025”

OracleOracle11 grudnia 2025
~ CAŁ● ~ „Ludzie Błądzący w Nocy”Recenzje

~ CAŁ● ~ „Ludzie Błądzący w Nocy”

BartBart10 grudnia 2025

Skomentuj