Wydawca: Purity Through Fire Records
Ojoj, ale mi się nędza trafiła tym razem. Czy ktoś z Państwa tu czytających kojarzy zespół Schreigarm? Lasu rąk nie widzę, ale nie mogę powiedzieć, że wiele tracicie. Ja na ten przykład zmarnowałem kilka godzin na obcowanie z drugim albumem ukraińskiego duetu.
Tak – bo może i w różnych Encyklopediach Metalu stoi, że Schreigarm to zespół z Niemiec, natomiast tworzy go dwóch Ukraińców. Pewnie bym się nie domyślił, ale zdradziło ich jedno – teksty może i tytułu mają po ukraińsku, ale już napisane i odśpiewane są w języku Tarasa Szewczenki. Taki jestem przebiegły. Niestety, muzycznie ten zespół nie ma mi wiele… w zasadzie to nic nie ma do zaoferowania. „Mara Comes and Darkness Shall Reign” to czterdzieści siedem minut bardzo przyjemnego dla ucha, melodyjnego – atmosferycznego, a przede wszystkim w chuj nijakiego black metalu. Słucham tego albumu i niestety zmuszam się by dobrnąć do końca płyty. Schreigarm zawarł tu wszystko, czego nie lubię w tym rodzaju black metalu. Nadmierne nasączenie melodyką, zbyt czysta produkcja, zabiegi które wychodzą w ogóle poza black metal – te wszystkie czyste wokale wcale nie wypadają dobrze w mojej opinii. Używając ich w swoich kompozycjach Schreigarm sprawia, że nie mam ochoty wracać do tej płyty. Przykładowo, wystarczyło mi dwa odsłuchy, by po rzucić „Mara Comes and Darkness Shall Reign” na ponad miesiąc. Po tym czasie, wbrew moim ułudom, wcale nie było lepiej.
Może i zespół jakoś tam odnosi się do pagan/black metalowej spuścizny ukraińskiej sceny black metalowej, natomiast zdecydowanie bardziej wolę posłuchać płyt Kroda czy Dub Buk, nawet abstrahując od przekazu z którym nie muszę się koniecznie zgadzać. Natomiast na pewno kunszt kompozycyjny tuzów black metalu zza wschodniej granicy przewyższa to co słyszę na drugiej płycie Schreigarm. Nawet jeśli zdarzają się niezłe momenty, jak w „When the Ravens Flow Through My Veins” – niestety są to chlubne wyjątki. A mogło być tak dobrze. Schreigarm pokazuje w części tego utworu, że potrafi uderzyć w majestatyczne tony. Potrafi też je zepsuć płaczliwymi partiami. I jak to się mówi: chuj bombki strzelił. Trudno jest po tym wszystkim sprawić, bym na serio zabrał się za ten krążek. Choć miałem ku temu naprawdę dobrą wolę.
Nawet pomimo fatalnej okładki. Może jakby chcieli, żeby wydała ich jakaś Via Nocturna czy generalnie, żeby zainteresowali się nimi fani Behemoth lub Batushki – spoko, niech se wrzucają takie front covery. Ale hdy wypuszcza ich Purity Through Fire Records to minimum klasy należy utrzymać. W tym przypadku się nie udało. I nie polecę Wam tej płyty i tego zespołu. Macie tuzin więcej lepszych grup na wyciągnięcie ręki.
http://www.purity-through-fire.com/




