Wydawca: Hell’s Headbangers Records
Wczoraj dosłownie zrecenzowałem debiutancki krążek Malefic Throne, więc może dziś pójdźmy za ciosem i zajmijmy się nowym – szóstym już albumem Perdition Temple? Wewnętrzny recenzent podpowiada mi, że to pyszny pomysł!
Oczywiście czytelnikom Chaos Vault nie muszę podpowiadać, co za persona łączy obydwa te zespoły, ale jeśli jakimś cudem trafił#ś tu z Muzycznych Wilków albo od Północnika to już śpieszę wyjaśnić: Gene Palubicki. Gość, który prywatnie jest uosobieniem spokoju, zamiast serca ma zapewne kocioł ze smołą i siarką, który co rusz wypluwa nową muzykę. I zawsze jest ona na co najmniej dobrym, a zazwyczaj bardzo dobrym lub wręcz zajebistym poziomie. I „Malign Apotheoisis” jest tego doskonałym przykładem.
Death metal w wykonaniu tego zespołu w obecnej wersji jest dla mnie bezpośrednią kontynuacją Angelcorpse, z całą agresją i szaleństwem tego zespołu, przy tym mocno referujący do black metalowego brzmienia. Choć przyznam, że do dokonań Perdition Temple wracam częściej niż do takiego „Of Lucifer and Lightning”, który jest dobrym albumem, niemniej jednak już nie siedzi mi tak dobrze, jak pozostałe krążki. Natomiast na „Malign Apotheoisis” dostaję wszystko, czego się spodziewam po twórczości Gene’a. Tak po prawdzie, gdyby podstawić w miejsce Alexa wokale Pete’a – dla mnie muzyka ta byłaby trudna do odróżnienia (a gwoli ścisłości, wokale tych dwóch są i tak dość podobne). Stąd też słuchając tych trzydziestu czterech minut mam dosłownie ciarki na dupie, a serce bije mi zdecydowanie szybciej, powiedzmy że w rytm blastów Rona. Słuchając muzyki stworzonej przez Palubickiego zawsze mam wrażenie, że spod jego palców wypływa apokaliptyczny chaos, który po prostu układa się w mordercze dźwięki, chłoszczące riffy nie dają ani chwili wytchnienia. Czuć tu pierdolony, bezlitosny gniew i poziom agresji, jaki obecnie chyba już jest trudny do osiągnięcia dla większości muzyków death metalowych, którzy zaczynali w latach dziewięćdziesiątych.
Nie mogę sobie również odmówić porównania „Malign Apotheosis” do „The Conquering Darkness”, jako że obydwa twory ukazały się w zasadzie równocześnie. Na dzień dzisiejszy więcej odsłuchów u mnie zaliczyło Perdition Temple. I chyba muzycznie również minimalnie lepiej wchodzi mi szóstka od nich niż rzeczony debiut. Jednakże obydwa albumy to czyste zniszczenie i muzyka, która idealnie do mnie trafia.




