Jest niedzielny poranek, zasiadam do poniższej relacji, więc było kulturalnie i ze zdrowym rozsądkiem, choć koncert wybitnie pod śpiewanie i napoje wyskokowe. Było trochę zamieszania z trasą Owls Woods Graves, bo pierwotnie koncert u Krośnie miało nie być. W tym terminie miał grać In Twilight Embrace a Sowy miałem sobie zobaczyć tydzień wcześniej w Krakowie. Jednak po zwolnieniu się terminu pojawił się podkarpacki przystanek tej trasy, co wymusiło pewne zmiany logistyczne.
Tematy wyjazdowe były dogadywane dosłownie na ostatnią chwilę, ale na szczęście w czwórkę po 17 ruszyliśmy z Rzeszowa w stronę Krosna. Droga niedaleka, jesteśmy na styk. Dosłownie. Wbijam do knajpy i za minutę czy dwie zaczyna grać Garota.
Pierwsze, co mnie uderzyło, to bardzo mała ilość ludzi. W knajpie pusto. Może nie dosłownie, ale frekwencja nie powalała. Wiadomo: ludzie jeszcze wbiją. Tym bardziej, że ze wglądu na specyfikę knajpy, koncert zaczynał się dość wcześnie, bo i wcześnie się musiał skończyć… Zaopatrzyłem się w piwko i poszedłem pod scenę. Z Garotą za bardzo wcześniej styczności nie miałem. Wydaje mi się, że pierwszą płytę kiedyś przesłuchałem, ale nic mi się nie kojarzyło, nawet nie do końca wiedziałem, co grają. Nie spodziewałem się niczego konkretnego, a dostałem fajny black z thrashowym pazurem. Nieźle to wypadało na żywo. Nie pobiegłem co prawda po koncercie na sklepik i nie wykupiłem całej dyskografii, ale obiecałem sobie ze sprawdzę.

Stałem sobie blisko sceny i pod koniec występu poszedłem uzupełnić browara oraz opróżnić pęcherz i ku mojej uciesze jednak w knajpie się zagęściło. Nie zmienia to jednak faktu, że ani do baru, ani do kibla kolejek przez cały wieczór nie było. Ciężko mi ocenić, jak to faktycznie wypadło frekwencyjnie, ale w porównaniu do wyprzedanej knajpy np. na takiej Mgle kilka lat temu, to nie wiem czy ludzi było połowę z tego. Wątpię. Nie wiem co mogło spowodować taką sytuację, ale byłem przekonany, że Owls Woods Graves to jednak jest mocny magnes i przyciągnie on znacznie więcej osób, tym bardziej że ich muzyka ma potencjał przyciągać szeroką publikę bo myślę że i punkowcy by się na ich koncercie nieźle bawili. Ale ilu teraz jest punkowców? Nie pamiętam kiedy jakiegoś wdziałem…
Garota skończyła grać, ja udałem się na pogaduszki. Rozejrzałem się po sklepiku, było dużo dobrego od każdej z kapel. Jak Left Hand Sound organizuje koncert, to wiadomo, że wszystko musi być jak w zegarku i nie inaczej było tym razem. Above Aurora wychodzi na scenę punktualnie. Tu miałem podobnie jak z Garotą. Nie słuchałem za bardzo, choć w przypadku Poznaniaków różnica jest taka, że na półce mam debiut „Onwards Desolation”, który niestety lekko się zakurzył… Ale tego koncertu byłem zdecydowanie bardziej ciekawy, bo to „mój” typ black metalu. I zdecydowanie bardziej mi się ten koncert podobał. Lepiej brzmiało to, jako całość. Fajne, spójne granie. Była tam nuta szaleństwa. Najbardziej mi się podałby te wolniejsze hipnotyczne momenty. Postanowiłem, więc nadrobić, to co mnie ominęło w twórczości tego zespołu i w momencie pisania słucham sobie „The Shrine of Deterioration” i jest bardzo dobrze. Zabawy raczej nie było pod sceną, a i ja oglądałem koncert z połowy sali z piwkiem w ręce. Ale główne danie miało dopiero nadejść.

Szybkie piwko pomiędzy kapelami i jakoś koło 20.30 na scenie melduje się Owls Woods Graves. Jeśli ktoś był na ich koncercie, to wie, że tam się dzieje dużo. Ale jak się ma nie dziać, gdy do czynienia mamy z muzyką tak naładowaną energią. Co ja wam będę pisał? To już końcówka trasy, więc kto miał być, to był. Było śpiewane, były szaliki, było machanie statywem od mikrofonu. Huragan, krótko mówiąc. Pod sceną nieliczny aczkolwiek mocno zaangażowany młyn. Super zabrzmiały nowe numery. „They Come Again” z tym „mgłowym” riffem mnie rozjebał. Klasyki też były. Ja sobie nie bardzo wyobrażam ich koncertu bez „Do You Deny the Evil?” czy „Antichristian Hooligan”… Nie i chuj. Dla mnie był to chyba lepszy koncert niż ich pierwszy ever w Krakowie… Nie wiem co może być przyczyną, może właśnie ta kameralna atmosfera i mały klub…

Wiem jednak jedno: wyjazd zaliczam do bardzo udanych tak towarzysko, jak i koncertowo. Zawsze to miło odwiedzić tego zajebistego Irona w Krośnie i po raz 10000 zadawać sobie pytanie: dlaczego kurwa mać takiego klubu nie może być w Rzeszowie!!!???




