Skip to main content

Nie pamiętam, kiedy ostatnio wybrałem się na dwa koncerty tydzień po tygodniu. W zeszłą niedzielę nawiedziliśmy z Pathologistem lokalny rzeszowski przybytek, żeby rzucić okiem na Zorzę i Halny (o tych trzecich to szkoda wspominać), a w kolejnym tygodniu pod wpływem impulsu wybrałem się do Katowic na muzykę z całkiem innej beczki. I powiem Wam, że była to bardzo dobra decyzja, bo zarówno Omegavortex jak i Perdition Temple to nie są zespoły które zjawiają się u nas nad wyraz często.

Ale po kolei – koncert poniedziałkowy miał miejsce w katowickim klubie Piąty Dom. W ogóle nie kojarzyłem tej miejscówki, a że jechałem sam, to śmignąłem samochodem – własnym, osobistym. Błąd to może i nie był, ale kurwa ładnych kilkanaście minut krążyłem dookoła miejscówki w poszukiwaniu miejsca parkingowego. Po którymś tam już kółku nareszcie trafił się spocik i to nawet całkiem blisko, więc zawinąłem się spokojnie do klubu. Na miejscu okazało się, że Omegavortex kilka minut temu zaczęło swoją sztukę.

Ten cały klub może nie jest jakiś wybitnie mały, ale miejsca przed sceną na mój gust wiele nie ma. Jakoś tam jednak się wtryniłem na show Niemców, zajmując całkiem w porządku miejscówkę. Wszystko widać, wszystko słychać – a było kurwa co oglądać. Omegavortex znam głównie ze świetnego debiutu i niezgorszego splitu, więc spodziewałem się dzikości na scenie – i dostałem, co com chciał. Niemcy rozkurwili tego wieczoru publikę, która mimo poniedziałku zjawiła się pewnie w liczbie bliskiej pewnie stu osób. Jeśli nie było Wam dane obcować z muzyką Omegavortex, wyobraźcie sobie agresję i dzikość zaczerpniętą z wczesnych wydawnictw Morbid Angel, Necrovore, Merciless czy Order From Chaos, do tego odpowiednio przyczernioną – będziecie mieli wówczas obraz ich twórczości. Na żywca wypadło to jeszcze bardziej bestialsko, grupa opasana łańcuchami, z odpowiednim oldschoolowym, powiedzmy, że corpsepaintem – jakby wyrwał ich z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. W wywiadzie, jaki Wojtuś przeprowadził z kapelą po Byczynie pada takie zdanie, że Omegavortex reprezentuje unicestwienie wszystkiego we wszechświecie i wierzcie lub nie, że zespół zaprezentował się tak, jakby tylko na unicestwieniu mu zależało. Odzew ze strony publiki mieli adekwatny, choć niewielki metraż raczej wykluczał dzikie napierdalanie pod sceną.

Krótka przerwa na zakupy (dziękuję maniakom z Poznania i Warszawy, że nie wykupili całego merchu!) plus na piwko bezalkoholowe (Bernard noalko mocno taki sobie jakby ktoś pytał) i wróciłem pod scenę, bo na niej instalowało się już Perdition Temple. Podobnie jak Omegavortex, tak i w ich przypadku nie miałem jeszcze przyjemności w obcowaniu z muzyką na koncercie. No ale w końcu się doczekałem. Trio wbiło się na niewielką scenę, za nimi zawisło logo, światła na prośbę zespołu zmieniły się na czerwone… I pierdolnęło! Kurwa, nie ma większej przesady w mówieniu o nich jako następcy czy kontynuacji Angelcorpse – zespół emanuje totalnie zbliżoną agresją jak poprzedni band Gene’a. w ogóle ten typ wygląda na totalnego flegmatyka, a i zaświadczam, że podczas rozmowy zdaje się to potwierdzać. Natomiast gdy bierze gitarę w łapę i wychodzi na scenę, jakby coś go opętało. I to opętanie przechodzi na pozostałych dwóch muzyków. Z muzyki Perdition Temple iskrzyła się agresja i nienawiść. Fantastycznie też wypadają moim zdaniem dwa wokale – Palubickiego i Blume’a. Dwa razy tyle diabelstwa. Kapela w sumie przeleciała się przez całą chyba dyskografię, choć nie jestem pewny czy poleciało coś z debiutu – raczej na pewno przyjebali takimi strzałami jak „Desolation Usurper”, „Red Reaping” czy „Goddess in Death”. W sumie było tego jakoś z dziesięć kawałków – około trzech kwadransów maniakalnego black/death metalu. Zespół był w chuj zadowolony odbiorem i na sam koniec zapowiedział, że wpadną ukrzyżować nas ponownie. Jeszcze nie wiem, kiedy to będzie ale tak się składa, że nie mam na ten dzień żadnych planów więc zawitam.

W ogóle całość skończyła się jakoś koło dwudziestej pierwszej – nie pamiętam, żebym kiedykolwiek był na koncercie, który skończył się o tej porze, ale powiem Wam, nie narzekałem. Około 22 godziny byłem w Krakowie, gdzie jeszcze w głowie huczały mi na przemian nutki od Omegavortex i Perdition Temple. Świetny, krótki, ale diabelnie intensywny gig. Jakby w każdy poniedziałek wpisana była taka popołudniowa rekreacja, to ten dzień byłby całkiem znośny.

Oracle
18644 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Ostatni Apel: Königreichssaal, Kir i Pogarda; Kraków, Laboratorium Scena; 13.12.2025Relacje

Ostatni Apel: Königreichssaal, Kir i Pogarda; Kraków, Laboratorium Scena; 13.12.2025

OracleOracle23 grudnia 2025
Celebrare Noctem Fest X; Alter Schlachthof, Wels, Austria; 5 – 6 grudnia 2025;Relacje

Celebrare Noctem Fest X; Alter Schlachthof, Wels, Austria; 5 – 6 grudnia 2025;

ŁysyŁysy16 grudnia 2025
Owls Woods Graves, Above Aurora, Garota; Krosno, Rock Klub Iron; 29.11.2025Relacje

Owls Woods Graves, Above Aurora, Garota; Krosno, Rock Klub Iron; 29.11.2025

PathologistPathologist2 grudnia 2025

Skomentuj