Że w Rzeszowie dostajemy dwa bardzo dobre koncerty dzień po dniu? Jest to nieco podejrzane! Niemniej jednak w ostatni weekend stało się prawdą. Wszak w piątek mieliśmy koncert Clairvoyance, natomiast na sobotę zaplanowano gig Lasu Trumien. I wspaniale.
Nie wiem jednak dlaczego ubzdurałem sobie, że sobotni gig będzie odbywał się w Rzeszowskich Piwnicach. Jako, że już i tak byłem spóźniony, a chciałem obejrzeć Odyum, wbiłem na pewniaka do klubu, szczególnie że słyszałem dochodzącą ze środka muzykę. Zapłaciłem za bilet, kupiłem szybko piwko i zacząłem rozglądać się za znajomymi mordkami. Nie znalazłem żadnej, a dźwięki ze sceny zaczęły układać się w coś, co zgoła nie było sludgem ani corem. Mocno skonfundowany podszedłem do stolika z merchem, a tam naszywki i koszulki… Zenka Kutapasy. Szybki risercz w telefonie i co się okazało – Las Trumien owszem, gra w Rzeszowie, ale ponownie w Pubie Spółdzielczym. Wybiegłem więc jak poparzony i skierowałem się na ulicę Fredry!
No i gdy przekroczyłem próg Pubu Spółdzielczego to Odyum już w zasadzie kończyło swój set. Załapałem się tylko chyba na dwa ostatnie numery, bardzo spoko granie, mocno podbite hardcore punkiem jak na moje ucho. Solennie obiecuję sprawdzić całość.
Zakupiłem piwko, poszwędałem się i pogaworzyłem, odwiedziłem merchyk, zakupiłem co nieco, co nieco dostałem (pięknie dziękuję!) i hop siup – na scenie zaczął instalować się Las Trumien. Jako szalikowiec tej grupy, znający i bardzo lubiący ich od debiutanckiej EPki, w chuj się cieszyłem na ten koncert, szczególnie, że nie dane było mi zobaczyć ich, gdy grali w Rzeszowie jakiś czas temu. No i zaczęli. Oczywiście Wojciech na scenie już się nie zmieścił, ale spoko – podłoga niemal nos w nos z publiką była idealna do odgrywania roli szemranego typa rzucającego opowieściami o seryjnych mordercach i morderczyniach. Już wspominałem, że czyje teksty jak czyje, ale Lasu Trumien to większości znam na pamięć, efektem czego jeszcze do wtorku mam srogą chrypę. No a zespół jak to oni – rozjebali system swoim doom/stonerem. Zaczęli od „Klanu”, a potem polecieli chyba z nowym numerem ze splitu z O.D.R.A. (nowych było łącznie chyba dwa). Usłyszeliśmy też starocia z EPki w postaci „Bandaże i szmaty”, piosenkę o akcie znanym jako „Irrumatio”, „Cmentarz Miłostowo”, przy którym darłem ryja jak pojebany, „Arszenikową Damę” (ta sama sytuacja)… No prawda jest taka, że czego by nie zagrali, to czegoś by brakło niestety. Ale jest to powód, by wbić na ich koncert przy kolejnej okazji. Sobotni występ był doprawdy wyborny, energia ze sceny i pod sceną. Żal było ich puszczać do domu, ale co począć.
Po gigu Lasu Trumien piweczko i pogaduszki na backstejdżu w bdb towarzystwie. I właśnie z uwagi na nie spóźniłem się nieco na koncert O.D.R.Y. Nic nie mam do chłopaków, ale to jednak Las Trumien widziałbym jako zamykający koncert – z drugiej strony jakichś wybitnych różnic w trwaniu setu nie było więc co mi tam. O.D.R.A. porusza się w bardziej sludge’owych klimatach, jednakże stylistycznie naprawdę bardzo fajnie ta trasa się spinała. Choć faktycznie muzyka ostatniego zespołu tego wieczoru była brudniejsza i bardziej niepokojąca. Sytuacja znów ta sama – czyli instrumentaliści na scenie, gardłowy z publiką. Tomasz może mniej „biegał” pod tą sceną, raczej wieszał się na mikrofonie i tak wyrzygiwał sobie kolejne wersy. Niemniej jednak i ta horda wypadła na żywca bardzo dobrze.
A po wszystkim – integracja, wspólne zdjęcia i ploteczki. Piwka znów wjechały i ulotniłem się wraz z Romanem chyba w dobrym momencie, bo jeszcze jedno Ósemkowe i rano miałbym problem z berecikiem – a tak – wstałem zdrów jak ryba. I fajny to był koncert, zdecydowanie polecam wszystkie trzy kapele z tego zestawu. I do następnego!




