Wydawca: Selfmadegod Records
Nuclear Holocaust proszę państwa po raz kolejny uderzył z materiałem trwającym mniej niż pół godziny i pozamiatał mną równie dobrze, jakby trwał godzin sześć. Takie rzeczy się chwali, nie ma to tamto!
A to już trzeci krążek świdnickiej grindowej komandy. Jakbyście czytali recenzję w „Teraz Rocku” albo „Metal Hammerze” to niechybnie musiałbym wspomnieć coś o syndromie przełomowej trzeciej płyty. Ale czytacie Chaos Vault, więc taki chuj, trzy to ja piwka wypiłem podczas słuchania „Sailing the Seas of Nuclear Waste” i bardzo mi z tym dobrze, nie po to Piłat uwolnił Barabasza, żebym se miał piwka z tej okazji nie sieknąć. A wracając do Nuclear Holocaust – wszystko po staremu. Po staremu grindowemu nawet, bo jak pewnie dobrze wiecie, zespół jakoś tak najlepiej się czuje w grind corze, który jakoś tam się odwołuje do klasyki. A że idzie lato to czuję, że będą się u mnie częściej kręciły płyty z muzyką tego sortu. Szybciutko, bujająco, z jajem i do przodu. Bez niepotrzebnych zwolnień, lalusiowania, kombinowania. Rzec by można, że na pełnej kurwie wypłynęli na nuklearnego przestwór oceanu i zatrzymają się dopiero, jak się im zachce. Bo ja na przykład odpalam sobie ten album, więc na mnie niech nie liczą, niech sobie żeglują, na zdrowie. Oczywiście ktoś powie, że jeśli słyszał jeden album Nuclear Holocaust to tak jakby słyszał wszystkie, ale komu to przeszkadza i gdzie tu wady? Ja lubię i wracam.
A teraz będę miał jeden materiał do wracania więcej. Nuclear Holocaust cały czas jest w formie, więc zdecydowanie polecam ich najnowsze dzieło.
Ocena: 9/10




