Wstęp

Na początku spoiler: tak, tegoroczna edycja Mystic Festival podobała mi się mimo wszystko równie dobrze, co poprzednia… Czy będę chciał uczestniczyć w kolejnej ? Zapewne tak, bo jak to bywa w przypadku takich dużych festiwali ZAWSZE coś ciekawego musi się pojawić, co od zawsze chciałem zobaczyć na żywo. I to niekoniecznie z mojej muzycznej bańki…

Zanim przejdę do zespołów, czyli o terenie festiwalu słów kilka …

Tegoroczna edycja (jak i poprzednie w Gdańsku) odbyła się na dawnych terenach stoczni. Dla niewiedzących, to obecnie zagłębie imprezowe Trójmiasta, gdzie znajduje się masa klubów i knajp z żarciem i napojami wyskokowymi. Niestety, z roku na rok przybywa w pobliżu budynków mieszkalnych, dlatego co roku krąży plotka, że: to już ostatni raz w tym miejscu. Na szczęście organizatorom udaje się robić tu kolejne edycje. Jak? Nie wiem, ale niech robią to dalej, gdyż miejscówka jest to wspaniała.

Zmiany…

W tym roku zaszły pewne zmiany. Pojawiła się jedna duża scena. Dotychczasowa Desert Stage została przeniesiona na tyły klubu B90, dzięki czemu organizatorzy mogli ją powiększyć do rozmiarów mniej więcej sceny Shrine Stage (klub B90). I to było najlepsze posunięcie w tym roku. Rozluźniło to nieco przepływ ludzi, dzięki czemu mogli oni łatwiej (no nie do końca, ale o tym zaraz) dostać się do scen Sabbath (Drizzly Grizzly) i The Shrine Stage (klub B90). Natomiast w miejsce starej lokacji Desert Stage pojawiło się Mystic Talks, gdzie w przerwie (bądź w trakcie) koncertów można było uczestniczyć w panelach dyskusyjnych. Przebudowano też nieco Park Stage. Scena stała się wyższa, ciekawej oświetlona i w tym roku też zdecydowanie lepiej – jak dla mnie – nagłośniona.

Narzekanie…

Jednak nie wszystko okazało się funkcjonalne. Nie wiem czy dobrze widziałem, ale mimo sporej liczby narzekań internetowych fighterów, że co to za festiwal bez headlinera (a King Diamond to nie headliner?), tegoroczna edycja pobiła chyba frekwencyjny rekord, bo jak inaczej tłumaczyć te wszystkie tłumy i ścisk w The Shrine Stage i Sabbath Stage? To generowało niestety niebezpieczne sytuacje, zwłaszcza jeśli chodzi o Sabbath Stage. Nie powiem, miałem swoją taktykę i dzięki niej udało mi się obejrzeć z bliska Hellripper i Archgoat, ale co miały zrobić pozostałe dziesiątki osób, które były głodne kozła i black speed metalu? Obejść się smakiem. Niestety, dobór kapel i przypisanie ich do scen klubowych było totalnym błędem organizatorów: albo ktoś przestrzelił albo stwierdził, że jakoś to będzie. Ścisk, duchota i jedno wyjście z Sabbath Stage ubiło zapewne masę koncertów, które niespodziewanie chciały bić rekordy frekwencji… 

Edit: po napisaniu powyższych słów pojawiło się info od organizatorów, że w miejsce Sabbath Stage zagoszczą spotkania Mystic Talks i projekcje z cyklu VHS Hell, natomiast w dotychczasowe sceny Shrine i Desert podzielone zostaną koncerty artystów ekstremalnych i kultowych, planując je tak, by zobaczyło je jak najwięcej ludzi. Natomiast na ulicy Elektryków powstanie nowa scena, bardziej awangardowa. Brawo!

Przydałoby się też w końcu coś zrobić z przepływem ludzi, którzy ze scen Desert, Sabbath udają się np. na Main Stage mijając Park Stage. Niestety przy koncertach generujących większe obłożenie przejście staje się niemal niemożliwe i pędząc np z jednego na drugi koncert można po prostu nie zdążyć by załapać się na zespół grający na głównej scenie.

Pozostałe atrakcje…

Strefy żarcia i picia pozostały bez zmian. Spokojnie można było coś zjeść w hali W4, przychillować na chillout zone na leżaku obserwując na ekranie właśnie trwające koncerty popijając piwko, tudzież szamać niekoniecznie coś mięsnego, bądź kupić merch u jednego z wystawców. Można też było – jak w roku ubiegłym – obejrzeć projekcje z cyklu VHS Hell (filmy klasy B, C i Z) tym razem zlokalizowane w podziemiach hali W4, obejrzeć bogatą wystawę poświęconą Vader (foty, gadżety sceniczne i kolekcję maniaka zespołu, który posiadał dosłownie każde wydawnictwo zespołu włącznie z merchem – szacun!), pograć na gitarze, zadeklarować się jako dawca szpiku, wspomóc otwarte klatki czy też wioski dziecięce. Słowem wszystko to, co na większych festiwalach mamy obecnie i co sprawnie zabija czas w oczekiwaniu na kolejne koncerty… No właśnie, pora przejść do koncertów…

Koncerty...

Wzorem roku ubiegłego (jak i poprzednich edycji) zaznaczę, że nie widziałem wszystkiego. Sztuką jest obskoczyć każdy występ, obejrzeć i potem rzetelnie o nim napisać. Prawda jest jednak taka, że tegoroczna edycja Mystic Festival jakoś specjalnie nie powaliła na kolana, jeśli chodzi o muzyczny skład. To oczywiście moja perspektywa. Ktoś inny stojący u mojego boku zapewne by powiedział, że się grubo mylę, bo tegoroczna edycja była zajebista i w ogóle najlepsza ever… Być może, dyskutować nie zamierzam. Mimo to wśród ponad dziewięćdziesięciu artystów znalazło się ponad dwudziestu, których chciałem zobaczyć bez względu na to jaki gatunek metalowej (bądź nie) sztuki uprawiają. Choćby po to, by utwierdzić się w swoich przekonaniach, że są zajebiści, nieźli bądź też najzwyczajniej w świecie po prostu chujowi…

WARM UP - 4 CZERWCA
PARK STAGE: 

DIVING STOVE / ALCEST / WHITECHAPEL / JERRY CANTRELL / EXODUS

THE SHIRNE STAGE: 

MARTWA AURA / HIDEOUS DIVINITY / MIDNIGHT / THE KOVENANT / COMBICHRIST

MONSTERY ENERGY DESERT STAGE: 

BURNER / CASTLE RAT / UNPROCESSED / HALOCENE / INHUMAN NATURE

SABBATH STAGE: 

INTREPID / SOULBURN / WITCH CLUB SATAN / ZEMIAL / BEWITCHER

Tegoroczna edycja rozpoczęła się dla mnie od koncertu Martwej Aury. Nigdy mocnym fanem zespołu nie byłem, ale jeśli gdzieś tam leci w tle ich muzyka też mi to nie przeszkadza. Natomiast to co zobaczyłem na scenie chciałbym zdecydowanie przemilczeć. Rozumiem, że kłopoty ze sprzętem się zdarzają, a co za tym idzie jakieś obsuwy powstają. Jednakże to co pokazała Martwa Aura na tym występie można by przyrównać do tych memicznych hordes z youtuba, które choć mocno się starają grać zajebiście, to jednak wypadają zdecydowanie tragicznie. I taki też występ Martwej Aury był. Sorry Panowie, nie z takim black metalem do ludzi… Nic nie grało na tym występie, nawet solówki… Może inaczej, każdy grał po swojemu, przez co wszystko się rozjeżdżało w cztery strony świata… Bieda, totalna bieda…

Stwierdziwszy, że jednak nie chce mi się oglądać tego dramatu postanowiłem udać się na Park Stage by chwilę posłuchać Alcest. Już wiem, dlaczego mimo fascynacji na pewnym etapie wszystkim co miało przedrostek post nigdy fanem tego zespołu nie zostałęm… Kompletnie nie moja bajka muzyczna, choć przyznam, że osobiście wolałem, jak Neige pogrywał sobie w Les Discrets, na które x lat temu miałem lekkie parcie. Patrząc jednak po ilości ludzi na tym koncercie stwierdzam, że musiał to być całkiem niezły – dla widzów tegoż oczywiście – set koncertowy. 

Utwierdzony w przekonaniu, że jednak Alcest jest be, udałem się na Desert Stage, gdzie lada moment miał zacząć swoje show Castle Rat. Tutaj mnie ciekawość mocno zżerała i to nie ze względu na półnagą wokalistkę ale na to, jak ten zespół po prostu wypadnie na żywo. Obawy były bezzasadne, bo Castle Rat umie w show. Nie dość, że wjechali wręcz przebojowym “Dagger Dragger” to jeszcze zrobili to tak, że poczułem ostrze miecza The Rat Queen na swoim karku. Wszystko się zgadzało, od pracy całego zespołu, przez wokale, aż po performance sceniczny. Nie dziwię się, że mimo padającego deszczu zespół ten zebrał naprawdę sporą publikę, która moknąc oglądała tą niemal baśniową sztukę na żywo…

Równolegle na do koncertu Castle Rat na Shrine stage produkował się Hideous Divinity. Postanowiłem więc przejść jeszcze na końcówkę tego występu i stwierdzam, że to nie był udany krok. Kumam popularność niektórych zespołów, rozumiem też zróżnicowane gusta muzyczne ale nie… żałuję, że odpuściłem sobie oglądanie Castle Rat do końca…

Przed Midnight chciałem jeszcze obejrzeć na scenie Witch Club Satan, ale niestety nie udało mi się dopchać do Sabbath Stage, gdyż ilość ludzi tam wciśnięta skutecznie mi to uniemożliwiła. Podobno było co żałować, bo Panie – poza tym, że były topless – odwaliły podobno kawał niezłej sztuki… Cóż, pozostało mi obejść się smakiem. Jednak dzięki temu mogłem zająć dogodną pozycję przed Midnight… I cóż mogę więcej powiedzieć: w końcu się doczekałem, by obejrzeć ich na żywo. Oczekiwań nie miałem wręcz żadnych, ale był to zdecydowanie najlepszy koncert pierwszego dnia festiwalu. Poleciały niemal same killery od “Fucking Speed and Darkness” przez “Black Rock’n’roll”“Evil Like a Knife” czy w końcu też – a jakże! – “You Can’t Stop Steel”Midnight na żywo to prawdziwa petarda, która na żywo po prostu rozrywa na strzępy i sprawia, że noga sama chodzi… Taki black’n’speed to ja rozumiem…

Na strzępy natomiast nie rozerwał The Kovenant… Pisałem, że Martwa Aura to była bieda? To The Kovenant to był istny, kosmiczny kabaret, którego nie dość, że nie dało się słuchać to tym bardziej oglądać. Ja kumam, że na przełomie wieków klawiszowy / industrialny metal święcił triumfy, ale The Kovenant tego wieczoru zdecydowanie zabiło… Nie dość, że wszystko brzmiało sztucznie, wręcz kartonowo, to jeszcze wokalnie wypadło gorzej, niż przemówienia Senyszyn na wiecach przedwyborczych… Kochani… jak będzie okazja, nie idźcie tą drogą i nie oglądajcie The Kovenant na żywo, bo zrobicie sobie tym krzywdę… 

Na szczęście, tuż obok miał zacząć grać Bewitcher udałem się więc czym prędzej na Sabbath Stage ratując się od tej kosmicznej tragifarsy. I to był zajebisty wybór, bo Bewitcher zagrał o kilka aeonów lepiej. Dosłownie, muzyczna przepaść. No ale, jak na tapetę ponownie wszedł black / speed to nie ma co się dziwić. Amerykańce zdecydowanie umieją w ten gatunek, a dowodem tego był właśnie ten koncert, bo nie trzeba wizualizacji, wymalowanych ryjów i klawiszy, by rozjebać publikę. Świetny secior z diabelskim jajem. Zdecydowanie polecam na żywo… 

Po Bewitcher zmierzając ku bramom wyjściowym festiwalu zahaczyłem jeszcze o Exodus i tutaj po raz kolejny mogę śmiało powiedzieć: The Kovenant powinien darować sobie występ i iść właśnie na koncert Exodus by zobaczyć i nauczyć się, jak mimo wieku i stażu scenicznego, powinno się grać koncerty. Można? Można.

DZIEŃ PIERWSZY - 5 CZERWCA
MAIN STAGE: 

IMMINENCE / EAGLES OF DEATH METAL / BULLET FOR MY VALENTINE / IN FLAMES

PARK STAGE: 

DEFECTS / POLARIS / TURBONEGRO / SUICIDAL TENDENCIES / PERTURBATOR

THE SHRINE STAGE: 

TOTENMESSE / ABSU / NILE / BEHERIT / ORANSSI PAZUZU

MONSTER ENERGY DESERT STAGE: 

RICKSHAW BILLIE’S BURGER PATROL / DOPETHRONE / UFOMAMMUT / ELDER / DRAB MAJESTY 

SABBATH STAGE: 

LAST PENANCE (PL) / THAW (PL) / SPLIT CHAIN / SIM / LUNA KILLS / PRIDIAN

Czwartkowe koncertowanie rozpocząłem od ABSU, a nie jak wcześniej planowałem na Totenmesse. Ich zobaczę zapewne przy jakieś okazji, natomiast ABSU nie widziałem z dobre pięć jak nie sześć lat w Wydziale Remontowym. Proscriptor McGovern po prostu rządzi. Koleś petarda na scenie, a jak miejscami już zaciągnął w wyższych rejestrach wokalnych to już w ogóle miazga. Nie jestem uber mega fanem tego zespołu, ale na żywo zawsze chętnie zobaczę i Wam też polecam…

Ufomammut widziałem dosłownie przez chwilę, ale ile się tam nawdychałem różnych oparów, tak chyba raz dane było mi przeżyć taki efekt na koncercie Brujeria na Brutal Assault w 2015… Odpowiednie stężenie, że tak określe – klimatu – wiernie oddało to, co działo się na scenie. Ciężka, ale o dziwo lekko przyswajalna psychodela, która miejscami działała jak niezły produkt zielarski powodując przeniesienie do innego wymiaru… Fajne, ale za dużo zielonego spowodowało, że wolałem przenieść się na dużą scenę, by obadać Eagles Of Death Metal. I w sumie kurna nie wiem co mam sądzić o tym zespole… Nic mi się w nim po prostu nie podobało i nie bynajmniej na gatunek muzyczny jaki ten zespół wykonuje, ale po prostu występ ten był dla mnie nijaki.. Po prostu taki se…

Darowałem sobie więc dalsze oglądanie tej gwiazdy i przeniosłem się na Park Stage, gdzie swój koncert miał zagrać niebawem Turboneger (czy jak kto woli Turbonegro). Kurwa, uwielbiam typów zwłaszcza za “Ass Cobra” i “Party Animals” i nie mogę przeboleć tylko jednego, że był to show bez Hanka Von Helvete, który gdzieś tam w czeluściach piekła / nieba wciąga koks z Elvisem… Nie mniej oddać trzeba Tony’emu Sylvester’e, że umie w performance, więc takie hity jak “City Of Satan” czy też “All My Friends Are Dead” i oczywiście klasyk nad klasykami “I Got Erection” zabrzmiały naprawdę zajebiście. Taki punk rock to ja rozumiem, a nie jakieś tam Anioły metalu śmierci…

Po koncercie Turbonegro przeniosłem się od razu na Desert Stage, by tam oczekiwać pierwszego, najważniejszego koncertu tej edycji. Mianowicie Beherit… Rok temu byliśmy z Oraclem na praskim koncercie i po dziś dzień wspominam to wydarzenie jako jedne z najlepszych sztuk koncertowych na jakich dane mi było być. Czy Mysticowy koncert przebił ten praski? Nie, ale nie oznacza to, że było źle. Było wręcz zajebiście. Kiedy wjechało takie “Black Arts” otworzył się portal do piekielnych galaktyk, gdzie gigantyczne czarne dziury są portalami do innych, piekielnych wymiarów w których istnieje nieskończenie potężne w swej mocy, zło. Brzmienie zmiażdżyło jak supermasywna czarna dziura swoim przyciąganiem, a wokal Nuclear Holocausto Vengeance był przekaźnikiem, przez które przemawia sam Diabeł. Totalna miazga czaszki. “Sadomatic Rites”, “Witchcraft” czy w końcu “Gate Of Nanna”… I wszystko jasne. Tak, to był zdecydowanie pierwszy strzał tego festiwalu.

Dlatego nie wiem kompletnie co mną kierowało, by wybrać się potem na In Flames… Kurwa, dlaczego ja to zrobiłem. Nie wiem, ale widocznie kierowała mną ciekawość, która poprowadziła mnie na manowce. Starałem się, ale nie dałem niestety rady ustać nawet kawałka na tym zespole, ale ilość ludzi która zebrała się, by zobaczyć Szwedów pokazała, że tego rodzaj muzyki jest nadal – ekhm – w modzie… No i okej, kto co lubi…

Na szczęście z detoksem przyszedł występ Drab Majesty. Moje ulubione, totalne guilty pleasure. Po sześciu latach oczekiwań ponownie udało mi się zobaczyć twórców “The Demonstration” i był to kapitalny set i przede wszystkim mocno energetyczny, choć nie pozbawiony tego charakterystycznego, nieco senno-pościelowego vibu. “Dot In The Sky”, “Oxytocin”, “Foreign Eye”, “Interlude”, “Ellipsis”, “Long Divison”, “Cold Souls” no i na koniec wielbione przeze mnie jak pojebion “39 by Design”… magia, zupełnie inny wymiar przyjemności, który wjechał w krwioobieg niczym dobre prochy…

Kończąc ten dzień idąc do wyjścia zahaczyłem jeszcze o występ Perturbator i powiem jedno: Park Stage zamienił się tej nocy w mroczne królestwo dark / synth wave’u, które niosło się w stronę Głównego Gdańska… tak, ten występ zdecydowanie nie pozwolił zasnąć mieszkańcom przystoczniowych blokowisk…

DZIEŃ DRUGI - 6 CZERWCA
MAIN STAGE: 

GREEN LUNG / JINJER / OPETH / KING DIAMOND

PARK STAGE: 

STRAY FROM THE PATH / HATEBREED / CRADLE OF FILTH / W.A.S.P. / THE BUG

THE SHRINE STAGE: 

SPHERE (PL) / CELESTIAL SANCTUARY / SIGNS OF THE SWARM / CHAOTIAN / ARTHUR BROWN

MONSTER ENERGY DESERT STAGE: 

HEAVE BLOOD & DIE / FAETOOTH / COBRA THE IMPALER / EYEHATEGOD / BLINDEAD23

SABBATH STAGE:

THANTIFAXATH / HELLRIPPER / ARCHGOAT / GRAPHIC NATURE / HÉR (PL) / TRACES TO NOWHERE

Trzeci dzień festiwalu nie był znów specjalnie absorbujący jeśli chodzi o łażenie na koncerty. W kajecie miałem zapisane tylko pięć zespołów. Mogłem więc spokojnie chillować i nigdzie się nie spieszyć. Na pierwszy strzał poszedł Thantifaxath, którego co prawda nie słuchałem nigdy, ale z opisu festiwalowego zdawał się być ciekawy… No właśnie, byłem posłuchałem przez chwile i wyszedłem. Nie tego się spodziewałem. Znaczy lubię pojebane dźwięki, zwłaszcza takie, które produkuje dajmy na to Imperial Triumphant, ale jednak Thantifaxath tego dnia mnie do siebie nie zdecydowanie nie przekonał. Zbyt dużo w ich muzyce było upakowane, by można było to spokojnie rozkodować na poszczególne warstwy i gatunki. Może to nie był ten dzień? A może po prostu nie ten vibe avangardy? Nie wiem…

Wiem jednak, że w ten dzień czekałem na pewno na Hellripper. Wycwaniłem się, bo stwierdziłem że mając dużo czasu mogę go też poświęcić na zajęcie dogodnej pozycji przed obleganym i zawsze nabitym pod korek Sabbath Stage. A sam koncert Hellripper? No cóż, pierdolona dzicz moi drodzy matkojebcy! Było szybko, było brutalnie. W kotle pod sceną gotowało się tak, że aż zaczęło kipieć, a na scenie chłopaki z James’em McBain’em z minuty na minutę pozbywali się resztek wody ze swych organizmów wylewając kolejne hektolitry potu bawiąc publikę zajebistym black / speed metalem… Ofiar śmiertelnych po koncercie nie było, ale siniaków na pewno przybyło u niektórych bardzo dużo…

Po koncercie stwierdziłem, że trzeba się ewakuować z tej duchoty, ale kiedy zobaczyłem lejący deszcz postanowiłem jednak zostać. I była to najlepsza i przede wszystkim zajebista decyzja, gdyż na Archgoat dojebało tyle ludzi, że ledwie mogłem przechylić puchar z bezalkoholowym piwskiem. No ale chuj tam z piwem. Kiedy zobaczyłem ledwo stojącego Rainer’a Puolakanaho na scenie wiedziałem już, że będzie grubo… No i było i to nawet bardzo. Już pal licho, że zdążyłem z piętnaście raz spocić się jak świnia, wyschnąć i znowuż spocić jak świnia, ale stwierdzam, że skoro nawet najebany na scenie Rainer daje radę w tej pierdolonej duchocie to i ja też radę dam. No bo graj dla kozła ten pierdolony death / black metal, stój przez 40 minut i nie upadnij to trzeba być jednak zajebistym zawodnikiem. Sam set? Rozpierdolił jak zawsze. Z resztą za każdym razem kiedy widziałem Archgoat na żywo nigdy nie zawodził (pominę koncert z Ondskapt w Krakowie lata temu, ale to był wypadek przy pracy), a tutaj mieliśmy kumulację: gorąco jak w piekle, nie tyle co w samym klubie, ale i na scenie. Nawalony Raine’r i tona publiki pod sceną, która gdyby wybuchł pożar spłonęła by jak stado owiec w czeluści piekła… Zniszczenie, totalne zniszczenie. Tutaj należą się brawa dla obsługi festu, która przy pomocy ochrony rzucała butelki z wodą dla ludzi by mogli uzupełnić płyny. I tak, to był zdecydowanie drugi strzał tego festiwalu., bezapelacyjnie od początku, do samego końca…

Trzeba było więc się odchamić na W.A.S.P. … ale zanim to nastąpiło, poszedłem zerknąć jeszcze przed przerwą na Cradle Of Filth. To było moje drugie zderzenie na żywo z tym zespołem. Pisząc zderzenie, mam na myśli, że było kolejny raz chujowe doświadczenie. Owszem, za gnoja słuchałem, ba! Nawet lubiłem, sentyment też jakiś mam, ale obecnie ten zespół to dla mnie kabaret, a na scenie to już w ogóle jakieś nieporozumienie. Rozumiem jednakże nostalgię niektórych, rozumiem też ultrafanów, którzy by stwierdzili, że chuja się tam znam… No i może się nie znam, co nie wyklucza tego, że obecnie Cradle Of Filth to cień zespołu, który kiedyś był w formie, a teraz po prostu produkuje, bo przecież kasa ze Spotify się nie zgadza…

Wolałem więc coś zeżreć w W4, a jako deser wybrałem sobie W.A.S.P.. Nie, żebym tam był jakimś specjalnym fanem, ale jak tu się nie bawić ze swoją dupeczką na takim “I wanna be somebody” czy też “L.O.V.E. Maschine” albo nie strzelić przytulańca na takim “Sleeping (in the Fire)”…?! Pomijając to, że Blackie Lawless zażyczył sobie, by wyłączyć ekran na scenie podczas występu (przecież i tak wszyscy wiedzą, że jest w chuj brzydki), to stwierdzam, że W.A.S.P. na scenie pomimo tej lekkiej kiczowatości dało czadu. Odnoszę tylko głupiewrażenie, że miejscami coś musiało lecieć na wsparciu z playbacku… ale jak mówię, to tylko moje wrażenie…

No i przyszła w końcu pora na King’a Diamond’a. Koncert w 2013 roku w Warszawie to było zajebiste przeżycie, bo nie dość że King odwalił totalne show, to jeszcze nad stolicą szalała burza, co tylko dodało klimatu temu występowi. Tego dnia jednak w Gdańsku burzy nie było, ale show już tak. Forma Petersena była tego dnia naprawdę fenomenalna. Wiadomo, że już dobijając do siedemdziesiątki nie wyciągnie takich rejestrów jak trzydzieści lat temu, ale przy wsparciu Hel Pyre (m.in. Afterblood, Nervosa) poradził sobie naprawdę zajebiście.”Halloween”, “Voodoo”, fenomenalne jak dla mnie “Sleepless Nights”, “Welcome Home” czy też w końcu “Abigail”… no setlista marzenie (szkoda tylko braku “The Family Ghost”)… Dorzućmy do tego cały ten performance, przejścia między utworami, całe to przedstawienie z aktorką na scenie (tutaj “Two Little Girls”) przypominającej szpital psychiatryczny z wrotami do piekieł (pieca?) i mamy kompletne show… I jeszcze zmiana masek przez samego King’a zgodną z tematyką utworów… To naprawdę mogło się podobać i tak było w rzeczywistości. King Diamond tego dnia stał się prawdziwym headlinerem całego festiwalu. Trzeci strzał tego festu został więc zaliczony.

DZIEŃ TRZECI - 7 CZERWCA
MAIN STAGE: 

LANDMVRKS / DARK TRANQUILLITY / APOCALYPTICA / SEPULTURA

PARK STAGE: 

EMPLOYED TO SERVE / PALEFACE SWISS / VADER „LITHANY” (PL) / BLOOD FIRE AND DEATH TRIBUTE TO BATHORY / TIAMAT

THE SHRINE STAGE: 

GROVE STREET / SKELETAL REMAINS / DEATH ANGEL / MUNICIPAL WASTE / I AM MORBID „DOMINATION”

MONSTER ENERGY DESERT STAGE: 

BAD TOUCH / BOKASSA / SLOMOSA / PENTAGRAM / JOHN CXNNOR / 

SABBATH STAGE: 

EMBLA / KATLA / CABAL / MØL / PLAGUEMACE

Ostatni dzień, postanowiłem od biedy rozpocząć od Skeletal Ramains. Dlaczego od biedy? Ano dlatego, że sobota okazała się dla mnie tym dniem, którego w ogóle mogłoby nie być na tym festiwalu. Niestety stężenie ciekawych zespołów do zobaczenia w tym roku nie powalił, a ja przyznam nie miałem ochoty na eksperymenty. Wracając do Skeletal Remains. No to przyznaję, panowie w pierwszych taktach dorzucili grubo do pieca. Takim staroszkolnym, mocno osadzonym w klimatach takiego chociażby jak Asphyx czy to Obituary. Muzyka w sam raz jak dla mnie do młócenia na festiwalowych scenach. Jako wypełniacz czasu sprawdził się więc doskonale, ale czy bym słuchał z namiętnością w domu, to już nie koniecznie.

Kolejny zapisany przeze mnie w kajecie zespół do zobaczenia wjechał na Park Stage. Dosłownie. Jak słyszy się takie “Cold Demons” to od razu ryj się cieszy. Vader. No i przyznaję. Odsłuchać całe “Lithany”, które obchodzi w tym roku ćwierćwiecze to było coś. Nigdy nie byłem specjalnym fanem Vadera, rozumiem jednakże wkład tego zespołu w polską scenę, a jak już napisałem “Cold Demons” było tym utworem właśnie, który na “Lithany” wielbiłem najbardziej. Set jak przystało na Generała wjechał bardzo ładnie w rejestry słuchowe. Vader w formie, tyle powiem. No i Mauser na scenie. Nostalgia co poniektórym na pewno wjechała…

Następny w kolejce był dla mnie Pentagram. Niektórzy starzeją się przeokrutnie, inni zaś trzymają się zakonserwowani wręcz niewiarygodnie dobrze. Czy to zasługa doboru / mieszania używek, zapewne tak. Jedno jest dla mnie pewne Bobby Liebling to jest gość. Patrzysz na niego i chcesz wyglądać za te 30 lat jak on. Pełen energii ze spojrzeniem które zabija… Morda mi się równo cieszyła patrząc na tego typa jak porusza się na scenie mimo wieku i jak potrafi porwać publikę… A sam występ Pentagram? Petarda. Świetny doom, który tego dnia jechał latami ‘70 równie dobrze, jak wszędobylskie podczas tego występu zielona lekarstwo he he… 

Nie obejrzałem jednak do końca tego występu, gdyż postanowiłem przenieść się na Park Stage, by tam zająć taktyczne miejsce przed koncertem Blood Fire And Death (A Tribute to Quorthon and the Music of Bathory). Tak, wiem. Dla niektórych w ogóle nie powinno być tego koncertu. No bo jak to można taki kult gwałcić wyciągając kasę od ludzi. Dla innych wręcz przeciwnie, było to coś niemal mistycznego przeżyć odegrane na żywo kawałki tego kultowego zespołu. Ja potraktowałem to jako hołd oddany przez muzyków obecnie tworzących norweską i szwedzką mainstreamową scenę black metalową. I oglądało mi się ten koncert naprawdę zajebiście dobrze. Wrażenie zdecydowanie robiła scena, która została przyozdobiona potężną repliką obrazu „Åsgårdsreien” Petera Nicolai Arbo. Można było poczuć dzięki temu ducha wydawnictw Bathory… a na samej scenie? Był panie ogień, oj był i to dosłownie. Eryk z Watain, Apollyon i Blasphemer z Aura Noir, Faust z Djevel, Attila z Mayhem, Ivar Bjørnson z Enslaved czy też pierwszy basista BathoryFredrick Melander… Skład mógł się podobać, a wykony Ericka, Attili czy też Apollyona to czyste złoto wokalne. Takie “Sacrifice” czy też “Call From The Grave” wręcz miażdżyły, że nie wspomnę o takim “Blood Fire Death” i “Enter the Eternal Fire”… Naprawdę świetny koncert, wart obejrzenia od początku do końca. Na scenie pojawił się jeszcze Nergal i był to, obok kobiecego chóru, jeden z najsłabszych elementów tego koncertu. Niestety, Nergal nie był wstanie nie tyle co udźwignąć legendy Bathory, co po prostu nie dorównał do pięt wokalnie Erikowi czy też Atilli

Ostatnim koncertem tego dnia była dla mnie Sepultura, którą wystałem dosłownie cztery minuty z hakiem… No nie, nie jestem w stanie kupić tego zespołu w tej formie…

Podsumowanie...

Mimo małej jak dla mnie ilości zespołów do zobaczenia, tegoroczna edycja Mystic Festiwal była naprawdę udana. Świetnie było obejrzeć po raz kolejny Beherit i Archgoat, które to były dla mnie strzałami festu (plus rzecz jasna Drab Majesty). Świetnie wypadł King Diamond jak i Blood Fire And Death (A Tribute to Quorthon and the Music of Bathory). Kapitalnym zaskoczeniem okazało się natomiast Castle Rat, które mam nadzieję zobaczyć kiedyś klubowo. Generalnie patrząc na fanów będących na tej edycji festiwalu i słuchając opinii o tejże wnioskuję, że był to festiwal pełen nostalgii (patrz Blood Fire And Death) i wymiany pokoleń (Sepultura czy też In Flames)… Czy czekam na kolejną edycję? Jak najbardziej! Czy mam oczekiwania względem składu? Liczę, że organizatorzy zaskoczą…

Łysy
1026 tekstów

Grafoman. Fan śmierć, jak i czarciego metalu, którego słucha od komunii...

Death Is Not The End (Chapter Three); Wrocław, Klub Łącznik; 8 – 9.05.2026Relacje

Death Is Not The End (Chapter Three); Wrocław, Klub Łącznik; 8 – 9.05.2026

PathologistPathologist12 maja 2026
Asphyx, Mysthicon; Krosno, Rock Klub Iron; 21.03.2026Relacje

Asphyx, Mysthicon; Krosno, Rock Klub Iron; 21.03.2026

OracleOracle23 marca 2026
Impaled Nazarene, Witchfuck; Kraków, Klub Zaścianek; 14.03.2026Relacje

Impaled Nazarene, Witchfuck; Kraków, Klub Zaścianek; 14.03.2026

OracleOracle19 marca 2026

Skomentuj