Skip to main content

Jakby zespół nazwał się Radom, Świlcza, Kołobrzeg czy Lubartów to zaraz byłyby heheszki i co za gówno i że znów black metal o piciu wódki w bramie. Ale zespół nazwał się Mo’ynoq. Jak miasto w zachodnim Uzbekistanie. Ciekawe czy śpiewają o piciu wódki w Taszkiencie.

A co sprawiło, że wybrałem to promo spośród wielu innych? Okładka. Jakoś ten kadłubek z front coveru przykuł mój wzrok i stwierdziłem, że sprawdzę co kryje się w środku. To może szybkie streszczenie – kapela faktycznie pochodzi z USA i na dzień 5 września ma na koncie demo, EPkę i debiut, który został całkiem nieźle przyjęty patrząc po recenzjach. Stąd też podszedłem do „A Place for Ash” z zainteresowaniem. Kwartet obrał sobie za cel tworzenie black metalu, którego inspiracje leżą gdzieś w zimnej Norwegii, ale też zjebanej Polsce – bowiem tu i tam słyszymy echa Mgły. Ale też muszę Wam powiedzieć, że ten black metal jest dość… techniczny? Połamane struktury poszczególnych kompozycji, częste zmiany tempa, nagromadzenie riffów spokojnie dają mi rękojmię do obrony tego stwierdzenia. Album jest przy tym dość długi, czas trwania poszczególnych utworów waha się między sześcioma a jedenastoma minutami, mają więc panowie pole do popisu. Płyta oczywiście brzmi bardzo klasycznie, jak już wspomniałem Mo’ynoq wykreował na niej zimny i odhumanizowany klimat, w którym moim zdaniem czuje się dobrze. W niektórych momentach brzmi to wręcz jak jakiś depressive/suicidal black metal, tylko zagrany o wiele wiele szybciej. To skojarzenie przychodzi mi na myśl również ze względu na wokale, skrzekliwe i jak na mój gust – o dużym ładunku emocji. Gdzieś tam się też zdarza ryknąć głebokim growlem, ale to są sporadyczne przypadki i piszę o nich tylko by sztucznie wydłużyć tę recenzję, hehe. A tak na serio to po prostu kolejny przykład na to, że „A Place for Ash” to album złożony i wymagający od słuchacza nieco więcej uwagi. Jak natomiast wypada w mojej subiektywnej ocenie? Nie jest zły, przy czym nie wiem czy to jest coś, czego ja poszukuję w black metalu. Kapela wychodzi na pewno poza skorupę „grajmy jak XYZ” i raczej stara się poszukiwać, a przy tym komponuje album brzmiący jednolicie – i ta na pewno liczę im na plus. Czy będę do niego wracał? Raczej nie, a na pewno niezbyt często. Co nie przeszkadza mi docenić pracę Mo’ynoq.

A pewnie kilkoro z Was również stwierdzi, że akurat ten krążek może się podobać, bo co by o nim nie mówić – jest po prostu solidny. Pożyjemy, zobaczymy w którym kierunku to pójdzie. Daję im kredyt zaufania.

Ocena: 7/10

Tracklist:

1. Penance
2. Throes of Ardent Disposition
3. Effigies Adorned in Fire
4. Synchromysticism
5. The Beast That Mourned at the Heart of the Mountain

Oracle
17065 tekstów

Sarkazm mu ojcem, ironia matką i jak większość bękartów jest nielubiany. W życiu nie trzymał instrumentu w ręku, więc teraz wyżywa się na muzykach. W obiektywizm recenzencki wierzy w takim samym stopniu jak we wniebowstąpienie, świętych obcowanie i grzechów odpuszczenie.

Skomentuj