Wydawca: Burning Coffin Records
Kapela z Chile grająca metal totalny – czegoś więcej trzeba mi dostarczyć, żebym był kurwa zadowolony? Może i tak, ale podstawa już jest.
Szczególnie, że całość spadła na mnie dość niespodziewanie. Bo Morbid Cruelty ma na koncie jedynie demo, zatytułowane „Demo I”. Ale nie bójcie się, to nie żadni amatorzy – dwóch muzyków nakurwia równocześnie w takich hordach jak Atomic Agressor czy Perversor. Wiecie co jest fajne? Że wystarczy wymienić te dwie nazwy, byście już kojarzyli, co znajduje się na „Holodomor”. I jeśli pójdziecie za intuicją to wiele się nie pomylicie, bowiem Morbid Cruelty porusza się po prostu na niwie podziemnego metalu, gdzie trzonem jest death metal, ale owinięty jest w thrash metalowe czy nawet black metalowe patenty. Dzikość i surowość to dwie rzeczy, których nie można odmówić debiutanckiej płycie Chilijczyków. Nazw, do których można by porównać tę grupę jest od chuja i trochę. Pierwsze skojarzenie leci w stronę Grave Desecrator. Po części z uwagi na nieokiełznane riffy chłoszczące Was po dupie, po części za charakterystyczny wokal. Jak by nie patrzył na „Holodomor” to mamy do czynienia z materiałem, który definiuje się jako „jebany metal” dla ludzi w ramoneskach. Ten krążek jest tak oldschoolowy, że nawet scoverowali numer Incubus. I nie, nie tych co tam się ku bozi skłaniali. Tych co mieli w składzie Mike’a Browninga. Dla mnie wspaniały wybór. I to chyba najdoskonalej pokazuje, gdzie na metalowej mapie umiejscowić Morbid Cruelty.
To świetny debiut, ale w zasadzie po składzie zespołu trudno było oczekiwać czegoś innego. Death metalowy oldschool pełną gębą. Zapamiętajcie nazwę, bo za jakiś czas na pewno ktoś bardziej poczytniejszy ich nagle odkryje i zapyta „jakim cudem nikt w Polsce o nich nie pisał?!”.
Ocena: 8/10
Tracklist:




