Wydawca: Malignant Voices
Pamiętam, jak pojawił pojawił się pierwszy pełniak Martwej Aury, który choć nie odbił się wtedy szerokim echem (hype na niego przyszedł spory czas później), to mnie zmiażdżył totalnie. Dlatego z jednej strony poczułem dumę, że oto przyszło mi recenzować ich najnowszego, wydanego po niemal piętnastu latach, pełniaka, wydanego na piętnastolecie. Ale pojawiły się również obawy.
A wynikały one z absolutnej miłości, jaką darzę debiut, by nie rzuciła ona cienia na obecne dokonania zespołu. Na szczęście, jako człek dorosły, dojrzały, czcigodny, łagodny i miłosierny dostrzegłem, że to już było, i jest nowe. Inne od dawna, więc pora ruszyć dalej, coś jak z tą starą miłością z młodych lat. Dzięki temu byłem w stanie wypuścić zatęchłe, grobowe powietrze, by zaciągnąć się przytłaczającym odorem pustki oraz nihilizmu, jakim jest przeciągnięty „Lament”.
Pierwsze, co mi się rzuca w uszy, gdy obcuję z tym krążkiem, to ciężar. Poprzedni album, „Morbus Animus”, miał jeszcze w sobie tę turpistyczną atmosferę, której w „Lamencie” nie uświadczymy. Zamiast tego jesteśmy gnieceni, ale tak solidnie, riffami, które przetaczają się przez słuchacza, niczym czarny, bezduszny monolit pożerający dusze ofiar. Najmocniej tu czuć już w trzecim oraz kawałku, jak wjeżdża ten niosący holokaust riff po upływie niecałej minuty który powraca w pozostałej części utworów. Aż człowiek robi solidne UFF z wrażenia. Ładnie też wypada przełamanie furii sonicznej pogrzebowymi zwolnieniami, co podbija atmosferę końca istnienia. Są również solóweczki, na przykład w szóstym kawałku, gdzie melodyka wjeżdża taka, że sam Draconis pokiwałby głową z uznaniem. Do tego pełen bluźnierczej wściekłości wokal Grega, który wyrzyguje jedną blasfemię za drugą. Warto tu również wskazać, że płytę wieńczy kawałek „Morbus Animus II”, będący przełamaniem tematycznym, tego co działo się wcześniej. Muzycznie, to chyba najbardziej dopieszczony album Martwej Aury. Słychać każdy riff, dźgnięcie sztyletu zadawane przez bas, czy świetną pracę perkusji. Żyleta panie!
Mimo tego jednak muszę powiedzieć, że „Lament” nie zachwyca. Wspominałem na początku o duszącym ciężarze i choć z pewnością wiem, że sporej części z Was może on pasować idealnie, to jednak ja bardziej wolałbym ten smród, jeśli nie zgnilizny, to choć stęchlizny wionący z zapomnianych katakumb. Był on jeszcze obecny na „Morbus Animus”, ale tutaj już niemal całkowicie się ulotnił. Aura z Martwej stała się Aurą Nienawiści napędzaną pogardą oraz pragnieniem niszczenia wespół z bluźnierstwem, co niestety mi zgrzyta trochę, oraz na dłuższą metę nie zapada w pamięć, a szkoda.
Do marudzenia dorzucę jeszcze jedną rzecz: GDZIE TU JEST, DO KURWY NIEPOLICZALNEJ, LAMENT?
Ja wiem, że swoboda artystyczna, ale gdy dostrzegłem nazwę płyty oraz tytuły utworów, sądziłem, że oto będzie jakiś wyrzut wobec stwórcy, wobec świata, swoiste opłakiwanie czegoś. Tymczasem „Lament” jawi się bardziej, jako Manifest. Zniszczenia dotychczasowego porządku, bezlitosnej entropii. No spoko, ale nie ma tu, w mojej ocenie lamentowania. Choć może i jest, ale jestem zbyt prostacki, by to pojąć. Pech.
Dobra, pomarudziłem sobie, ale w ogólnym rozrachunku nowe dziecię Martwej Aury jest bardzo udane. To kawał kapitalnego black metalu, który z turpizmu przeniósł nacisk gdzie indziej, w efekcie czego warto dać mu szansę. Pozycja obowiązkowa.




