Wydawca: Malignant Voices Productions / Terratur Possession
Mānbryne swoim debiutem porozstawiał dwa lata temu black metalową scenę po kątach i chyba nie było recenzenta, który oceniłby „Heilsweg: o udręce ciała i tułaczce duszy” niżej niż „bardzo dobry”. Sam dałem maksimum tej płycie. Czyżbym nie przewidział, że wydadzą drugi album i nagle braknie mi skali? Bo ostatecznie po walce z samym sobą i spieraniu się, czy „Interregnum: o próbie wiary i jarzmie zwątpienia” jest lepsze czy nie zadecydowałem. Jest. A dlaczego – o tym teraz słów kilka.
Przede wszystkim czuć, że kwartet poczynił krok naprzód w stosunku do debiutu, który przecież i tak był wspaniały. Jak to uczynił? Nie wiem. Tak naprawdę nowy album eksploruje wytyczony już wcześniej kierunek. Udoskonala go. Wprowadza pewne nowe elementy, które na pierwszy rzut oka może i są mało znaczące, jednak przekładają się na fantastyczny odbiór całości. Tak jak poprzednio, te numery wspaniale płyną, są agresywne, ale zarazem przystępne – ja natomiast takie połączenie uwielbiam. Kiedy należy są wzniosłe, kiedy indziej intensywne lub wyciszone. Żonglowanie uczuciami na „Interregnum: o próbie wiary i jarzmie zwątpienia” to jest jakiś wyższy level pisania numerów i trudno mi sobie przypomnieć inny zespół, który robiłby to w ten sposób.
Do tego dochodzą wspomniane przeze mnie smaczki. Jest ich tu trochę, nie na tyle, by przeszkadzać w odbiorze, na pewno zaś podsycają smak tego albumu. Mam tu na myśli przede wszystkim dwa fragmenty – jeden kojarzy mi się bardzo z Katem i ich miniaturkami w stylu „Talizmanu” czy balladami i znajduje się w drugiej połowie kawałka zatytułowanego „Suma Wszystkich Strat”. Coś musi być na rzeczy, bowiem akurat ten numer jest poświęcony pamięci Kostrzewskiego (ale o tym się dowiedziałem dopiero jak już dostałem wersję fizyczną). W tym numerze wydaje mi się zresztą też, że i w tekście mamy pewne nawiązania do twórczości Romana. Po nim mamy „Po Trupach Ku Niebu”, którego początek brzmi jak Metallica z okresu „Master Of Puppets”. Jakoś tak brzmi to dla mnie mocno pod „Orion”, ale może to tylko moje wrażenie.
Mamy tutaj też w końcu gościnne wokale Tui z Wij – nie ma ich wiele, ale po pierwsze ma ona fantastyczny głos, a po drugie – nie wciskano ich wszędzie, a zaledwie w kilku momentach, co i tak dało bardzo dobry efekt. Choć przyznam szczerze, że jej wybór dla mnie jest dość nieoczywisty – mimo wszystko bardzo dobrze to wypadło.
Skoro wcześniej powiedziałem o inspiracji Romanem w wokalach, nie mogę pominąć milczeniem tekstów. S. jest obecnie moim zdaniem jednym z lepszych tekściarzy – napisać polskie teksty w tym stylu to naprawdę trzeba mieć na czym czapkie nosić. Olbrzymi szacunek, bo liryki Mānbryne są znakomite – równocześnie będąc bardzo ważną składową przekazu, a nie tylko dodatkiem do muzyki.
Skoro pochwaliłem już niemal wszystko, to jeszcze tylko słów kilka o szacie graficznej – doskonała. Od okładki, przez zdjęcia w środku czy layout generalnie. Wszystko tu się zgadza i odnoszę wrażenie, że nic tu nie jest dziełem przypadku.
A więc raz jeszcze – czy w tym roku Mānbryne również zgarnie najwyższe wyróżnienie w naszym corocznym podsumowaniu? Nie wiem, ale jest na to olbrzymia szansa. Po raz wtóry zespół nagrał płytę na poziomie światowym i nie wyobrażam sobie, że ktoś może kręcić na nią nosem. Mimo, że skala ocen nie pozwala – jest jeszcze lepiej niż w przypadku debiutu.
Ocena: 10/10




