Wydawca: The Circle Music
Wielu rzeczy mogłem się spodziewać, ale nie tego, że wpadnie mi do recenzji grecki The Magus z ich najnowszym dziełem „Daemonosophia”, a to choćby dlatego, że z reguły omijam grecki black metal, gdyż specyfika tej sceny nie jest do końca moim konikiem. Ale padło na mnie i szczerze mówiąc, okazało się, że nie jest tak tragicznie.
Omawiana dziś płyta to drugi pełniak w dorobku wesołych greków, którzy udzielali się uprzednio w Necromantii, Thou Art Lord, Yoth Iria, czy Embrace of Thorns. Jak widać, na świeżaczków nie trafiło i słychać. Zresztą, na płycie znajdziemy również całkiem dobrze wykonany cover Thou Art Lord „The Era of Lucifer Rising”. Sama bazowa zawartość zaś płyty jest po prostu potężna. Mocarne riffy uderzające „Pseudoprophetae”, czy „Pseudoprophetae” podlane tym pięknie charczącym wokalem gniotą, aż miło. Czasem następują dziwaczne przełamania w muzyce, ale spoko, bo nie pozwala to na monotonię. Pojawiają się również śpiewne solówki, jak np. w „Magia Obscura”, czy w „Amelii”. Słychać tam pietyzm oraz dopracowanie każdego elementu utworu przy jednoczesnej dbałości, by nie popadło to w przesadnie wypolerowane gówno.
Przy całym jednak kunszcie „Daemonosophii” nie mogę się zachwycić tą płytą. Za dużo patosu, który przypomina mi mszę w kościele, na której ksiądz próbuje odstawić wielkie widowisko niczym u Papieża w Watykanie. Do tego, jak wjeżdża ten czysty, operowy, damski wokal, to miałem wrażenie skrętu w dziwne gotyckie rejony, oraz PTSD po chujowym, jak wegańskie wędliny, Puppe Magnetikk.
Ech, to nie jest zła płyta. Ultrasi greckiego grania, w szczególności Necromantii powinni być zadowoleni i mogą bez obaw mielić tegoroczne dokonanie The Magus do porzygu. Reszcie zalecam raczej ostrożność.




