Wydawca: Fonostrada Records
Jak tak dalej pójdzie, to się okaże, że ostatnimi czasy płodzę tylko pozytywne recenzje. Jest już u nas jeden taki widełoblogier, co to zachwyca się wszystkim co dostanie, tylko dlatego, że dostał to właśnie do recenzji. Nie mój typ człowieka. Ja maruda jestem. Tylko, że Leash Eye najnowszą płytą pokrzyżował mi trochę szyki.
Jeśli nie kojarzycie tego zespołu, to mogę sobie z Wami zbić pionę, bo do dnia otrzymania „Destination: 125” nie kojarzyłem ich również. To znaczy nazwę znałem oczywiście, natomiast chyba nigdy nie przesłuchałem świadomie ich muzyki. Czy żałuję? Nie wiem, pewnie bym żałował natomiast gdyby ominęła mnie ich najnowsza płyta. Dlaczego? Bo dostaję tutaj 100% rock’n’rolla ubranego w stonerowe fatałaszki.
A rock’n’roll to coś co naprawdę uwielbiam, jeśli jest grany szczerze, z kopem i ma w sobie to coś. Leash Eye zdecydowanie pasuje do tego opisu. „Destination: 125” to czterdzieści minut rockowej ejakulacji, dającej satysfakcję obu stronom tegoż aktu. W przypadku zespołu słychać, że to granie ich kręci, ja zaś jako słuchacz jestem bardzo zadowolony z tego co jest efektem ich pracy. Warszawiacy bawią się tą muzyką, korzystają sobie z kilku stonerowych konwencji i robią to z olbrzymią fantazją i polotem. Riffy są tłuściutkie, melodie porywają. Nie odnotowałem też żadnych mielizn podczas słuchania tej płyty. Jest napisana dokładnie tak jak lubię – wciskasz play, odkręcasz potencjometr i płyniesz z prądem. Do tego brzmienie tej płyty jest wykręcone fantastycznie – jest niesamowicie mięsiste i dynamiczne. Owszem – przywodzi mi na myśl albumy Corruption, natomiast nie jest to dla mnie żaden zarzut. Wręcz przeciwnie.
Dziewięć numerów – dziewięć świetnych stoner rockowych opowieści, do tego bardzo fajnie zilustrowanych przez front cover i okładkę. Dlatego też nie przestanę kupować fizycznych kopii. Na przykładzie Leash Eye widać bowiem, że anturaż tej muzyki jest ważnym dopełnieniem. Do tego oczywiście co kto jeszcze lubi – lufka, kufelek – na pewno nie zaszkodzą w odbiorze tej płyty. Ja sobie jej słucham z zimnym browarkiem w słoneczny dzień i mam bardzo dobrze.
Niesamowicie lubię takie niespodzianki. Leash Eye na „Destination: 125” kupiło mnie dokumentnie. Polecam na wakacyjne weekendy ze znajomymi. Tylko słuchajcie głośno!
https://www.facebook.com/leasheye





