Death metalowy Invictus zrobił na mnie ogromne wrażenie swoją nową płytą „Nocturnal Visions”. Japończycy dowieźli kawał totalnie oldschoolowego, zagranego z potężnym feelingiem metalu śmierci. Stwierdziłem więc, że spoko byłoby wziąć ich na spytki. Muszę powiedzieć, że Takehito to gość pełen szacunku do rozmówcy i jest emanacją europejskiego wyobrażenia o Japończykach – pełen kultury, słowny i bardzo rzeczowy. A że do tego jego zespół jest naprawdę w pytkę – tym lepiej.
Oracle: Cześć! Na początek chciałbym pogratulować wam najnowszego albumu – słuchając go, mam ciągle wrażenie, jakby był to jakiś zapomniany materiał z 1991 roku. Dawno żadna deathmetalowa kapela, tak klasyczna w formie, nie zrobiła na mnie takiego wrażenia. Czy dla was „Nocturnal Visions” to również powrót do chwalebnej przeszłości death metalu, czy widzicie to inaczej?
Takehito: Cześć! Tu Takehito z INVICTUS. Na początku bardzo dziękuję za wywiad. Urodziłem się w 1991 roku, więc trochę dziwnie słyszeć takie porównanie, ale jestem wielkim fanem klasycznego death metalu, więc to dla mnie ogromny zaszczyt. Po prostu podążaliśmy za stylem, który kochamy, więc w pewnym sensie może to być jedno i drugie.
O: Ponieważ to chyba wasz pierwszy wywiad dla polskiego zina (chyba że się mylę?), czy możesz opowiedzieć o początkach Invictus? Gracie w niezmienionym składzie od samego początku, co nie jest częste, zwłaszcza że minęło już ponad dziesięć lat…
T: Tak, wydaje mi się, że to nasz pierwszy wywiad dla polskiego zina. (Z tego co pamiętam, wcześniej pojawiło się kilka recenzji naszych wydawnictw.) Początkowo grałem jako gitarzysta w lokalnym zespole metalowym, ale bardzo chciałem grać death metal. Dlatego założyłem INVICTUS razem z moim bratem Toshihiro na basie. Po jakimś czasie dołączył Haruki na perkusji i nagraliśmy nasze pierwsze demo. Od tego momentu zaczęliśmy działać bardziej aktywnie, a skład pozostał niezmieniony do dziś. Nawet dla nas to zaskakujące, że minęło już ponad dziesięć lat (śmiech). Pochodzimy z raczej wiejskiego regionu, więc każdy członek zespołu jest dla nas niezastąpiony. To może być jeden z powodów, dla których skład jest tak stabilny.
O: Dlaczego akurat death metal? Japonia zawsze kojarzyła mi się bardziej chociażby ze sceną grindcore’ową…
T.: To bardzo proste… po prostu kochamy death metal! Ale tak jak wspomniałeś, w Japonii jest dużo zespołów grindcore’owych. W naszym rodzinnym Nagano też istnieje taka scena i zdecydowanie miała na nas wpływ. Zanim powstał INVICTUS, Toshihiro i ja przez krótki czas graliśmy grindcore z użyciem automatu perkusyjnego. Zagraliśmy kilka koncertów, a potem przestaliśmy (śmiech). Ostatecznie zdaliśmy sobie sprawę, że chcemy grać coś bardziej „metalowego” w brzmieniu, co naturalnie zaprowadziło nas do death metalu.

O.: Muszę powiedzieć, że słuchając waszych materiałów, zwłaszcza pełnych albumów, naprawdę potraficie komponować solidne oldschoolowe kawałki deathmetalowe. Zarówno „The Catacombs of Fear”, jak i „Nocturnal Visions” są napisane w bardzo klasyczny sposób, a jednocześnie brzmią świeżo – jak to robicie?
T: Dziękujemy, bardzo to doceniamy. To trochę trudne pytanie, ale osobiście nie myślę o „świeżości”, kiedy tworzę muzykę. W wielu przypadkach celowo używamy klasycznych struktur i pomysłów metalowych — po prostu dlatego, że je kochamy. Jednocześnie zawsze szukam tego, co uważam za „dobry riff”, i staram się używać ich jak najwięcej. Te riffy czasem wywodzą się z thrash metalu albo klasycznego metalu, ale mogą też być inspirowane zupełnie inną muzyką. Może właśnie dlatego końcowy efekt brzmi świeżo.
O: Okładki obu albumów również utrzymane są w całkowicie klasycznym stylu – od razu przywodzą na myśl m.in. Dana Seagrave’a. Możesz zdradzić, kto je stworzył? Daliście artyście pełną swobodę, czy raczej pracował według waszych wytycznych?
T.: Okładki naszych albumów zawsze tworzy Juanjo Castellano. To niesamowity artysta i świetny człowiek, bardzo mu ufamy. Tym razem daliśmy mu tylko kilka podstawowych pomysłów i sugestii dotyczących kolorystyki, a potem pozwoliliśmy działać swobodnie. Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektu — stworzył coś naprawdę niesamowitego.
O.: W Japonii nagrano sporo świetnych koncertowych albumów – masz jakiś ulubiony? Dla mnie to chyba „Live in Japan” Vadera…
T.: „Live in Japan” Vadera jest niesamowite! Jest wiele świetnych koncertowych nagrań z Japonii i jako Japończyk bardzo się z tego cieszę. Szczerze mówiąc, nie słucham jednak często albumów live. Oczywiście uwielbiam koncerty i chodzenie na występy. Ostatnio coraz więcej zagranicznych zespołów gra w Japonii, co jest bardzo ekscytujące. Może więc w przyszłości odkryję nowy ulubiony album „Live in Japan”.
O.: Jeśli chodzi o teksty – zakładam, że nie próbujecie przekazywać przez nie jakiegoś szczególnie ważnego przesłania? Mam wrażenie, że są raczej dodatkiem do muzyki, utrzymanym w konwencji death metalu…
T.: W pewnym sensie masz rację — nie piszemy tekstów z konkretnym przesłaniem. Szczególnie na pierwszym albumie skupialiśmy się na tym, by dobrze wpisywały się w kontekst death metalu. Na drugim albumie to się zasadniczo nie zmieniło, ale staraliśmy się trochę poszerzyć zakres tematów. Na przykład w „Lucid Dream Trauma” pojawiły się bardziej okultystyczne motywy, a w „Persecution Madness” poruszyliśmy temat grup dyskryminowanych w Japonii, o którym wcześniej myśleliśmy.
O.: Ciekawi mnie, na ile miejsce, w którym żyjecie, wpływa na waszą muzykę… Nagano od czasu do czasu nawiedzają klęski żywiołowe, takie jak trzęsienia ziemi, powodzie czy osuwiska… Podobno co roku Japonię nawiedza około 1500 trzęsień ziemi – czy ta świadomość kruchości życia wpływa na Ciebie i Twoją muzykę w jakiś sposób bardziej niż gdybyś mieszkał gdzie indziej?
T: Myślę, że ma to pewien wpływ, ale ponieważ to normalna część życia tutaj, nie zawsze jesteśmy tego świadomi. Jak wspomniałeś, w Japonii trzęsienia ziemi zdarzają się cały czas, więc katastrofy naturalne są gdzieś z tyłu głowy. Kilka lat temu nasze miasto zostało dotknięte powodzią i większość została zalana. Są też prognozy mówiące o możliwym ogromnym trzęsieniu ziemi w najbliższych latach, a nawet o erupcji góry Fuji… Oczywiście to nas martwi, ale nauczyliśmy się z tym żyć i w pewnym sensie to akceptować. Może to rodzaj dystansu… albo po prostu optymizm — pewnie jedno i drugie (śmiech). (A tak przy okazji, kiedy pisałem tę odpowiedź, było dość silne trzęsienie ziemi. To zdarza się tu cały czas, ale ostatnio jakby częściej… (śmiech))
O: Wygląda na to, że Invictus to wasz jedyny zespół — mam rację?
T.: Właściwie wszyscy udzielamy się też w innych zespołach jako muzycy sesyjni. Na przykład cały skład INVICTUS gra koncerty jako wsparcie dla lokalnego zespołu blackmetalowego Dark Fog Eruption. W tych projektach jesteśmy jednak tylko wykonawcami, nie tworzymy muzyki. Dlatego INVICTUS pozostaje naszym głównym i jedynym zespołem. Osobiście nie mam też przestrzeni na wiele różnych projektów twórczych, więc skupiam się głównie na nim.
O: Me Saco Un Ojo Records wydaje się dla was idealną wytwórnią…
T.: Dziękujemy, to dla nas zaszczyt. Jest tam wiele zespołów, które bardzo lubimy, więc cieszyliśmy się, że możemy wydać u nich album. W rzeczywistości wydanie winyla doszło do skutku dzięki Memento Mori, które zajęło się wersją CD — to oni nas połączyli i wyszło z tego wspólne wydawnictwo. Obie wytwórnie naprawdę żyją death metalem, więc to był dla nas główny powód.
O.: Wygląda na to, że wytwórnia mocno was promuje…
O: Przede wszystkim bardzo się z tego cieszymy. W takiej ilości nowych wydawnictw to dla nas naprawdę wiele znaczy, że ktoś poświęca czas na naszą muzykę. Mamy ogromny szacunek i wdzięczność dla maniaków metalu na całym świecie. Szczerze mówiąc, jesteśmy też bardzo zaskoczeni — nigdy wcześniej nie mieliśmy takiego odzewu (śmiech).
O.: Czy dla zespołu z Japonii trudno jest organizować koncerty w Europie? Wiem, że takowe były, na przykład tour wraz z Malevolent Creation…
T: Szczerze mówiąc, myślę, że to dość trudne. Wielu Japończyków, w tym ja, nie czuje się komfortowo mówiąc w obcym języku. Ja też nie jestem dobry z angielskiego (nawet teraz korzystam z tłumacza (śmiech)). Poza tym wiele zespołów nie wie, jak w ogóle zacząć organizowanie koncertów za granicą. Nasza trasa po Europie była dla nas szczęśliwą okazją i postanowiliśmy spróbować. Przy obecnym kursie walut może być to jeszcze trudniejsze. Osobiście bardzo chciałbym wrócić na europejską trasę.

O: Często gracie też na Nagano Extreme… Jesteście jakoś zaangażowani w organizację, czy po prostu gracie tak często bo macie blisko?
T: Dziękujemy za zainteresowanie! To lokalne wydarzenie organizowane przez nas razem z Obliteration Records z Tokio. To coś w rodzaju naganońskiej wersji koncertów, które organizują w Tokio. W naszym regionie nie ma wielu okazji, by zobaczyć death metal na żywo, więc sami organizujemy takie wydarzenia, żeby scena mogła istnieć. Obliteration Records wydali nasz pierwszy album i bardzo nas wspierają — jesteśmy im za to wdzięczni.
O: W zeszłym tygodniu zmarł Mark z Impetigo… Wiele osób tworzących podwaliny sceny jest już na drugiej stronie – czy czujecie w związku z tym, że jesteście teraz częścią zmiany pokoleniowej?
T: Widziałem tę wiadomość… to było bardzo szokujące. Zawsze smutno, gdy odchodzą ludzie, którzy nas inspirowali. Może w pewnym sensie jesteśmy częścią zmiany pokoleniowej, ale nie myślę o tym zbyt świadomie. Jesteśmy raczej małą częścią czegoś większego. Najważniejsze jest dla nas szanować tych, którzy byli przed nami, i tworzyć własną muzykę.
O.: Na koniec – jaki był pierwszy deathmetalowy album, jaki usłyszałeś w życiu? Dzięki za wywiad!
T: Myślę, że był to albo „Tomb of the Mutilated” Cannibal Corpse, albo „Whisper Supremacy” Cryptopsy. Szczerze mówiąc, pamiętam to dość mgliście… (śmiech) Bardzo dziękuję za wywiad! Mam nadzieję, że kiedyś odwiedzimy Polskę.
https://www.facebook.com/InvictusDeathMetal

Zdjęcia pochodzą z profilu zespołu.




