Wydawca: Defense Records / Mythrone Productions
Przyznam, że nie do końca czaję sytuację, że kapela powraca po iluś tam latach, wydaje wyczekiwany długograj i znów zapada się pod ziemię. Chyba, że o czymś nie wiem, to proszę mnie oświecić.
Tak czy siak – dobrze, że Infatuation of Death zdążyło wydać choć „Code of Impiety”. A w każdym razie dobrze dla tych, którzy lubią ich obskruny i surowy death metal. Cóż, Infatuation of Death jakoś nigdy nie rozbijało się czołgami po scenie, ale ich muzyka robiła z dupy jesień średniowiecza. Proste, w zasadzie prymitywne łupanie, na modłę powiedzmy… no ja tu słyszę trochę Incantation, trochę Miasma, Baphomet, wczesny Deicide czy Sinister. Ogólnie to Infatuation of Death czerpie garściami z pierwszych death metalowych płyt, wydawanych na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Czuć w tym pierwotne zło i diabła, które z czasem zostało z death metalu wyrugowane przez super produkcję, matematyczną precyzję i melodie dla nastolatków – tutaj tego nie znajdziecie, zapewniam Was. Choć gdy tak słucham „Code of Impiety” i ich demówek to znajdziemy tu coś, co można nazwać „postępem” – na pewno jest bardziej różnorodnie, na pewno jest to mimo wszystko bardziej złożone od wcześniejszych materiałów, ale dalej jest to po prostu jebany death metal, kurwa mać! Nie ma śpiewania o cipstwach i planetkach tylko o nienawiści, Szatanie, śmierci, do tego gardłowo – charczącym growlem, tak jak lubię. Krótkie strzały jak sypnięcia w mordę rozgrzanymi węglami – mi pasuje. Jasne, odsłuchałem w zeszłym roku lepsze krążki death metalowe ale też zdecydowanie więcej zdecydowanie gorszych, hehe…
Okej, nawiązując do wstępu – jakkolwiek nie jest to dziwna sytuacja jedno stwierdzić trzeba na pewno: Infatuation of Death brzydko się z nami pożegnało. I chyba tego po nich oczekiwaliśmy.
Ocena: 7/10
Tracklist:






Oświecam zatem. Ot, kapela poszła do piachu bezpowrotnie parę lat temu, a archeolodzy wygrzebali znalezisko z szuflady i pokazali światu, bo ładne.