
Praca pracą, ale z życia przecież też coś trzeba mieć. Tak sobie pomyślałem w pewien środowy wieczór, gdy okazało się, że za dwa dni mam fuchę w Krakowie. Co by tu robić w tym pięknym mieście? Się okazało się, że w piątek poprzedzający sobotę, a będący następstwem czwartku w klubie Zaścianek jest bang pod nazwą Skull Bong, Wielki Mrok i Gruzja. Koncert co prawda wyprzedany, ale czary mary szast prast i jakoś się wkręciłem na tę zacną imprezę.
Dawno mnie w tym klubie nie było i powiem Wam, że miejscówka przeszła metamorfozę in plus. Przede wszystkim wzbogaciła się o szatnię no i całkiem nieźle wyposażony bar. Co prawda ceny dla przeciętnego zjadacza kajzerek zaporowe, no ale wyszedłem z założenia, że skoro mają czarną ipę to wolę dołożyć te kilka złotych i wypić coś co lubię.
Jako, że byłem praktycznie na styk, w momencie przekraczania wrót klubu na scenie już instalował się Skull Bong. Absolutnie nie miałem pojęcia, czego mam się spodziewać po ich gigu i muszę przyznać, że zdmuchnęli mnie z planszy. Kapela okutana w mnisie habity z obszernymi kapturami grała doom metal, a robili to naprawdę doskonale. Ciężki, smolisty i transowy, w stylu potężnego Electric Wizard (nie jestem zresztą do końca przekonany, ale chyba zagrali zresztą ich cover), a z naszego poletka mocno kojarzyli mi się z Magiem. Nie tylko ja byłem pod wrażeniem, bo – mimo, że Skull Bong był otwieraczem – oglądała ich już dość spora publika. Brudne, zapiaszczone gitary, pogłos nałożony na wokal i perkusista, który stylem gry przypominał mi samego Warda – to się kurwa nie mogło nie podobać. Nie wiem, jakim cudem wcześniej o nich nie słyszałem. No i szkoda, że nie mieli swojego materiału w sprzedaży – albo rozszedł się, zanim trafiłem na stoisko z merchem.

Dobra, piwko hop do brzuszka, poplątałem się chwilę po klubie, a że nie było nikogo znajomego, to przerwy upłynęły mi na obserwacji publiki. Cóż, Gruzja ma chyba najdziwniejszych słuchaczy (vide: dwóch kolesi, którzy napisali sobie na czołach, odpowiednio „Jebać” i „Gruzję”). Ok, ja tu gadu gadu, a na scenie już rozstawił się Wielki Mrok. Lubię ten zespół za ich bezczelność i prowokację. No i za muzykę. Może mi się zdawało, ale wiosłowi wymalowali sobie corpse painty w stylu Mayhem z „Live in Leipzig”, zaś pałker to raczej jak misio panda wyglądał. No nic to, jak już zaczęli grać, to słychać było olbrzymią radość z tego co robią. Ich muzyka jest totalnie toporna i – podkreślę to poraz wtóry – totalnie przywodzi mi na myśl Sedes czy Defekt Muzgó, czyli moje lata szczenięce, wczesnopodstawówkowe. Nóżka sama chodziła. Kolejnym plusem było to, że na żywca ich numery brzmią jeszcze lepiej niż z materiałów studyjnych. Bawiłem się wyśmienicie, numery wpadające w ucho – jakbyście zmiksowali „Welcome to Hell” z „Wszyscy Pokutujemy” i „Obsessed by Cruelty” z „Kurwa Jego Mać”. Pysznie.

No a po Wielkim Mroku puszczono nam wiązankę polskich przebojów, z Manaamem na czele. Zgromadzeni bawili się wybornie, motorniczy bije brawo, geje tańczą poloneza. No i w końcu się zaczęło, po intro z najnowszej płyty wlecieli z „Coś Więcej”, a ludziska normalnie puścili się w tany. Oni naprawdę mają oddaną fanbazę, co to i teksty zna i śpiewać lubi. Ja zresztą też Gruzję lubię, nawet bardzo. Oczywiście żaden to teraz black metal, więc nie za bardzo rozumiem ból dupy wokół nich. Koncertowo są wspaniali, mało która kapela robi taki show i potrafi tak porwać słuchaczy pod sceną. No ale jak na deskach w którymś momencie jest pięciu wokalistów to nie może być inaczej. Energia buchająca od tych świrów sprawiała, że nie było osoby co stała w miejscu. Również niżej podpisany bujał się z browarkiem w dłoni – możecie wpisać mnie na listę wrogów black metalu. Jeśli chodzi o setlistę – również była wyborna. Zasadniczo z każdej płyty coś poleciało, tak więc usłyszeliśmy między innymi „Osiem stów”, „Moją Ratyzbonę”, „Królów Zwierząt”, nowy numer „Nielegał”, na sam koniec „Koniec Wakacji”… No fajnie było. Coś koło niecałej godziny wspaniałego gruzińskiego wesela. Bawiłem się wspaniale i bardzo chętnie jeszcze ich zobaczę na żywo, bo za każdym razem to całkiem inne przeżycie, hehe.

No i pięknie się bawiłem w królewskim mieście. Każdy z zespołów dowiózł kawał dobrej muzyki i performansu. Proszę o więcej tego typu imprez.




