Ja pierdykam, czułem, że to może być wesoła pogadanka, ale okazało się, że reprezentujący rodzime FIASKO, rozmówcy odpowiadali tak, że wyszła z tego wzorowa, luźna rozmowa. Osobiście życzyłbym sobie więcej tego typu wywiadów, bo aż chciałoby się ciągnąć to dłużej, ale i tak wyszła mi spora ściana tekstu. A w nim przeczytacie choćby o tym, że niektórzy mają pod górkę, jak powinno się obchodzić z dzieckiem, czy też co można robić o czwartej nad ranem na Mazurach. KU LEKTURZE!

B: Rozpoczynamy zatem wywiad. Są ze mną Tomek Mielnik i Maciej Nawrot. Znajdujemy się w pochmurnej, deszczowej i kurewsko nieprzyjaznej Warszawie. Panowie, zacznijmy kurtuazyjnie, jak się czujecie w dzisiejszym dniu?

T: Ja się czuję zaspany.

M: Ja się czuję całkiem dobrze. Poza tym, że kurewsko mnie zatoki napierdalają, ale to nie jest jakiś wielki problem. Przyzwyczajony jestem od 43 lat, więc całkiem git. Wstałem sobie dziś rano, pogadałem z jednym serdecznym kolegą, posłuchałem płyt zespołu Throne, na którego koncercie wczoraj byłem. Jest całkiem rześko. Po wywiadzie zamierzam wrócić do domu, robić porządki w swojej kanciapie, by sprzedawać szpej na Vinted i kupować za to kable do grania.

B: Cieszy mnie odpowiedź, że mimo nawet niewyspania jest git, bo z kolei Wasza muzyka daje poczucie samotności, smutku oraz w chuj mocnej depresji. ALE! FIASKO – mimo nazwy – wydało swoje opus magnum, Waszą ostatnią płytę „Amok Koma” i czy w związku z tym czujecie, że ten album okazał się sukcesem?

T: Na pewno jest naszym opus magnum, co do tego nie mam wątpliwości. Ścieżka, którą sobie wytyczyliśmy na „Mizantropolii” jest kontynuowana. Mówię teraz tylko i wyłącznie za siebie, ale uważam, że obecna płyta, to najlepsze, co pod naszym szyldem dotychczas powstało.

M: To ja się trochę dołożę i powiem, że to istotnie jest najlepszy album póki co, gdyż nie wiadomo, co w przyszłości powstanie. Mogę powiedzieć, że w sali prób – w kręgu entuzjastów szarpania drutów – już coś powstaje. Dlatego mówię, że jest to nasze opus magnum PÓKI CO. Jeśli chodzi o sukces komercyjny, to wiesz, bez wsparcia wytwórni…

T: …bez promocji odpowiedniej…

M: …tak jest, jest o to trudno. Wszyscy jesteśmy ludźmi zalatanymi, pracujemy, niektórzy mają dzieciaki i to odzwierciedla, w jakim momencie możemy obecnie być, jeśli chodzi o sukces komercyjny. Natomiast uważam, że ten materiał godny jest takiego sukcesu. Być może jest trochę niezrozumiany, bo na naszej scenie też jest tak, że tę muzykę się szufladkuje dosyć mocno. Z jednej strony klasycznym prawdziwkom, z drugiej strony fanom sludge’u może ona nie przypaść do gustu, gdyż jest tu sporo misz-maszu. Nie tylko właśnie sludge, ale też trochę thrashu, jak ktoś to zauważył.

T: Sludge, black metal, doom może. Czytałem w recenzjach czy opiniach, że ludzie tam gdzieś death metal słyszą miejscami. Ja nie, ale jeśli słyszą, to może jest.

B: Uprzedziliście tym samym moje dwa kolejne pytania, ale git. Jedziemy dalej. Mówiliście, że nie macie wsparcia wytwórni.

T: Nie mamy wsparcia żadnej wytwórni.

M: Nie, no, ja tu muszę skorygować moje wcześniejsze słowa. Mamy wsparcie dwóch wytwórni, ale jest ono bardziej koleżeńskie i dystrybucyjne. Mówię tutaj o Gregu z Godz ov War Productions i o Sovie z Malignant Voices. Otoczyli oni tę płytę opieką dystrybucyjną i jest ona dostępna u nich w sklepach – a i zdradzę, że nie tylko tam też będzie. Ale tak, oni nas wspierają jeśli chodzi o oficjalną dystrybucję. Natomiast jeśli chodzi o wsparcie labelowe z prawdziwego zdarzenia…

T: …promocję, organizowanie koncertów – to wszystko po raz kolejny spada na nas i przez to nie dzieje się zbyt wiele.

M: Natomiast my dzięki temu jesteśmy też w stanie tego się poduczyć. Może to zaprocentuje w pewien sposób.

B: Ech, no przerwałeś mi trochę Maciu, bo chciałem dokończyć, że nie macie wsparcia właśnie labelowego, choć Potężny Wydawca i Sova Was promują.
Czy w związku z tym czujecie się trochę zgorzkniali, że mimo wielu znajomych, to nikt nie może lub nie chce nawet pomóc i ma w dupie? Wiem, że były też problemy z dopchaniem się do wywiadów, i czy w związku z tym sądzicie, że mniejsze zespoły, te mniej znane oraz mniej oczywiste mają bardziej pod górkę?

T: Odniosę się o kwestii wywiadów, bo to nie było tak, że nie można było się dopchać. Czasem proponowano nam wywiady, ale finalnie ich publikacja nie dochodziła do skutku. Zdarzyło to się dwukrotnie ostatnimi czasy – dlatego, jak możesz się domyślać mamy pewne zgorzknienie w sobie.
Jeśli chodzi o promocję małych zespołów, to wydaje mi się, że scena jest podzielona na pewne towarzystwa wzajemnej adoracji, pewne koterie – i nie ma w tym nic złego, bo to jest naturalne, że ludzie się wspierają. Za to pewna część zespołów jest traktowana po macoszemu, jeśli chodzi o trasy koncertowe lub festiwale. A pewna część jest z jakiegoś powodu faworyzowana. Cóż, w takiej rzeczywistości żyjemy, przychodzi nam się z nią mierzyć i musimy się w niej odnaleźć.

M: Będę tutaj takim dopowiadaczem i dorzucę, że dzisiaj ludzie mają bardziej otwarty łeb na takie sprawy. Natomiast trzeba wspomnieć, że takich małych, mniej znanych zespołów jest teraz coraz więcej. A że mamy dziś obecnie media społecznościowe, to podaż muzyki ogólnie oraz podaż dobrej muzyki w szczególe jest tak przytłaczająca, że nawet wydawcom może być czasem trudno się w tym odnaleźć…

T:… i wyłuskać ziarno spomiędzy plew.

M: Nawet niekoniecznie, bo bywa tak, że takim ziarnem dla kogoś nie zawsze będzie coś, co ma jakąś tam wartość artystyczną, ale coś, co się dobrze sprzedaje. I nie można mieć do kogoś żadnej pretensji o to, że jeden czy drugi wydawca chciałby zarobić.

T: Musi myśleć o księgowości.

M: No tak! Nie może wydawać tylko jakichś disco – elektro – sludge’o – black metalowych projektów jakiegoś typa z Pernambuco, bo to się sprzeda w jakichś trzech egzemplarzach. Pewnie jacyś die-hardzi się skuszą, ale ludożerka już nie.

T: Trzeba też powiedzieć, że metalem rządzi moda. Jest teraz parcie na robienie grup rekonstrukcyjnych. Niektórzy strzygą uszami na to co w trawie piszczy i przygotowują sobie przy biurku swój wizerunek, natomiast u nas ten patent nie będzie działał. Może to jest przyczyna naszych problemów z popularnością.

M: My robimy, to co nam w duszy gra, wyglądamy jak wyglądamy i mamy te mody – cytując pana Zbyszka Stonogę – w piździe!

B: Bardzo ładna odpowiedź. Jak już wspominacie o grupach rekonstrukcyjnych, to może powiedzcie, jakiego hordesu obecnie jest najwięcej takich grup? Mi przychodzi na myśl KAT, bo moda na jebanie z Morbid Angel krzynę opadła, podobnie jak jebanie ze szwedzkiego death metalu w stylu Entombed i Grave. Coś Wam więcej przychodzi do głowy?

M: Jeśli mówimy już o jebaniu ze szwedzkiego metalu na modłę Entombed i Grave, to niech ono trwa jak najdłużej! Ja jestem wielkim entuzjastą takiego grania. Jeśli chodzi o ostatnie lata, to wymieniłbym trzy takie trendy.
Pierwszym jest black thrash, black speed thrash. Tu jest bardzo dużo grup rekonstrukcyjnych i to są – tu zabrzmię jak stary pierdziel – często ludzie bardzo młodzi, ale nie jest to złe, bo dużo fajnej muzyki się dzięki temu rodzi.
Druga taka rzecz, która rozwija w Polsce się od dobrych piętnastu, dwudziestu lat – i przełomem komercyjnym, który wypłynął na jej nie tyle charakter, co kontekst była płyta zespołu Corruption „Bourbon River Bank” – zrobiło się potem mnóstwo zespołów grających stonera i odrobinę southern.

T: Tylko, że to jest trochę inny rodzaj stonera.

M: No tak, oczywiście. Tylko, że ten stoner się cały czas rozwija i idzie w różne ciekawe strony, i nie ma co się na to zżymać, bo z tego wychodzą różne dobre rzeczy. O, np. wczoraj byłem na koncercie zespołu Hermopolis, który momentami brzmiał jak Electric Wizard, do tego na kwasie. Albo zespół Weedcraft, który gra instrumentalnie, przy tej okazji nie można nie wspomnieć też o nieodżałowanym Majorze Kongu.
Trzecim zaś nurtem rekonstrukcyjnym jest klasyczny heavy metal, który się ostatnio ładnie – albo nieładnie! – odradza. I takie zespoły, jak Max Crazy, Roadhog, Okrütnik.

B: Oi, ale Okrütnik nie jest właśnie black speedem?

M: No, można tak to określić, ale dla mnie tam jest mocny heavy metalowy podkład. O, i zespół Night Lord również.

T: Jest jeszcze moda, która na szczęście zaczęła się już kończyć, bo zaczęły już z tego klocki straszne wyłazić. Gdzieś dekadę temu, jak wyszła pierwsza Odraza, to ten krakoski metal odrazowo-furiowo-mgłowy. Jest masa zespołów młodych, które śledzą strony pogodowe szukając dobrej nazwy dla siebie i jest przesyt tego. Natomiast ta muzyka staje się powoli wtórna i nieciekawa.

M: A ja muszę tu zazanczyć, że mimo wszystko pochodną tego krakowskiego grania są zespoły, które mają te polskie nazwy, ale brzmią naprawdę dobrze, jak np. Waśń czy Zørza. Nawiasem wspomnę, że z tego rzutu młodych polskich zespołów BM poniekąd wypączkował mój ukochany Königreichssaal. Byłem ostatnio na ich koncercie i jestem pod wielkim wrażeniem tego, co Mateusz, Artur i reszta ekipy robi. A jak słyszałem ich najnowszy kawałek, to nasunęły mi się skojarzenia z Tormentorem – choć nie do końca ze strony muzycznej, a bardziej klimatycznej, bo z jednej strony usłyszeliśmy coś, co jest prawdziwym black metalem, a z drugiej black metalem w czeskim teatrzyku kukiełkowym. Coś kompletnie pojebanego, a przez to wspaniałego. Te tematy rekonstrukcyjne czy krakosko-metalowe i grzebanie w tym wszystkim nie przynosi więc tylko żenady i chujozy. A, i chciałbym wymienić jeszcze jeden zespół, który w kontekście pierwszej płyty zrobił fantastyczną robotę, a potem drogi mi się z nim troszeczkę rozeszły.

T: BIESY!

M: Tak jest. Pierwsze Biesy. Fantastyczna rzecz.

T: Równie dobrze ta płyta mogła zostać wydana po szyldem Odrazy i nikt by się nie zorientował.

M: Nie, to trochę inna stylistyka oraz lokalna specyfika. Odraza to Kraków, natomiast Biesy to Śląsk i Katowice. To zawiesisty zaduch z familoka.

B: Oi, ale wspomnę, że już kolejna płyta Biesów to totalne odejście od miejskiego sznytu na rzecz totalnej psychodelii. Greg postawił dużo na tę płytę i zakład się opłacił, bo odzew był potężny, szczególnie po klipie, w którym wystąpiła Faustyna IHS. „Transsatanizm” okazał się komercyjnym sukcesem, i chyba dał podwaliny pod Gruzję.

M: Tak, ale debiut Gruzji pojawił się raczej wcześniej (Faktycznie! – dop. Bart). Nie mówiąc już o tym, gdzie Faustyna czy tam Patryk skręcił/skręciła ze swoimi dokonaniami, to chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jeden zespół, który połączył elektronikę z gitarami, czyli coś, co dostałem właściwie w prezencie od Wielkiego Komtura na Fordoniu, a mianowicie jedynka At The Altar Of The Horned God. Coś przewspaniałego. Tam się miesza wszystko, są nawet burzumowe klawiszki. Ale to Hiszpanie są, a właściwie jeden.

B: Skręciliśmy w miejski klimat i dobrze. Bo obecny był on również u Was. Jak odpaliłem po raz pierwszy „Mizantropolię”, to wyłapywałem tam dużo śladów po Odrazie. Zarówno z tekstów, jak i z muzyki wyłania się ten bezlitosny koncept Miasta-Potwora, wykreowanego przez Emila Zolę, pożerającego swoich mieszkańców. Tymczasem „Amok Koma” przenosi nacisk z miasta na człowieka. Była to samodzielna, swobodna transformacja, czy raczej celowy zabieg, by nie wpisano Was na stałe w nurt miejskiego black metalu?

M: Pozwolę sobie zacząć, bo jako nieautochton warszawski wskażę, że to miasto w istocie jest takim Miastem-Potworem, które przeżuwa, połyka i wypluwa człowieka. Czy był to zabieg celowy, to odpowie Tomasz, natomiast mi włączenie tej płyty w nurt miejskiego black metalu zbytnio nie przeszkadza.

T: Jeśli mówimy o EPce, to powstawała ona gdy mieszkałem w ścisłym centrum Warszawy. Nie miałem wtedy jeszcze swoich dwóch pociech i prowadziłem mocno imprezowy tryb życia. Gdzieś tam te rzeczy znalazły swoje odbicie w tekstach „Mizantropolii”.
Natomiast teksty do „Amok Koma” powstały, kiedy byłem już człowiekiem dojrzałym, a przynajmniej takim chciałbym siebie widzieć. Mam dzieci, przeniosłem się do lasu i – jak wspomniałeś – ten nacisk przeniósł się na człowieka. Liryki skupiają się na takich dojmujących, chwytających za tchawicę uczuciach jak samotność, niespełnione nadzieje i marzenia, stagnacja, brak miłości, tęsknota, zgryzota, ale nie zabrakło i trochę alkoholowo-narkotycznych libacji.

B: To ostatnie świetnie wybrzmiewa w „Tarantyzmie’, notabene najlepszym utworze na krążku. Muszę pochwalić, że świetnie opisałeś śmierć związku w kawałku „Sztuczne Kwiaty” – co jest o tyle dobre, że porusza dość poważny problem, który kończył się kiedyś patologicznymi związkami. Na szczęście obecnie coraz częściej można z tym walczyć. Dwoje ludzi, którzy są ze sobą, bo są, a tego uczucia już nie ma.

M: Tak, ale z drugiej strony mamy innego typu zagrożenie, czyli narcyzm. Żyjemy obecnie w kulturze narcystycznej, gdzie promuje się skonentrowanie na sobie i ludzie mają straszne problemy ze stworzeniem związku. Nie ma już czegoś takiego, jak docieranie się i uczenie się bycia ze sobą. Tomku?

T: Liryka w “Sztucznych” dotyczy oczywiście wypalania się miłości. Natomiast muzycznie to jest już naturalny rozwój. Między debiutem a „Mizantropolią” jest totalny przeskok. To tak, jakbyśmy postawili między nimi ścianę. Te wydawnictwa nie komunikują się ze sobą. Natomiast między „Mizantropolią” a „Amok Koma” przejście jest już bardziej delikatne.

B: Muszę zwrócić uwagę na kawałek, który wybrzmiewa szczególnie mocno, jak się jest rodzicem, czyli „Śmierć krzywdziciela”. Jest ta introspekcja, są wewnętrzne problemy i nagle PYK! Spojrzenie na to, co kotłuje się w rodzicu każdego dziecka – szczególnie w zalewie informacji, co może potencjalnie się z nim stać. Czy właśnie to jest wynik takiej kotłowaniny?

T: Nie będę tu wchodził w szczegóły, ale tekst powstał na skutek obserwacji tego, do czego może doprowadzić konflikt zbrojny, wojna – oraz tego, jak to się odbija na ludności cywilnej. Oczywiście najbardziej cierpią właśnie ci najbardziej krusi. Tematem lirycznym z kolei jest despota, który pozwala na to, by takie rzeczy działy się w imię jego pychy oraz żądzy władzy. I tak, jako rodzic – gdy zdasz sobie sprawę, co mogą czuć tuż za miedzą inni rodzice, kiedy ich dzieci konają na ich oczach… to jest niewysłowiona tragedia. To są rzeczy ostateczne i krańcowe, a ja jedynie musnąłem ten wierzchołek góry lodowej.

M: Co do takich ludzi, o jakich mówił Tomasz, to ja się brzydzę ich mocodawcami, którzy mają wyjebane na to, co ludzie pod ich komendą robią innym. Albo takich ludzi, jak zmarły niedawno Trynkiewicz – szkoda, że nie zszedł w męczarniach. Dla takich ludzi jest tylko jedno miejsce docelowe – dół z wapnem.

B: Jak już mówimy o małoletnich, to lekko przenieśmy ciężar na zagadnienie, czy w dobie gwałtownie postępującej seksualizację jest jeszcze możliwe niejako ochronienie tej dzięcięcej niewinności? Bo – nie ukrywajmy – dzieciństwo, to właśnie niewinność, gdyż ono nie pojmuje pewnych rzeczy. Z zastrzeżeniem, by jednocześnie nie wyjść na tyrana i despotę.

T: Z dzieckiem trzeba przede wszystkim rozmawiać. Do dziecka trzeba mieć cierpliwość, czas i trzeba reglamentować telefony, tablety, a nawet ekran telewizyjny. Rzecz jasna nie chodzi o to, by po prostu zabrać – bo to przechył w drugą stronę – tym bardziej, że w obecnym świecie dzieciaki po osiem-dziewięć lat mają własne smartfony. Należy to reglamentować i dobierać z głową content, tak, by były z tego plusy, a nie same minusy, bo ta mała główka wszystko wchłania.

B: Wspomnieliśny zagraniczne konflikty zbrojne i pierwszym, co przychodzi na myśl, jest Ukraina i to, co tam się wydarza. W świetle tego nasuwa się pytanie, jak się ma do tego odwieczna dewiza „metal to wojna” oraz “ebe ebe przemoc totalna”? Bo co i rusz wypływają wieści, co się tam dzieje, w tym od ludzi, którzy stamtąd uciekli – choćby masakra w Buczy, czy też to, co żołnierze radzieccy – bo ta mentalność nadal w nich tkwi – wyczyniają dzieciom i próbują potem opchnąć na Telegramie.

M: To zależy, co próbujesz powiedzieć w ten sposób. Bo można powiedzieć – jak my – że „black metal to wojna” albo ogólniej „metal to wojna”, jeśli się to rozumie w kwestii konwencji artystycznej. Natomiast ludzie, którzy to uważają tak naprawdę, to są to ludzie, którzy uważają, że w momencie jakiegoś konfliktu zbrojnego byliby po stronie tych, którzy byliby u władzy.

T: A byliby pierwsi pod ścianą.

M: Dokładnie! Byliby pierwsi pod ścianą. Albo trafiliby do obozów jenieckich lub koncentracycjnych. Wydaje mi się, że jedynie ci, którzy mają ten totalitaryzm w głowie i w sercu mogliby się faktycznie odnaleźć wśród osób niosących ten system. Natomiast zdecydowana większośc takich ludzi znalazłaby się w rowie z przestrzelonym łbem.

B: Bardzo ładna odpowiedź. Oddryfowaliśmy trochę od głównych tematów rozmowy, ale spoko, na tym polegają luźne pogadanki. Wróćmy jednak do tematu FIASKO. Czym jest dla Was muzyka?

M: Tu trzeba by było podlinkować do takiego filmiku na YT „dyż dyż dyż”. Włączam sobie radio i tam coś robi BRRRRRRRT JEB JEB JEB JEB! To jest dla mnie muzyka, dziękuję bardzo.

T: Tak.

B: Wybornie. A jakie plany czekają FIASKO? Jakieś koncerty dalszej, EPka, bądź pełniaczek, czy raczej chwilowe zawieszenie w niebycie w oczekiwaniu na przypływ nowych inspiracji?

M: Bierzemy to trochę na miękko, ale zaczynamy już tworzyć jakieś zręby. Prym wiedzie w tym nieobecny dziś Kozin, bo to on jest głównym kompozytorem i chwała mu za to. Nie myślimy na razie wydawniczo. 31 maja mamy koncert w Krakowie, coś się kroi też na jesień w południowej Polsce. We wrześniu – myślę, ze już możemy o tym powiedzieć – będziemy grali tutaj w Potoku z dwoma zespołami z Włoch: Eye of The Golem i Thedus oraz z drugim zespołem, w którym gram na basie – Dekadens. W międzyczasie staramy się jeszcze coś działać.

T: Przede wszystkim ja sobie stawiam za punkt honoru, by nie robić sobie tak długiej przerwy jak pomiędzy poprzednimi wydawnictwami zespołu, bo to jest jakaś abominacja. My jesteśmy już dziady i każdy rok jest na wagę złota, dlatego bardzo bym chciał, by następny materiał nie wyszedł za cztery lata, ale rok może półtora. Nie wiem, czy to będzie EPka, czy pełniak, ale wiem, że chłopaki zaczynają już skrobać, więc i ja będę chciał pójść za ciosem. Koncerty nam się kroją. A i w międzyczasie powstaje – ponad pół roku od premiery płyty – obrazek do jednego z numerów, który potraktowaliśmy wtedy po macoszemu, a który jest jednak jednym z naszych ulubionych kawałków. Obraz ten powstanie w ciągu tygodnia-dwóch i podzielimy się nim ze światem.

M: A ja jeszcze wrócę do pytania o wytwórnię. Bo teraz jak będziemy coś robić, to trzeba dać znać dużo wcześniej, bo nie jest tak, że żadna wytwórnia nie była naszym materiałem zainteresowana. Nasz umiłowany w Chrystusie Gregu był, ale miał tak długi cykl wydawniczy, że zdecydowaliśmy się to zrobić sami, bo musielibyśmy dosyć długo czekać na wydanie tego materiału. Chciałem to sprostować.

B: Bardzo ładnie, Gregowi na pewno będzie miło. Wspominaliście o koncertach, to muszę zauważyć, ze jesteście całkiem aktywni scenicznie. Jak wygląda u Was frekwencja na nich? Ja mam w pamięci Wrocław i niemal zerową frekwencję, ale zwalam to na winę chujowej promocji.

M: No nie, bo to też Wrocław jest taki specyficzny.

B: Ej, kurwa!

M: No niestety. Wrocław jest dość specyficznym miastem – nie obrażając wrocławian, zaprzyjaźnionych kapel oraz bookerów – że dobrze jest tam zrobić taki większy event, ale mniejszy koncert to tak nie bardzo. Natomiast jeśli chodzi o naszą aktywność koncertową, to jesteśmy całkiem aktywni. Może nie co weekend albo co miesiąc, ale głównie tu w Warszawie działamy.

T: Tu na frekwencję nie narzekamy. Mamy tu stałe grono odbiorców.

M: Tak i ono się poszerza, bo przy okazji naszego ostatniego koncertu u boku Austere i Lunar Tombfields przyszło sporo osób, które na co dzień może takiej muzyki nie kąsają, a było naprawdę dobrze pod sceną i mieliśmy potem z ludźmi, którzy przyszli na koncert bardzo owocne rozmowy na temat naszego występu i muzyki.

B: Pysio. Muszę też wspomnieć, że mieliście świetne wsparcie od innych artystów. Ładna okładka von Rycerza, skład Kontatmination Design, zdjęcia Oli Kruczej…

T: …i teledysk promujący pierwszy singiel, „Wniwecz” zrealizowany przez Michała Sobocińskiego (This Is Madness). To sami wspaniali ludzie, którzy pomogli nam tę płytę złożyć w całość i bardzo im za to dziękujemy.

M: Ja chciałem dodać, że sami stworzyliśmy ten materiał, który jest JAKIŚ i zgadzamy się, że to jest nasze opus magnum, więc chcieliśmy, by to wszystko było zrobione dobrze. Żeby to było wytłoczone w dobrej tłoczni, było dobre pod kątem artworku, książeczki i nawet na koniec – może to głupie – w dobrym jewelcasie, a nie tanim szajsie, jak niektórzy wydawcy, że odwijasz potem paczkę z folii bąbelkowej, otwierasz, a tam od kopa połamane ząbki już w trayu. Kurwa, skandal.

B: Kurwa, skandal. Ale właśnie o to mi chodziło, że jak na całkowite DIY, to jest to zrobione na naprawdę wysokim poziomie.

M: Bo teraz są takie możliwości. Tylko trzeba na to wysupłać pengę.

B: Wspomnę jeszcze o elegancko wykonanych koszulkach. Świetny, lekko błyszczący nadruk.

M: To akurat zasługa naszych serdecznych kolegów z Sinfinity Clothing, czyli Miśka i Daniego. Oni robią rzeczy naprawdę dużym zespołom i umieją to robić porządnie.

T: Wzór na koszulkę jest dziełem Kontamination Design.

M: A, oczywiście, Dziemdział zrobił wzór na koszulkę i zrobił go pięknie. Możemy również powiedzieć – w dalszym rozszerzeniu – że zaprojektował nam piękne, nowe logo. Nie porzucamy jednak naszej klasycznej eFki, bo to jest nasz symbol. Związany z tym, skąd Tomasz się wywodzi i związane z całą genezą naszego zespołu. Natomiast będziemy używać obu – przy czym to nowe jest naprawdę zajebiste.

B: Super. To może przybliżcie skąd się wzięła ta eFka, bo FIASKO jest jednak trochę mało znane czytelnikom Kejosa.

T: Tę eFkę zaprojektował Bartosz Kuszewski, który teraz znany jest z bardziej ambientowych projektów, np. Rites of Fall. Pokochaliśmy tę eFkę od razu. Następnie została ona przez Kozina wyciupana w drewnie, a potem drewno to zostało podpalone. I zdaje się, że na sesji zdjęciowej do pierwszej płyty to logo płonęło. Zostało z nami, jest wpisane w to nowe logo i zostanie z nami już na zawsze. No i jest ładnym wzorem na dziarę.

M: Ja mam też trochę takie obserwacje, że ta Fka kojarzy mi się z Tobą i Twoimi korzeniami – wiesz, Mazury Garbate – gdyż wygląda trochę jak prawosławny krzyż.

T: No jestem związany z tamtymi rejonami. Mam tam rodzinę, wracam tam, często jeździmy tam chlać. Moja rodzina ma taki domek kupiony od chłopa, pod lasem, pod Puszczą Borecką, z sadem i mamy taką tradycję, że przynajmniej raz do roku jeździmy tam z kolegami w miesiące letnie spożywać trunki, słuchać muzyki oraz grillować.

M: Ja muszę powiedzieć, że bytność tam to jest coś niesamowitego. Przepiękne tereny, bardzo dziewicze. Kąpiesz się w jeziorku w środku lasu, siedzisz tam półtorej godziny, pijesz sobie piwko i w tym czasie przejeżdżają gdzieś obok jedynie trzy osoby na rowerach i dwa samochody. Jedną z milszych rzeczy jakie wspominam, to gdy się krzynkę zrobiłem i na pastwisku obok były krowy. Podszedłem do nich o czwartej nad ranem i zacząłem na nie helokać jak jakiś jurodiwy chłop ze średniowiecza, a one podeszły również i zaczęły słuchać tego mojego pijanego zawodzenia. Wspaniałe przeżycie!

B: Pysio. Ja ze swojej strony powiem, że dojechaliśmy do końca. Wyczerpaliśmy temat FIASKO – oraz sporo pobocznych – dogłębnie, w efekcie czego dziękuję Wam za rozmowę! Do zobaczenia gdzieś na koncertach!

T: My też dziękujemy, ze pofatygowałeś się tu do nas by porozmawiać, gdyż było bardzo miło i przyjemnie.

M: Również, i „pozdrawamy pelgrzymuf z Polsky! Szczenszcz Borze!”. Pozdrawiamy również Ciebie i wszystkich czytelników Chaos Vault – także tych nam nieprzychylnych, bo może im się kiedyś odmieni. A i od siebie powiem, że nazwę FIASKO preferuję zawsze w mianowniku, i zawsze wielkimi literami.

Bart
777 tekstów

Piękny, dostojny inteligent. Miłośnik jadła, tynktur i gór, któremu wydaje się, że umie pisać.

Headhunter D.C.: „…pozostanie wiernym death metalowi nawet po tylu latach jest dla nas rzeczą o najwyższym znaczeniu.”Wywiady

Headhunter D.C.: „…pozostanie wiernym death metalowi nawet po tylu latach jest dla nas rzeczą o najwyższym znaczeniu.”

OracleOracle28 września 2026
Rites of Regress „Uważam, że jako ludzkość jesteśmy pasożytem(…)”.Wywiady

Rites of Regress „Uważam, że jako ludzkość jesteśmy pasożytem(…)”.

BartBart7 września 2026
Hekatomb „Samo stwierdzenie, że „sekty to zło”, to straszny banał…”Wywiady

Hekatomb „Samo stwierdzenie, że „sekty to zło”, to straszny banał…”

WojtuśWojtuś31 sierpnia 2026

One Comment

  • Żul z PKS Bierutów pisze:

    Godnie i sprawiedliwie stało się że Wielmożowie przemówili na łamach kejosu. F jak Fiasko! F jak Firer!

Skomentuj