Wydawca: The Circle Music
Jeśli jesień, to chciałoby się pomyśleć, że pora posłuchać sobie jakiegoś zacnego doom metalu w zaciszu domowym. I kiedy wzrok mój padł na Autumn Tears, to tego się mniej więcej spodziewałem. Jakież było moje zaskoczenie, gdy z głośników poleciało coś zgoła innego, a ja wtedy sięgnąłem po opis kapeli i załamałem ręce.
Recenzowana dziś kapela, to zespół z całkiem sporym stażem, bo pierwszego pełniaka wydali w 1996 roku, a „Crown of The Clairvoyant” jest ich dziesiątym (sic!) długograjem, a parają się czymś, co nazywa się neoclassical darkwave. A brzmi, jakby wziąć te wszystkie gothic metalowe kapele, obedrzeć je całkiem z elementów metalu i zostawić wyłącznie orkiestrowe, pompatyczne wstawki. A czego nie ma na tej płycie! Pianino, chór, skrzypeczki, altówka! Tyle się dzieje, natomiast ja się męczę. Jeśli chcę posłuchać muzyki klasycznej, to włączam sobie choćby Moniuszkę, Mozarta albo Beethovena, a nie granie, które żywcem brzmi, jakby miało robić za podkład filmu fantasy klasy Z. Jak do tego w jednym kawałku wjechał dziwaczny falset (bo nie wierzę, że to śpiewała kobieta), to omszałem z krindżu. Serio, brzmi to, jak dzieło ludzi, którzy marzą o występach w filharmonii, o sławie, ale na szczęście dla muzyki klasycznej, grzecznie im podziękowano, po czym ich zdjęcia wiszą w recepcjach lokalnych szkół muzycznych z podpisem „NIE WPUSZCZAĆ POD ŻADNYM POZOREM”.
Jeśli ktoś z Was ceni sobie jednak takie granie, to może zainteresuje go ta płyta, bo dla mnie to coś do zapomnienia.




