Wydawca: Blood and Crescent

Niektórzy są zwolennikami tego, by słuchać album do skutku, aż siądzie. Ja należę do grupy przeciwnej i wyrażam pogląd, że jeśli nie zażre od razu przynajmniej w jakiejś części, to szanse na kolejne odsłuchy są niewielkie. Na szczęście z amerykańskim Arbor (tym z Nowego Jorku, a nie postblackowymi smętami z Milawaukee!) takich problemów nie było. Jako, że jestem prostym karawaniarskim psem, to gdy zobaczyłem okładkę z drzewami otulonymi mgłą (nie tą krakowską), to bez wahania włączyłem odtwarzanie. I zażarło od razu.
Arbor jest jednoosobowym projektem imć Taurusa, którego znać możecie może z zajebistego Gauntlet Ring, a także z Fellwinter. Dotychczas pojawiały się głównie demówki, ale tym razem wyszło ambitnie, bo „Behold… the Age of Pagan Blood”, jest pierwszym pełniakiem projektu. Muzycznie jest to black metal podlany solidną nutą melancholii oraz atmosfery, ale spokojnie. Taurus nie jest pierwszym lepszym tłukiem i zamiast smętnych wyć do księżyca, że duch mój goreje, jak dupa po baraninie na ostrym, jest solidna porcja mrozu podlana odpowiednio czarcim skrzekiem. Już otwierający wałek, „Darkness, Abyss, Solitude” prezentuje dokładnie to, z czym przyjdzie się mierzyć. Głównie średnio szybkie tempo, klimat samotnej wędrówki przez zatopiony we mgle las w górach, a także, co mnie zaskoczyło, solówki. Są praktycznie w każdym utworze, ale to nie razi, raczej oznacza swoistą kulminację . Znajdziemy też dwa, czysto akustyczne, kawałki, czyli drugi i ostatni, które doskonale wpasowują się w melancholię albumu, jak również dają nieco oddechu. Tym, co jednak zwraca przede wszystkim uwagę, są riffy. Odpowiednio siarczyste, tnące niczym lodowaty wicher, ale i pięknie niosące przyjemną melodykę. No weźmy właśnie wspomniany już otwieracz albumu, czy „In The Moonlight… A Lake of Blood”. Aż chce się odprężyć i wziąć ten haust orzeźwiającego zimnego powietrza, które z każdym dźwiękiem wdziera się w płuca. Są też w tle nienachlane klawisze, czy sample – wiadomo, black metal, to wilki i piorun, a jakże.
Pospuszczałem się, niczym Toxic Fucker w „Podrywaczach”, ale jest też pewne zastrzeżenie: to wszystko już jest dobrze znane. Arbor pięknie przygrywa, jednakże jeśli ktoś oczekuje, jakichś nowych, zaskakujących rzeczy, to się srogo zawiedzie. Można również trochę pokręcić nosem, że zbyt podobne, do Gauntlet Ring, ale to drugie akurat jest czystą siarką i szczeciną na czarcich jajcach, zaś Arbor stawia głównie na klimat. I to mnie kupuje: nienachalna melancholia w riffach oraz melodyka przenosząca w ukochane, górskie ostępy. Czterdzieści minut muzyki minie Wam, jak z bicza trzasnął. Nic nowego? Zapewne, ale mi nie potrzeba niczego więcej. Sięgnijcie, nie zawiedziecie się.


Ocena: 8/10

Lista utworów:

  1. Darkness, Abyss, Solitude
  2. In Realms of Black Skies and Moonshadow
  3. Our Souls Glare in Flame
  4. In the Moonlight… A Lake of Blood
  5. Return to Forest
  6. Black Seánce
  7. The Coming Age of Fire
Pyszności.
Bart
776 tekstów

Piękny, dostojny inteligent. Miłośnik jadła, tynktur i gór, któremu wydaje się, że umie pisać.

Chainlacing „Messuage”Recenzje

Chainlacing „Messuage”

BartBart18 września 2026
Jóse Luis Cano Barrón „Sarcófago. Sex, Drinks & Metal”Recenzje

Jóse Luis Cano Barrón „Sarcófago. Sex, Drinks & Metal”

OracleOracle16 września 2026
Warfist „Totengasse”Recenzje

Warfist „Totengasse”

BartBart15 września 2026

Skomentuj