Wydawca: BMG
Każdy ma jakiś album, który z pewnych względów jest jego ulubionym, nawet jeśli historia, fakty i tak zwana powszechna opinia powinny temu przeczyć. I powiem Wam, że w przypadku Sodom poza debiutancką EPką i pierwszym dużym albumem to właśnie „M-16” ma jakieś takie specjalne serce w moim serduszku.
Dla mnie to bezsprzecznie najlepsza płyta Niemców nagrana po krążkach, które ukazały się w dziewiątej dekadzie dwudziestego wieku. Niezmiernie mi miło, że nie tylko ja tak uważam, ale również i inni, bardziej znaczący ode mnie ludzie. I ci ludzie postanowili wznowić właśnie „M-16”. I to w kilku wersjach! Do mnie trafił kompakt oraz podwójny winyl, a nie zapomnijcie, że ukazał się jeszcze wypasiony boksik, a tam to dopiero rarytasy! Digibook naprawdę super wydany – w środku bardzo dużo zdjęć z pobytu kapeli w Wietnamie właśnie. Fajne takie thrash metalowe wczasy, pojechałby z Tomem i szlajałby się po delcie Mekongu. Podobnie rzecz ma się w przypadku winyla – podwójny, gryzący pomarańczem w oczy, no lepiej tego nie widzę. Album na obu nośnikach brzmi wspaniale i potężnie. Odpalcie sobie ten pierdolony hymn „Napalm in the Morning” i usłyszycie – oczywiście jeśli nie wierzycie w moje zapewnienia! W ogóle ten krążek pełen jest hitów na d hity (o ile możemy użyć takiego słowa w przypadku thrash metalu) – „Marines”, oszalały „Lead Injection” czy numer tytułowy. Nie zapominajmy o moim ukochanym coverze „Surfin Bird”. Klasa sama w sobie. Obie te wersje wzbogacone są o dwa kawałki z Wacken 2001 – „Blasphemer” i „Remember the Fallen”. W sumie spoko, ale chyba bym wolał żeby to były właśnie numery pochodzące z „M-16” (tak, wiem, gen marudy). Co by jednak to nie było – brzmi totalnie, jak na Sodom przystało zresztą.
Wspominałem o czteropłytowej wersji winylowej – dla totalnych maniaków, którzy pragną mieć dodatkową torbę z logo, nieśmiertelnik, dwa dodatkowe winyle z bootlegami. Musi być znakomite, więc sprawdzajcie, czy jest jeszcze gdzieś dostępne to wydanie. Zawsze to może też być inwestycja w przyszłość Waszych dzieci! Tom Angelripper zapewne przytaknie takiemu rozwiązaniu.






