Wydawca: Piranha Records
Dobra, czego jak czego, ale funky to nie słucham. Nie znam się na tym, nie wiem o co w tym chodzi. Więc co dostaję do recenzji? Ano przecież, że Uranus Space Club.
Którzy parają się właśnie muzyką będącą wypadkową funky i stonera. Z czym to się je, czym to się nabiera i do którego twory się wkłada? No cholerka, sam nie wiem. Dziwne to. Przyznam, że wcześniej się nie spotykałem często z taką muzyką. Nie jestem zamkniętym na świat metaluchem, jednak ten rodzaj ekspresji jest mi raczej obcy. Jak to wypada ostatecznie? Hm… tłuściutkie stonerowe riffy połączone są z partiami saksofonu. Albo klawiszami, które przywodzą mi na myśl dźwięki wydawane przez ośmiobitowego Pegazusa – każdy kto był do komunii na początku lat dziewięćdziesiątych, ten wie o czym mówię. Kawałki na „Another Planet, Another Love” są instrumentalne, przez co naprawdę ma się wrażenie, jakby było to soundtrack do jakiejś gry z dzieciństwa. Nie powiem, miło to buja. Serio. Tylko że muszę ku temu mieć nastrój, piwko i koszulkę hawajkę. Zazwyczaj brakuje którejś z tych rzeczy. Generalnie jednak to taka wesoła, bezproblemowa muzyczka, której zamierzeniem jest wprowadzić słuchacza w dobry nastrój. Czy mnie wprowadza? Cóż, może nie zawsze. Ale nie wkurwia, ani nie drażni, więc to już jakiś tam sukces. Nie wiem, czy Wam polecać ten krążek z kolei. Może tym najbardziej otwartym, co to naprawdę nie mają muzycznych hamulców.
Aha. Fajna produkcja, ale Piranha Records ma zespoły pod swoimi skrzydłami, których muzyka zdecydowanie bardziej do mnie przemawia.
Ocena: 7/10
Tracklist:




